Nic z sobą nie brali na drogę

Jezus przywołał do siebie Dwunastu (…) i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę (Mk 6,7-8)

Pan Bóg czasem wkłada w nasze serca naprawdę szalone marzenia. Kiedy tylko usłyszałam o pewnej akcji ewangelizacyjnej, wiedziałam, że muszę na nią pojechać.

Od siedmiu lat w diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej podczas wakacji ma miejsce ewangelizacja nadmorska. Przez dziesięć dni członkowie różnych wspólnot z całej Polski idą wybrzeżem – po plażach i deptakach nadmorskich miasteczek – opowiadając napotkanym ludziom o miłości Bożej. Co ciekawe, nie mają ze sobą żadnych zabezpieczeń – pieniędzy, kart kredytowych, umówionych noclegów czy wyżywienia. Jak wyjaśnia inicjator akcji, ks. Radosław Siwiński (doświadczony zresztą w zaufaniu Opatrzności Bożej podczas pracy nad Domem Miłosierdzia, przeznaczonym „na każdą ludzką biedę”), nie chodzi tutaj o żaden sport, o wyścigi, kto weźmie mniej, ale o zaufanie Bogu i wolność wewnętrzną. Mamy być oczyszczeni ze świata, a Jezusa uznać jako pierwszego we wszystkim. Kiedy więc w niedzielę podczas rekolekcji poprzedzających wyjście na plaże słyszymy w liturgii wezwanie Pana, aby podczas głoszenia Słowa nie brać dwóch sukien, sandałów itp., pada propozycja: a może wziąć jeszcze mniej, niż zamierzamy? Wyjść bez śpiworów, karimat, a nawet rzeczy, które mogłyby się wydawać potrzebne? Zaufać jeszcze bardziej Bogu? Oczywiście, mamy być w tym wolni, wsłuchać się, co On mówi w naszych sercach. Kiedy więc pytam Go, co mam zostawić, widzę, że nie tyle chodzi o to, żeby wziąć mało (już tyle razy Pan Bóg zatroszczył się o tak wiele drobiazgów w moim życiu), ale zostawić Mu to, co jest moim ciężarem. Przez całe czterodniowe rekolekcje chodzą za mną słowa, które Mała Siostra Magdalena mówiła do swoich współsióstr: „Macie być lekkie jak bańki!” – i czuję, że to mnie pociąga. Zresztą niejedna osoba ma wrażenie, że jest na właściwym miejscu, że miała przyjechać na te rekolekcje. Jak mówi ks. Radek: „Bóg wybrał nas na to wydarzenie, bo Jego spojrzenie na nas jest szczególne. Pociągnął nas do tego, co jest najważniejsze w Kościele – aby głosić Dobrą Nowinę”. Rekolekcjonista wyjaśnia nam, że Pan towarzyszy ludzkim decyzjom i potwierdza te zgodne z Jego wolą. A więc – w drogę!

Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia (Mk 6,12)

Jak wygląda dzień ewangelizatora? Od 9 rano trwamy w ciszy na godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu – bez osobistej relacji z Panem nie damy rady nic o Nim powiedzieć! Potem spotykamy się w grupie (w tym roku podzieliliśmy się na dwie ekipy, które szły różnymi szlakami, ale bywały lata, w których ewangelizatorzy dzielili się nawet na trzy, i to dość duże). Opowiadamy sobie o tym, co było dobre, co nas poruszyło, zastanawiamy się też nad tym, co należy poprawić. Następnie dwie osoby zostają na adoracji, a pozostałe wyruszają na plaże, by głosić Ewangelię. Posługa jest bardzo prosta, bo w ewangelizacji najważniejsze nie są metody i schematy, ale życie z Bogiem. Towarzyszy nam więc śpiew, prosty taniec, pantomima, rozmowy z ludźmi, zaproszenie na wieczorną mszę świętą z modlitwą o uzdrowienie, dzielenie się z ludźmi Cudownym Medalikiem (zawieszonym na charakterystycznej, niebieskiej nitce) i zawierzanie ich Matce Bożej. Po wieczornej mszy świętej i nabożeństwie z modlitwą o uzdrowienie informujemy zgromadzonych w kościele, że nie mamy żadnych zabezpieczeń, a potrzebujemy noclegu, pożywienia, transportu do kolejnej miejscowości – i Pan Bóg rzeczywiście troszczy się o nas. Jak na przykład wtedy, kiedy pewnego wieczoru okazuje się, że nocleg jest tylko dla kilkorga z nas. Dwadzieścia osób nie ma gdzie spać, tymczasem zasada jest taka, że nie nocujemy w salkach parafialnych, plebaniach itp. Wychodzimy więc z domu parafialnego i ruszamy przed siebie. Co robić? „Powiedzmy różaniec!”. Kiedy tylko zrobiliśmy znak krzyża, znalazł się nocleg dla pierwszych trzech osób (najmłodszych dziewcząt w naszej grupie, zwanych pieszczotliwie „szprotkami”). Szliśmy dalej, modląc się, a kiedy się zatrzymaliśmy, spojrzeliśmy na siebie i… ogarnęła nas radość (Ps 126,3). W tak ekstremalnej sytuacji doświadczamy tego, że Maryja wstawia się za nami, gdy stoimy tu, na środku ulicy, pod rozgwieżdżonym niebem. A kiedy prosimy Ją: „módl się za nami grzesznymi”, Ona to rzeczywiście robi. Kiedy kończymy różaniec, wszystkie osoby wiedzą już, gdzie pójdą na nocleg.

