Przeżyłam doświadczenie Pięćdziesiątnicy 

Pod koniec czerwca dowiedziałam się, że przyjeżdża do Polski ks. John Baptist Bashobora z Ugandy, który posługuje darem uzdrawiania. Było to dość zachęcające, żeby wziąć udział w rekolekcjach prowadzonych przez niego, ale, niestety, urlop, jaki mi przysługiwał, miałam zaplanowany na wyjazd do Medjugorie na Festiwal Młodych, a wcześniej wykorzystałam jeszcze tydzień na wyjazd ze znajomymi.

Nie chcąc więc nadużywać cierpliwości szefa, odsuwałam tę myśl od siebie, tłumacząc sobie, że i tak będę w Medjugorie, a to wystarczy. Jednak dla Pana Boga nie ma problemu nawet w załatwieniu wolnego w pracy. Kiedy zbliżał się termin rekolekcji, okazało się, że będę miała dwa tygodnie przymusowego urlopu, bo nasza firma jest przenoszona do innego budynku. Tak więc ten problem został rozwiązany, ale ja z natury lubię sobie utrudniać życie, więc wynalazłam kolejny powód, dla którego nie powinnam jechać. Jak w wielu sytuacjach życiowych, wiązało się to z finansami. Zawsze przecież trzeba kupić tak wiele, a i tak jeszcze zabraknie pieniędzy. Kilka dni przed rekolekcjami leżałam w łóżku, zbierając się do wieczornej modlitwy i wyliczałam: „Na to wydam tyle, kupię jeszcze to, tamto, a przecież muszę jeszcze tak wiele wydać na przygotowania do wyjazdu do Medjugorie…” - i tak z pełną głową planów wydatkowych zaczęłam odmawiać różaniec. Podczas modlitwy poczułam wewnętrzne zaproszenie, że mam przestać troszczyć się o to, co materialne, ziemskie, a zadbać o swój rozwój duchowy. Nie myśląc długo, poszłam za tym natchnieniem, ale postawiłam warunek: pojadę na rekolekcje, ale niech Pan Bóg zatroszczy się o moje finanse, żeby na wszystko mi starczyło. Długo na odpowiedź nie musiałam czekać, gdyż następnego dnia pojechałam z wizytą do rodziców. Wspomniałam im o wyjeździe do Gdańska na rekolekcje i do Medjugorie na Festiwal Młodych. Usłyszałam tylko, że nie mam się martwić, bo dadzą mi pieniądze na rekolekcje. Po raz kolejny Pan Bóg zapewnił mnie o Swojej trosce. Tak więc wszystkie przeszkody zostały usunięte i mogłam uczestniczyć w rekolekcjach. 

Trudno jest opisać to, co działo się przez te kilka dni. Bardzo mocno dotykała mnie modlitwa ks. Bashabory, zebrany w tym miejscu Kościół ożył i jedynym cudem, jakiego nie dało się wówczas widzieć, było chyba to, że nikt nie chodził po wodzie. Kiedy ksiądz prowadził modlitwę uwielbienia, dokonywało się wiele uzdrowień z nowotworów, nadciśnienia, chorób serca. Będąc tam, widząc tak wielkie rzeczy, miałam jednak zamknięte serce, trwałam w niewierze, jak Tomasz. Nie chciałam tego i prosiłam, aby Pan Bóg otworzył moje serce. Kiedy szłam do komunii, kilka osób przede mną był nastolatek, który nie mógł chodzić. Podpierał się kulami, a obok szła jakaś kobieta i asekurowała go. Wieczorem podczas modlitwy uwielbienia ten sam chłopak wyszedł przed ołtarz sam, bez kul i zaczął skakać. Obok takich znaków, jakie dostawałam, nie mogłam przejść obojętnie. 

Czuło się i widziało żywego Jezusa, który jest obecny wśród nas. Dosłownie przeżyłam doświadczenie Pięćdziesiątnicy: trzy tysiące osób modliły się uwielbiając Jezusa. Miało się wrażenie, że kościół, w którym byliśmy zgromadzeni, runie w posadach i cały świat usłyszy, że tylko Jezus jest Panem. Był to czas wielkiego błogosławieństwa, bo mogłam zobaczyć, jak mocno odeszłam od pierwotnej wiary, że uległam kłamstwu świata, który sprowadza Kościół do martwej instytucji. A tu Pan Bóg dał mi zobaczyć, że Kościół jest nadal młody, tak, jak w czasach pierwszych chrześcijan, a mój obraz Kościoła wynika z mojego stanu ducha. Jeżeli zaniedbuję modlitwę, życie sakramentalne, lekturę duchową, to moje życie w Kościele też umiera. Dlatego muszę walczyć, dbać o swój rozwój duchowy, aby lepiej żyć w Kościele, aby odnaleźć się w Jego bogactwie. 

Olga 

Świadectwo z "Posłania" 5/2008