Odpuszczam wszystkie twoje grzechy...

W swoim świadectwie chcę podzielić się tym, jak zły duch wykorzystał trudny okres w moim życiu. W takim czasie nasza czujność jest znacznie osłabiona, a dla ducha złego to dobra okazja, by zaatakować, zasiać zamęt, by wypróbować naszą wiarę w Jezusa.

Ten trudny okres to był czas, kiedy ciężko było mi dochować wierności codziennym obowiązkom zawodowym, domowym, osobistym. Nie mogłam zrealizować nic z tego, co planowałam sobie na dany dzień. Przyszło rozczarowanie swoją osobą, niedoskonałością, swoją niemocą, a nawet brakiem sił fizycznych. Kłóciło się to z wyobrażeniem, jakie miałam o sobie: wiedziałam, na co mnie stać, ile mogę zrobić...

Środowisko rodzinne, w którym wzrastałam, ukształtowało mnie jako osobę, która dąży do doskonałości. Zawsze wszystko zrobione na piątkę, żadnych ulg, a wszelkie moje porażki były odbierane jako porażki rodziców i zawód im sprawiony. Wzrastałam w ciągłym i silnym poczuciu odrzucenia przez najbliższych i ludzi mnie otaczających. Chcąc zasłużyć sobie na ich miłość, uwagę, próbowałam ze wszystkich sił być taką, jak oczekiwano i jeszcze lepszą.

I w tym trudnym dla mnie czasie w pewnym momencie zaczęłam odczuwać paraliżujący lęk przed przyjęciem komunii świętej. Codzienna Eucharystia to dla mnie bliskie spotkanie z Jezusem, z Jego Miłością i troską o moją osobę. Mogę się przed Nim wyżalić z całego dnia, podzielić tym, co wydarzyło się dobrego, podziękować za wszystko. A tu naraz zły duch szeptał, że nie jestem godna, że nie powinnam, że swoją nieudolnością, nieumiejętnością radzenia sobie z codziennością sprawiam zawód Jezusowi. Bo On tak wiele dla mnie robi, a ja - wszystko zawalam. Bałam się, że swoją postawą naprawdę zrażę do siebie Chrystusa. Bałam się odrzucenia. 

Zaczęły pojawiać się kolejne myśli, podsuwane przez złego ducha, na temat nieszczerych spowiedzi - że przez swoje rozkojarzenia na spowiedzi nie wyznaję wszystkich grzechów, że z pewnością o połowie zapomniałam i że zawsze tak było. Zły duch robi wszystko, by zasiać zamęt w duszy człowieka, nigdy nie poprzestaje, drąży coraz głębiej. I tak wzbudził we mnie również lęk przed sakramentem pokuty - że nigdy nie zdołam wyznać wszystkich swoich grzechów i choćbym nie wiem, jak bardzo się starała, to nigdy moje serce nie będzie na tyle czyste, by móc przyjąć Jezusa, by czuć się godną tej Miłości.

Łatwo było złemu duchowi przekonać mnie do tych myśli, tym bardziej, że uderzył w  te miejsca, które są dla mnie słabe, które jeszcze bolą. Zaczęłam skupiać się na sobie, rozgrzebywać stare rany - jak bardzo jestem niechciana przez ten świat i teraz nawet Chrystus, który umiłował każdego człowieka, może odwrócić się ode mnie, bo i tak już nic dobrego i wartościowego nie da się ze mnie zrobić... Zły duch znalazł sobie szczeliny, przez które wcisnął się do mojego wnętrza w sposób dla mnie niezauważalny, a wszystko po to, bym zwątpiła w uzdrawiającą moc Jezusa. Nie pozwala on także, aby takie myśli, pokuszenia zostały wypowiedziane wobec spowiednika czy kierownika duchowego, bo wtedy jego przewrotny zamysł, jego cel zostałby szybko odkryty. Zawsze zmagałam się sama ze wszystkimi swoimi sprawami, nie ufałam nikomu w żadnej sytuacji związanej z moja osobą, więc i to zły duch wykorzystał przeciwko mnie. Tak jak zawsze, czyli sama mierzyłam się i z tym problemem. W mojej głowie toczyła się wojna, myśli przewijały się jedna za drugą, próbowałam je odrzucać, ale bez rezultatu i tym sposobem coraz bardziej doprowadzałam się do stanu bezsilności i umęczenia.

W tych zmaganiach Jezus przyszedł ze Swoją łaską. Podczas mszy świętej z modlitwą o uzdrowienie, kiedy stałam oczekując na przyjęcie komunii świętej i toczyłam kolejną walkę ze złym duchem i myślami, które mi podsuwał, Jezus wskazał mi sposób na jej wygranie: spowiedź świętą.

To światło dało mi ogromną siłę, by - na przekór wszystkim myślom - pójść za tym głosem. Przystąpiłam do spowiedzi, w której wypowiedziałam wszystkie dręczące myśli. Trwałam jednak jeszcze w wielkim rozczarowaniu swoją osobą i myśleniu o tym, że nie potrafię narzucić sobie dyscypliny w wielu sprawach. I właściwie to oczekiwałam, że podczas spowiedzi zostanę trochę zganiona, co mi pozwoli zmobilizować się, wziąć w garść. Spowiedź zakończyła się, odeszłam od konfesjonału i naraz uświadomiłam sobie, że nic takiego nie nastąpiło, a wręcz odwrotnie - spowiedź była pełna pokoju i radosna. Ale zły duch w odpowiedzi na to ekspresowo podsunął myśl: "No widzisz, nieudana spowiedź, nic  z tego... nie udało się!". Kiedy próbowałam odrzucić tę myśl, zrodziła się kolejna niedorzeczność w mojej głowie: powtórzę spowiedź, i to najlepiej od razu! Na to wszystko Jezus przyszedł szybko z pomocą, bo przypomniał mi słowa, jakie chwilę wcześniej usłyszałam: "Ja odpuszczam tobie wszystkie twoje grzechy...". Jeszcze raz usłyszałam te słowa, które dotarły głęboko do mnie, bo w tym momencie ogarnęła mnie wielka radość serca, ogromna ulga na duszy, pokój i miłość - i to był kres wszystkich dręczących myśli. W uwielbieniu i dziękczynieniu udałam się przed Najświętszy Sakrament. Odeszły wszystkie dręczące myśli, bo Jezus zawsze zwycięża, pokonuje każde zło!

Chwała Panu!

Lucyna

Świadectwo z "Posłania" 11/2005