Jedzcie, co wam podadzą (Łk 10,8b)

Na ewangelizację wychodzimy bez wcześniej kupionego jedzenia, ale… nigdy go nie brakuje. Jedna z dziewczyn ze zgrozą przyznaje, że na zeszłorocznej ewangelizacji przytyła trzy kilo. Ludzie dzielą się z nami tym, co mają, jedzenie jest niewyszukane, ale uczymy się dziękować, a przede wszystkim dzielić. Czy na pewno wszyscy zjedli? Czy ktoś jest spragniony? Czy na pewno każdy ugryzł kawałek gofra? Czy ktoś potrzebuje apaszki (koszulki, chusty, czapki), bo nic nie wziął na głowę? Czy wszyscy się wysmarowali kremem z filtrem? W naszych brakach niejednokrotnie doświadczamy czułej miłości Boga Ojca. W zeszłym roku na ewangelizacji było narzeczeństwo, Justyna i Janek. Ponieważ Janek miał urodziny, Justyna chciała mu zrobić prezent, ale co tu zrobić, kiedy się nie ma pieniędzy? Zaczęła się jednak modlić o tort, i to… orzechowo-porzeczkowy. Przez cały dzień nikt ich takim specjałem nie poczęstował, kiedy jednak ruszyli na nocleg, okazało się, że trafili do pani, której syn właśnie się ożenił i po weselu zostało mnóstwo ciasta. Gospodyni wyciągnęła z lodówki po kawałku tortu dla wszystkich nocujących. Nie muszę chyba pisać, o jakim smaku? Wzorem tego w tym roku jedna z dziewcząt – Madzia – z okazji swoich imienin modli się o lody dla całej grupy, tak, aby każdy dostał po jednym. Oczywiście, nie mamy na to pieniędzy, ale na plaży ktoś podchodzi do nas i (nie wiedząc o modlitwie Magdy) mówi: „Macie tu pieniądze i kupcie lody dla całej grupy!”. Jedna z dziewczyn nie bierze ze sobą szczoteczki do zębów i co prawda jakoś sobie bez niej radzi, ale dotkliwie odczuwa ten brak, w dodatku stopy robią jej się szorstkie i potrzebuje pumeksu. Pewnego wieczoru do salki parafialnej wkraczają dwie panie z wielkimi kartonami pełnymi dobroci – głównie jedzenia, ale w jednym z nich na wierzchu leżą dwie szczoteczki do zębów i… pumeks. Kiedyś z kolei trafiamy w czwórkę na nocleg do przyczepy kempingowej. Użyczają jej dwie panie o wielkich sercach – Beata i jej córka Paulina – które jednak dopiero się budują, więc nie mają warunków, żebyśmy mogli się wykąpać. Myjemy nogi w misce, toaleta, zbita z desek, jest na zewnątrz… Tak bardzo chcemy się wykąpać i umyć włosy, ale cóż, trzeba było przyjąć to, co jest. Dziękujemy, że mamy dach nad głową, bo tej nocy większość ewangelizatorów noclegów nie ma (inna rzecz, że radzą sobie z tym faktem doskonale – część zostaje na nocnej adoracji, a część rusza ewangelizować, bo miejscowość słynie z nocnych klubów, dyskotek i pubów). Poranek wstaje przepiękny, a zaraz potem okazuje się, że dwie działki dalej jest pole namiotowe, odpoczywa tam znajoma pani Beaty, więc nikt się nie zdziwi, że wejdziemy… a można się wykąpać! Pędzimy pod prysznice, a kiedy wracamy, okazuje się, że nasza gospodyni ugotowała dla nas gar fasolki szparagowej, a jedna z nas jako śpiewająca dostaje od niej w słoiczku zmielone siemię lniane. Pomyślałam sobie, że Bóg zawsze troszczy się o to, czego naprawdę potrzebujemy, nawet jeśli po ludzku wydaje się, że się spóźnia… a może to właśnie najbardziej odpowiedni czas?

