Pokochać słabość

W te wakacje po raz kolejny uczestniczyłam w rekolekcjach ignacjańskich, jakie organizuje łódzki Ośrodek Odnowy w Duchu Świętym. Zapisałam się na IV tydzień, który poświęcony jest Zmartwychwstaniu Pana Jezusa. Bardzo cieszyłam się z faktu, że będę mogła je przeżyć, ale im bliżej było wyjazdu do Porszewic, tym więcej czarnych myśli pojawiało się w mojej głowie, tym bardziej problemy, z którymi na co dzień się borykałam, zaczynały mnie przytłaczać.

Na rekolekcje pojechałam więc umęczona przez walkę, jaką toczyłam, pełna buntu wobec tego, jak wygląda moje życie (a nie wygląda tak, jakbym chciała) i braku nadziei na to, że Bóg może uczynić to, czego pragnę. Oczywiście wiedziałam, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, wiele razy w swoim życiu mogłam doświadczyć Jego troski i opieki, ale teraz gdzieś w głębi serca przestałam już wierzyć w to, o co się modliłam. 

Początek rekolekcji nie zapowiadał zmian. Miałam duże problemy ze skupieniem, nie potrafiłam „wejść” w ciszę, która na rekolekcjach ignacjańskich jest bardzo ważna. Nie mogłam zrozumieć, czemu coś, z czym nie miałam większych problemów podczas wcześniejszych wyjazdów, teraz przychodzi mi z takim trudem, czemu cały czas wracają problemy i emocje, które wydawało mi się, że już powierzyłam Bogu i zostawiłam za sobą. Chciałam się skupić jedynie na tym, co było treścią tych rekolekcji, ale nie potrafiłam. Za namową kierownika duchowego zaczęłam się więc pytać Boga, co chce mi przez to powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. W kontemplacji poświęconej drodze do Emaus zobaczyłam, że jestem jak ci uczniowie, którzy uciekali z Jerozolimy po śmierci Jezusa, bo byli zawiedzeni. Bóg umarł, a oni przecież oczekiwali czegoś innego. Gdyby poczekali jeden dzień, zobaczyliby Zmartwychwstałego, jednak zdecydowali się odejść. Ich decyzja była zbyt pochopna. Zwyciężył pragmatyzm zamiast wiary: w życiu liczą się fakty, a skoro Bóg umarł, wszystkie wcześniejsze obietnice Jezusa nie mają już teraz większego znaczenia. Zobaczyłam, że moja postawa serca przypomina ich zachowanie i że zasmucam tym Jezusa. Przypomniały mi się wówczas słowa, które Pan skierował do Apostołów po tym, jak część uczniów, nie rozumiejąc Jego nauki, odeszła: „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6,67). Nie chciałam odejść, ale ponieważ zdawałam sobie sprawę, jak niewiele mogę sama z siebie, zaczęłam prosić Boga, by pomógł mi wytrwać przy Nim, cokolwiek się dzieje, by odnowił i umocnił moją nadzieję i wiarę. 

Pan wysłuchał mojej prośby. Kolejny raz dał mi doświadczyć, jak bardzo mnie kocha i jak bardzo jest miłosierny. Jest zupełnie inny niż ja, ponieważ kocha również to, co jest we mnie słabe, a czego sama często nie potrafię przyjąć. Zobaczyłam, że dla Niego moja słabość to nie jest coś, co po prostu trzeba zaakceptować, bo tak już zostałam stworzona. Ona ma swoją wartość i jest szczególnie przez Boga umiłowana, bo to w niej może objawiać się Jego moc. Jeśli więc nie potrafię pokochać tego, z czym sobie nie radzę, zamykam w pewnym sensie Bogu drogę do siebie, ograniczam Jego możliwość działania w moim życiu. Zobaczyłam również, że Bóg oczekuje ode mnie przede wszystkim szczerości. Nie muszę sobie nagle zacząć radzić z tym, z czym wcześniej nie potrafiłam, ale mam z wszystkimi moimi brakami i trudnościami przychodzić do Niego, a On się zajmie całą resztą. 

W czasie kontemplacji Ad amorem, która była podsumowaniem wszystkich czterech tygodni, jakie składają się na rekolekcje ignacjańskie i w której mieliśmy sobie uświadomić dobroć Boga, Pan przypomniał mi całe dobro, jakie stało się moim udziałem w ostatnich kilku latach: wszystkie łaski, które od Niego otrzymałam oraz owoce poprzednich rekolekcji. Bardzo mnie to rozradowało. Zostałam również utwierdzona na drodze, na której jestem, w wyborach, jakie podejmuję. Tak jak uczniom po Zmartwychwstaniu Jezus przekazał misję głoszenia Słowa Bożego, tak mi dał zadanie dzielenia się Jego miłością i pragnie, bym przeżywała każde moje cierpienie w łączności z Nim. 

Dziękuje Ci, Panie, za dar tych rekolekcji, za wszystko, co uczyniłeś do tej pory w moim życiu i za to, co jeszcze uczynisz. 

Milena

Świadectwo z "Posłania" 4/2012