Jezus mnie wybawił

Nie byłam szczęśliwa

Mam na imię Violetta, mam 33 lata. Urodziłam się w rodzinie katolickiej, miałam chrzest, komunię, bierzmowanie, znałam katechizm, ale mimo to byłam tak naprawdę pseudokatoliczką. W Boga wierzyłam po swojemu, tak naprawdę to nigdy Go nie znałam. Wyobrażałam sobie Boga jako starszego „jegomościa”, który siedzi w chmurach i nic nie robi.

Myślałam, że Go nie obchodzę. Odchodziłam od Niego coraz dalej i dalej. Doprowadziło mnie to do tego, że przez ostatnie lata żyłam w grzechu ciężkim, w związku niesakramentalnym. Nie dość, że niesakramentalnym, to czasami niezbyt szczęśliwym i niezbyt udanym. Niby normalna rodzina: mama, tata, dziecko, ale czułam, że coś jednak jest nie tak, że czegoś mi brakowało. Ten brak zaczęłam głębiej odczuwać po I Komunii Świętej mojej córki. Chciałam, aby ona przyjmując komunię mogła ją przyjmować zawsze, bo ja nie mogłam. Chcąc nie chcąc musiałam chodzić z nią do kościoła i zaczęłam słuchać. Ziarno zostało zasiane, ale wtedy padało na drogę... Nadal żyłam po swojemu. Czułam się wielka, ważna, a tak naprawdę byłam małą zagubioną owcą, bo gdzieś w środku nie byłam szczęśliwa. Mówiłam sobie: „Przecież prawie wszystko mam, więc czego mi brakuje?”. Dzisiaj już wiem, że brakowało mi miłości i tej miłości nie mógł mi dać żaden człowiek, bo brakowało mi miłości Boga. 

Pojechałam z ciekawości

Pojawiła się osoba, która zaczęła mnie uświadamiać, że żyję w grzechu ciężkim i opowiadać o Bogu. Oczywiście, początkowo się z nią kłóciłam i nie słuchałam jej. Ziarno zaczęło padać na skałę. Zaproszono mnie na pierwszą mszę o uzdrowienie w Kole 30 listopada 2007 roku. Pojechałam z ciekawości. Początkowo rozglądałam się, czułam się nieswojo, kiedy ludzie wznosili ręce, śpiewali, ale myślałam: „co tam, skoro inni tak robią, to ja też mogę”. Przełamałam się i robiłam to samo, co oni. Byłam nawet u spowiedzi i dostałam pozwolenie na przyjęcie komunii. Teraz dopiero wiem, jaki Pan Jezus był mądry, pozwalając mi na to. Wiedział, jak później będę za tym tęsknić, nie dostając rozgrzeszenia i że będę dążyć tylko do tego, aby móc przyjmować komunię. Po mszy wracałyśmy z przyjaciółkami jak na skrzydłach, zadowolone, radosne, szczęśliwe, mimo że w ostatniej chwili przed mszą nie chciałyśmy na nią jechać. Żartowałyśmy nawet, że może lepiej pojedziemy na dyskotekę. 

Po tej mszy św. nadal żyłam po swojemu, ale zaczęłam szukać śladów Pana. Ziarno wtedy padało na ciernie. Po Nowym Roku stwierdziłam, że będę chodzić do kościoła co niedzielę i tak też robiłam. Nie wiem, jak to się stało, że któregoś dnia odmówiłam cały różaniec ze łzami w oczach i modliłam się za siebie, na drugi dzień też. Z utęsknieniem czekałam na następną mszę o uzdrowienie w Kole. Msza była 25 stycznia tego roku. Nikt z rodziny nie chciał ze mną jechać, a moi przyjaciele nie mogli. Pojechałam tam sama w nadziei, że znów dostanę rozgrzeszenie i przyjmę komunię. Godzinę stałam w kolejce do konfesjonału i nie dość, że nie dostałam rozgrzeszenia, to ksiądz nawet nie chciał mi dać błogosławieństwa, mówiąc, że tylko post, różaniec i celibat mi pomogą. Odeszłam od konfesjonału załamana. Było po Eucharystii, zaczęła się modlitwa o uzdrowienie. Stałam na końcu kościoła i zastanawiałam się, po co ja tutaj przyjechałam. I wtedy padły słowa: „Pan Jezus przychodzi do osoby, która żyje w grzechu ciężkim, przychodzi z rozwiązaniem jej problemu. Pan Jezus wybawi tę osobę z grzechu ciężkiego”. Po prostu wiedziałam, że były to słowa do mnie. Byłam tego pewna, płakałam nawet przy tych słowach. Później ksiądz powiedział, żeby osoby, które poczuły, że chodzi o nie, uklękły. Trochę się wstydziłam, ale coś mi w duszy mówiło: „Zegnij kolana, zegnij kolana!”. Uklękłam. Następnie ksiądz poprosił osoby, które posługują modlitwą wstawienniczą, o modlitwę nad osobami, które klęczą. Jakież było moje zdziwienie, gdy ktoś położył ręce na mojej głowie. Byłam zdziwiona, ale poddałam się tej modlitwie. Podczas niej poczułam się naprawdę cudownie, tak jak gdybym dostała drugie oczy. Skończyła się msza, pojechałam do domu. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że skończyło się też moje stare życie. Zrozumiałam później, że dzień 25 stycznia był nie tylko dniem nawrócenia Szawła, ale też pierwszym dniem mojego nawrócenia. Okazało się, że nie jestem ani drogą, ani skałą, ani cierniem, ale żyzną glebą. I może trzeba było czekać 33 lata, bo tyle właśnie mam, żeby Pan Jezus mnie „rozmiękczył”. 25 stycznia Pan Jezus mnie dotknął, wyciągnął do mnie rękę, a ja z tego skorzystałam. 