Służcie sobie nawzajem tym darem, jaki każdy otrzymał (1 P 4,10)

Ewangelizacja, na którą przyjeżdżają ludzie formujący się we wspólnotach w całej Polsce, daje niesamowite doświadczenie mocy Kościoła. Obdarzeni różnorodnymi darami, możemy posługiwać w jedności, aby wielu usłyszało o miłości Bożej. Bardzo mocno uwidacznia się dar modlitwy wstawienniczej – wstawiamy się nie tylko za osoby przychodzące na modlitwę o uzdrowienie (zresztą te modlitwy są bardzo poruszające, zwłaszcza że często robimy tunele modlitewne, wypatrzone u oo. Enrique i Antonello, przez które osoby przechodzą z zamkniętymi oczyma). Modlimy się za osoby napotkane gdzieś na drodze, w sklepie, w ogródku, które zostawiają nam swoje intencje (zdarza się więc, że para ewangelizatorów goni grupę, modląc się po drodze). Wstawiamy się też za siebie nawzajem, co skutkuje między innymi uzdrowieniami nadwerężonych gardeł w trzecim czy czwartym dniu posługi, umocnieniem, wytrwaniem… Wystarczy, że ktoś powie, że potrzebuje modlitwy, by usłyszał: „Panie Jezu, pobłogosław Karolinę, dodaj jej mocy do posługi; pobłogosław Sławka, daj mu dobry sen; pobłogosław Kinię, ulecz ją z bólu gardła; wspomóż Jarka, żeby mógł dalej chodzić i nosić sprzęty, pobłogosław Asię, żeby powiedziała świadectwo z Ducha…” (nota bene jeśli ktoś mówi świadectwo, reszta ewangelizatorów automatycznie wyciąga różańce, w końcu, jak zaznacza ks. Radek, wiele cudów w dzisiejszych czasach dzieje się przez wstawiennictwo Matki Najświętszej). Do ewangelizacji Pan powołuje zarówno wygadanych, jak i nieśmiałych (choć taka osoba może posłużyć podczas rozmowy w bardzo istotny sposób – modlitwą!), którym zresztą ta przypadłość dość szybko przechodzi – dary jednych wyzwalają dary drugich. Czasem, oczywiście, przychodzi walka, w której Pan Bóg zwycięża we właściwy sobie sposób. Kacper posługiwał muzycznie, ale pewnego razu na plaży inny z grających podebrał mu gitarę. Wziął więc ulotki, medaliki i… przeżył chwilę wahania: „Wychodzić do ludzi? Czy ja się nadaję? Co ja im powiem?”. Nagle usłyszał, jak pewna mama zawołała do synka, bawiącego się w morzu: „Kacperku, wychodź!”. Uznał, że te słowa dotyczą także jego. Służenie sobie nawzajem to także niejednokrotnie świadectwo wobec konkretnej osoby z grupy, zrozumienie, wysłuchanie, słowa otuchy. Troska o innych pozwala zapomnieć o sobie, własnym zmęczeniu. A nowych sił dostajemy, kiedy tylko zaczynamy ewangelizować.

Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych (Mt 10,8a)

Ewangelizacja to niekoniecznie tylko mówienie. Zatroskane matki potrafią wyliczyć całą gromadkę osób, które potrzebują modlitwy. Czasem trzeba zwyczajnie pozwolić się komuś wygadać. Uczymy się dostrzegać dobro w tych, którzy początkowo się z nas wyśmiewają (choć miałoby się ochotę przerwać i coś wyjaśnić), bo nieraz okazuje się, że Pan Bóg ma w tym swój plan. Stoimy w trójkę (trzy dziewczyny) przed rosłym mężczyzną, który najpierw ironizuje, a potem wyrzuca z siebie listę zażaleń, zgadza się jednak na modlitwę za siebie. Co ciekawe, Pan Bóg prowadzi nas w niej w ten sposób, że dziękujemy za dobro, które jest w jego sercu, za pragnienia, za wrażliwość na cierpienie innych. „Nigdy jeszcze nie słyszałem takiej modlitwy!” – mówi po jej zakończeniu i… kontynuuje swoje przemyślenia. Wreszcie kończy słowami: „No, wyrzuciłem z siebie to, co we mnie z siedem lat siedziało!”. Wieczorem okazuje się, że przychodzi na mszę świętą i bardzo ją przeżywa. Kiedy dowiadujemy się, skąd pochodzi, podpowiadamy mu, że całkiem blisko jego miejscowości są sprawowane msze święte z modlitwą o uzdrowienie i prężnie działa pewna wspólnota. Innym razem przechodzimy obok parawanu, za którym siedzi czterech młodych mężczyzn. Obfite brzuchy piwne, alkohol, głośna muzyka. Jeden z nich wyciąga w naszą stronę rękę, a koleżance kojarzy się to ze słynnym freskiem z Kaplicy Sykstyńskiej i po prostu czuje, że musimy tam podejść. Początkowo wydaje się to bezsensowne, chłopaki wygłupiają się, próbują nas podrywać, proponują alkohol, ale w sukurs przychodzą nam kolejne osoby z grupy – dwie dziewczyny, chłopak i kleryk. Jedni się modlą, drudzy rozmawiają (choć potrzeba dużo cierpliwości i słuchania). W pewnym momencie jeden z naszych rozmówców – w którym widać duży lęk przed śmiercią – woła: „Bo ja bym z Bogiem chciał tak normalnie… koleś, chodź tu, pogadaj ze mną!”. Wiemy, że ilekroć ktoś wzywa Pana, aby przyszedł do jego życia – On wysłuchuje tej prośby. Chłopak przyjmuje Cudowny Medalik i choć na pożegnanie gada jeszcze głupstwa, przychodzi jednak wraz z drugim towarzyszem na mszę świętą, a kiedy modlimy się za niego w tunelu, widzimy, że został przemieniony…

Nie jest tak, że tylko my dajemy. Otrzymujemy wiele od tych, którzy nas wspierają (czy to noclegiem, czy to pożywieniem, czy to dobrym słowem), oni sami są dla nas świadkami. Jednego wieczoru świadectwo składa pani, która kilka lat temu spotkała ewangelizatorów na plaży. Czekała wtedy na poważny zabieg, chorowała na raka. Nad morzem chciała nabrać sił psychicznych przed operacją. Udała się na wieczorną mszę świętą i… została uzdrowiona. Lekarz, który ją potem badał, był przekonany, że jest już po zabiegu. W pewnej parafii podczas wieczornej adoracji mały chłopiec modli się, padając na twarz przed Panem. Przez lata był poważnie chory, tak się przyzwyczaił do stomii, że uważał ją za coś naturalnego. Jego rodzice trwali na modlitwie (a Słowo Boże wciąż mówiło im o tym, że zostanie uzdrowiony), jednocześnie robiąc wszystko, co z perspektywy medycznej było właściwe. I stało się tak, jak im Bóg obiecał. Mały jest słodkim urwisem, radością swoich rodziców i starszej siostry, ulubieńcem ewangelizatorów, z którymi przybija piątki… ale w kościele swoją postawą wskazuje na istnienie innej rzeczywistości.

