Chrystus najwyższą wartością

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć: orzeźwia moją duszę (Ps 23,1-3a). Słowa wspomnianego psalmu dobrze opisują to, czego doświadczyłam w ostatnim czasie, kiedy mogłam wyjechać do pracy do Szwajcarii. Nie planowałam tego wyjazdu, ale Bóg widząc, w jakiej byłam sytuacji, chciał, abym odpoczęła po trudnych doświadczeniach ze strony rodziny po śmierci ojca.

Przed wyjazdem byłam uciemiężona cierpieniem, troskami i problemami, które spadły na mnie. Pobyt u sióstr benedyktynek, gdzie pracowałam, okazał się błogosławionym czasem. Komunikacja z otoczeniem była utrudniona, gdyż nie znałam języka niemieckiego, a tylko dwie siostry rozmawiały po angielsku. Sama nie wiem, jak to się stało, że mogłyśmy się porozumieć, pomimo nieznajomości języka. Jednak większość czasu milczałam, dzięki temu mogłam być sam na sam z Bogiem. Tu odnalazłam ciszę i spokój, którego tak mi brakowało. Czułam, jak powoli Bóg zradzał mnie na nowo, odbudowywał to wszystko, co zostało zniszczone. I naprawdę wypoczęłam, gdyż mieszkałam w pięknej górskiej okolicy, położonej 1167 m.n.p.m. Dojazd do miejscowości był możliwy jedynie kolejką górską. Gdy wędrowałam szlakami i podziwiałam szczyty gór pokryte śniegiem, nie mogłam nie uwielbiać Boga za Jego dobroć, że mogę tu być i nie zamartwiać się rodzinnymi problemami. Będąc daleko od domu doznawałam nieustannie opieki i miłości Pana Boga. Siostry cały czas troszczyły się o mnie, ciągle pytały, czy czegoś mi nie brakuje, podrzucały mi słodycze. Jednego dnia zrobiły mi niespodziankę i zabrały na wyprawę w góry. 

Był to czas osobistych rekolekcji, bo w ciszy łatwiej jest usłyszeć głos Boga. Wiedziałam, że tylko będąc wierna modlitwie mogę przeżyć dwa miesiące w obcym kraju sama. Prosiłam też o wsparcie modlitewne moich braci i sióstr ze wspólnoty. Miałam możliwość uczestniczenia w codziennej mszy świętej, adoracji, czasami też w nocy, gdyż w zakonie trwała wieczysta adoracja. Gdy poszłam na nią pierwszy raz i patrzyłam na Jezusa ukrytego w małej Hostii, pomyślałam: „Jak Cię można, Jezu, nie kochać?”. W moim sercu Bóg wzbudził modlitwę za cały Kościół, szczególnie zaś za niewierzących. Poznałam dziewczynę, która wyznała, że nie widzi potrzeby, aby chodzić do kościoła na mszę, gdyż Bóg jest obecny wszędzie: w przyrodzie, w roślinach, w zwierzętach, więc nie trzeba szukać Go w kościele. Gdy widziałam sytuację Kościoła w Szwajcarii: puste świątynie, brak wiary wśród młodych, brak nowych powołań, to dziękowałam Bogu za łaskę wiary, za Kościół w Polsce i prosiłam, aby Kościół ostał się, nie runął, nie ulegał wpływom, które docierają z Zachodu. Gdy osoby dowiadywały się, że jestem z Polski, zawsze przywoływały postać Ojca Świętego Jana Pawła II i mówiły: „Polska to katolicki kraj”. 

Poprzez lekturę książki o. J. Kozłowskiego „Śladami Ducha” Jezus zaprosił mnie do szkoły rozeznawania. Wcześniej zawsze miałam kłopoty z wiernością codziennej modlitwie rachunkiem sumienia, gdyż odkładałam ją na późną godzinę i usprawiedliwiałam siebie zmęczeniem, zaś będąc w Szwajcarii na nowo powróciłam do tej modlitwy. Pan Bóg udzielał mi konkretnych świateł, dzięki którym mogłam rozpoznać, czy dana myśl pochodzi od Niego, czy też nie. Pamiętam sytuację, gdy dostałam wiadomość od młodszej siostry, że mam szybko skontaktować się z domem. Od razu ogarnął mnie lęk, pojawił się niepokój w moim sercu, że na pewno stało się coś złego. Ale Pan Bóg pozwolił mi rozpoznać, że ta myśl pochodzi od ducha złego, bo początek myśli, środek i koniec nie był dobry, wprowadzał w moim wnętrzu zamęt. Następnego dnia, gdy rozmawiałam telefonicznie z mamą, mogłam się upewnić, że w domu wszystko było w porządku i alarm był fałszywy. 

Pan Bóg na nowo pokazywał mi piękno mojego powołania oraz to, że wezwał mnie do pracy w Swojej winnicy, abym była Jego świadkiem. Poprzez rozważa-nie Słowa Bożego uczył mnie też, co oznacza być Jego uczniem. Bliskie stały mi się słowa: Jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko (2 Kor 6,10). Odnalazłam się w tym Słowie, bo po ludzku patrząc nie mam nic: nie mam pracy, zapewnionej przyszłości, wsparcia rodziny, ale mam coś najważniejszego -Boga. Jadąc do Szwajcarii nie myślałam, że Bóg chce posłużyć się mną i posyła mnie do konkretnych osób. Nie zdawałam sobie sprawy, że to, w jaki sposób żyję, jest świadectwem wiary dla osób, które spotkam w Szwajcarii. Chciałam siostrom podziękować za miłość, którą mi okazały, ale nie mogłam im tego powiedzieć. Zrodziła się we mnie myśl, aby napisać list z podziękowaniem. Drogą internetową poprosiłam koleżankę ze wspólnoty, aby przetłumaczyła go na język niemiecki. Miałam wewnętrzne opory, by podać list siostrom. Stwierdziłam, że to nie ma sensu, że tylko się chwalę, bo napisałam o trudnej sytuacji, w jakiej się znalazłam, o tym, jak Bóg zatroszczył się o mnie, a także o zaangażowaniu we wspólnocie, o tym, co robimy. Prosiłam je też o modlitwę. Jednak podałam list i ku mojemu zdziwieniu siostry przychodziły i dziękowały mi za niego, były poruszone. Powiedziały, że w tych czasach trudno spotkać młodą osobę, która wierzy w Boga. 

Uwielbiam Cię, Panie, w łasce wiary. Błogosławię Cię, bo rzeczywistością stają się słowa: Ja jestem krzewem winnym, wy - latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić (J 15,5). Dziękuję za dar trwania przy Tobie, że pozwalasz poznawać pragnienia Twojego Serca, że uczysz mnie modlitwy. Uwielbiam Cię w powołaniu i wybraniu do dzieła ewangelizacji. 

Grażyna 

Świadectwo z "Posłania" 6/2007