Skończyło się moje stare życie

Przez pierwsze trzy miesiące nie było mi łatwo. Zrozumiałam, co znaczą słowa, że trzeba narodzić się na nowo. Narodziłam się na nowo i, jak każde narodziny, było to bolesne. Nie chciałam grzeszyć żadnym ciężkim grzechem, nie wiedziałam, skąd mi się to wzięło, teraz wiem, że to łaska. Zrobiłam to, co kazał ksiądz - więc pościłam, prawie codziennie modliłam się na różańcu i podjęłam celibat. I robiłam to, bo chciałam, a nie, że musiałam. Zaczęłam się zmieniać, patrzeć inaczej na całe swoje życie. Wewnątrz mnie następował przewrót, nawet w takiej sprawie, że nie kupowałam płyt pirackich. 

Powoli, dzień po dniu, zaczęłam odrzucać wszystko, co związane ze złem. Pierwsze, co sobie uświadomiłam, to że mam Kogoś, kto mnie bezgranicznie kocha i że tym kimś jest Bóg. Kiedy to sobie uświadomiłam, nie potrzebowałam zamienników miłości typu rzeczy materialne, podróże czy ekscytujące wydarzenia. Kiedy sobie uświadomiłam, że Bóg mnie kocha, zaczęłam być szczęśliwa. Prawie codziennie czytałam Pismo Święte, z ochotą chodziłam na msze, rekolekcje, ale nie miałam jednego - nie mogłam przystępować do komunii z uwagi na związek, w jakim żyłam, mimo że nie grzeszyłam już grzechem ciężkim. Moja tęsknota za komunią była ogromna, ale mówiłam sobie, że trudno, że taka jest moja pokuta. Były też ciemne dni, kiedy czułam się opuszczona przez Boga, myślałam, że to jakaś bajka, że ja w to nie wierzę, ale wtedy właśnie miałam bardzo dużo znaków, słów, dowodów na istnienie Boga. Wtedy jeszcze bardziej się modliłam, czytałam, szukałam informacji nawet w internecie, robiłam sobie ignacjański rachunek sumienia i chyba po raz pierwszy w życiu doświadczyłam prawdziwego żalu za grzechy. Zaczęłam się dzielić tym, co się ze mną działo, z otoczeniem. Ci, którzy naprawdę wierzyli w Boga, mówili, że to cud. Ci, którzy wierzyli po swojemu, mówili, że coś ze mną jest nie tak, że można sobie wierzyć „średnio umiarkowanie”. Ja natomiast myślałam, że „średnia” to może być arytmetyczna, a „umiarkowany” - klimat, ale nie wiara, ponieważ Bóg powiedział, że lepiej, żebyś był zimny lub gorący, a nie letni, a ja chciałam być gorąca. Odkryłam, że w kościele oo. Jezuitów w Łodzi pod koniec miesiąca są msze o uzdrowienie. I tak, jak kiedyś co miesiąc jeździłam na zakupy do centrów handlowych typu Manufaktura do Łodzi, tak teraz lecę jak na skrzydłach, ale do kościoła Jezuitów na mszę o uzdrowienie, a do centrów handlowych nawet nie wchodzę. 

Nie ma mowy o jakiejkolwiek pomyłce

Po trzech miesiącach tych moich zmian wewnętrznych pojechałam na trzydniowe rekolekcje - kurs „Nowe życie z Bogiem” i tam na wykładach miałam wyjaśnione to wszystko, co się ze mną działo w ostatnim czasie. Po prostu byłam w szoku, że nic sobie nie wymyśliłam, że naprawdę się nawróciłam. Tam wreszcie dostałam rozgrzeszenie, tam też przeszłam modlitwę o wylanie Ducha Świętego i przez moment czułam, że znalazłam się naprawdę w niebie. Po powrocie z tych rekolekcji wiedziałam, byłam pewna, że nie chcę wrócić już do starego życia. Tak się stało, że zaczęłam dostawać rozgrzeszenie, ostatnio bardzo często przystępuję do komunii świętej. Nie wiem, co będzie dalej ze związkiem, w którym żyję. Jestem gotowa na zakończenie go lub na zawarcie białego małżeństwa. Oddaję się w tym Bogu, żeby mnie tak poprowadził, abym mogła żyć jak prawdziwe dziecko Boże. Cały czas się uczę, rozwijam i proszę Boga, żebym nie opuściła tej drogi, na którą weszłam. Dziękuję Jezusowi, że wybawił mnie ze starego życia, w którym nie byłam szczęśliwa. Dziękuję Mu, że narodziłam się na nowo, że z jawnogrzesznicy mogę stać się świętą. Teraz wiem też, co znaczy prawda wiary, że „łaska Boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna” i wiem też, co znaczy przykazanie, że „nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Są osoby, które odbierają tę moją zmianę niechętnie, nie wierzą w to. Mówią, że coś może ze mną jest nie tak, ale ja, tak się składa, jestem magistrem inżynierem informatykiem, mam umysł ścisły i o jakiejkolwiek pomyłce tutaj nie ma mowy. Dziękuję Ci, Jezu, że dotknąłeś mnie nitką Swojego płaszcza. Chwała Ci za to. Ty jesteś moim Królem. Chwała Panu!

Świadectwo wygłoszone podczas czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego w Koninie, opublikowane w "Posłaniu" 3/2008