Jeden dzień w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące (Ps 84,11)

Podczas gdy grupa ewangelizatorów wychodzi na plaże i ulice miasteczek, na adoracji zawsze pozostają dwie osoby. To czas wstawiennictwa, ale też nabierania sił i mocy do posługi, osłona w walce duchowej. Wpatrując się w Oblicze Pana, doświadczamy uzdrowienia. Nie czujemy przemijającego czasu, dobrze nam być z Nim… nawet jeśli myśli czasem ulatują. Jedna z osób dziwi się, że podczas tegorocznych wieczornych adoracji i modlitw o uzdrowienie nie było (choć kto wie?) fizycznych uzdrowień. Ale wiemy, że najważniejsze jest to, co Bóg zmienił w naszych sercach. Chociaż w trakcie jednej z adoracji wcale o tym Panu nie mówiłam, poczułam, że ciężar, który złożyłam Mu przed wyjazdem, został ode mnie odcięty. Kiedy dajemy Panu nasz czas, On nam daje jeszcze więcej… i warto to zapamiętać. Modlimy się z koleżanką o normalny obiad dla ewangelizatorów – nie żadną pizzę i kanapki, tylko o rybę i surówkę. Inna z dziewcząt dodaje, żebyśmy jeszcze pomodliły się o frytki (w końcu warto uszczegółowić, o co prosimy). Któregoś dnia rano dowiadujemy się, że w jednej z restauracji postanowiono nas tak uraczyć – za darmo. Ale tego dnia myślałam o pozostaniu na adoracji i naprawdę musiałam trochę ze sobą powalczyć… jakby ten obiad był rzeczywiście czymś ważniejszym. Zostajemy z kolegą na adoracji. Po pewnym czasie przychodzi do nas osoba z grupy i mówi: „Zastąpię was, idźcie na obiad”. Okazuje się, że do naszych porcji dołożono jeszcze to, czego niektórzy nie mogli zjeść. Nie dostajemy więc jednej, ale cztery ryby, podwójną surówkę i frytki… Spróbujcie wyobrazić sobie porcję obiadową, której mężczyzna nie może zmieścić! Po powrocie do Koszalina część z nas nie wyjeżdża od razu do domów, zostajemy, aby odpocząć. Inni z kolei przygotowują się na kolejne wyjazdy ewangelizacyjne – podczas koncertu Sunrise, na Przystanek Jezus, na ewangelizację wioskową. Po mszy jeden z kleryków prosi o modlitwę, więc w kilkanaście osób idziemy do małego pokoju. Potem o modlitwę prosi kolejna osoba, i kolejna, i kolejna, co chwilę ktoś dochodzi. Wspólna modlitwa wstawiennicza kończy się po trzech godzinach. Czy jesteśmy zmęczeni? Trochę tak, ale wsparci modlitwą i Słowem Bożym (a fragment otrzymany przez każdego z nas indywidualnie zapewnia, że Bóg zna nas doskonale i przenika każdą sytuację – por. Ps 139), po trzech godzinach posługi wyglądamy… dużo lepiej.

Taki oto początek znaków uczynił Jezus (J 2,11)

Pozostaje jeszcze powrót do domu. Zasadą jest, aby nie brać na niego pieniędzy – Pan się zatroszczy. To zdanie jest często powtarzane na rekolekcjach, widzimy, jak Bóg zajmuje się wszystkimi naszymi potrzebami podczas ewangelizacji. Kiedy chodzimy po nadmorskich miasteczkach, nie przyjmujemy od ludzi pieniędzy, ale jeśli ktoś koniecznie chce je dać, składamy je na fundusz dla osób, które nie zabezpieczyły swojego powrotu. Mogłam podejść po nie dopiero wieczorem w przeddzień wyjazdu, a tu przykra niespodzianka – organizatorka wydała je tak wielu osobom, że teraz już nie jest w stanie pomóc kilkorgu z nas, proponuje co najwyżej powrót BlaBlaCarem. Przypomina mi się jednak małżeństwo, które niegdyś wspierało naszą wspólnotę noclegiem, kiedy przyjeżdżaliśmy do Koszalina z własnymi materiałami ewangelizacyjnymi. Dzwonię do nich, czy mogliby pożyczyć mi pieniądze na powrót – cały dzień byli poza miastem, ale już wracają i oczywiście pomogą. Okazuje się jednak, że Łucja i Przemek nie chcą pożyczyć – ale podarować, i to dużo więcej, niż potrzebuję. I znów Pan Bóg pokazał mi, że kiedy On się o coś troszczy, to daje o wiele więcej, niż po ludzku myślimy i moglibyśmy się spodziewać. W niedzielę rano przed wyjazdem proszę jeszcze Pana o Słowo dla siebie i otwieram Pismo Święte: Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2,11). Jeśli to dopiero początek, to obym już żadnego z nich nie przegapiła!  

Renata Czerwińska 

Fot. Katarzyna Kotula

Świadectwo z "Posłania" 4/2015