Padłam na twarz przed Bogiem

Dom rodzinny, czyli korzenie  

Zacznę od tego, że byłam dzieckiem niechcianym, o czym skwapliwie mi przypominano przez całe życie. Rodzice byli zbyt młodzi, zagubieni, ciąża podobno wymusiła na nich ślub.

Jak bym się starała, to nie przypominam sobie rozmów o Bogu i nie przypominam sobie, aby moi rodzice chodzili do kościoła poza chrztami, ślubami i komuniami dzieci. Mimo to pamiętam obraz Matki Boskiej na półksiężycu. Rodzice rozwiedli się, gdy miałam 10 lat. Ojciec zniknął z  naszego życia, a matka rzuciła się w wir zabawy, alkoholu i przygodnych znajomości. Cała jej wolność realizowała się na naszych oczach. Zdarzało się, że nie  wracała kilka dni do domu, a my z siostrą nie miałyśmy co jeść. W zasadzie opieka nad moją młodszą o 4 lata  siostrą spadłą na mnie, więc walczyłam o przetrwanie jak umiałam. Świat wzajemnej nienawiści rodziców stanął przed nami otworem. W tej ciemności światłem  była moja babcia. To jej powierzono pierwsze lata  mojego wychowania, do niej wywożono mnie i moją siostrę na wszystkie wolne dni wakacji, ferii,  weekendów, choroby. Może niekoniecznie co niedzielę, ale z babcią bywało się w kościele. Poza tym o  Bogu się nie rozmawiało, a jeśli już, to w kontekście  zabobonów i wierzeń ludowych. Za to dużo się wróżyło w rodzinie z kart, z obrączek. Mama korzystała z porad wróżek. Dużo słyszałam o duchach zmarłych. Pierwsza Komunia Święta nie była dla mnie żadnym przeżyciem duchowym, natomiast coś się zadziało w sakramencie bierzmowania. To był dobry czas, gdyż na dwa ostatnie lata podstawówki wymeldowano mnie  zupełnie do babci i tam też przyjmowałam ten sakrament.  Niestety, zabrakło we mnie wtedy czegokolwiek, aby się nad tym pochylić.  

Dorastanie – młodość

Na naukę w liceum mama zabrała mnie z powrotem do Torunia. Co mogę powiedzieć? Stoczyłam się. Zaczęłam palić, pić. Nie wyobrażałam sobie piątkowego wieczoru czy soboty bez „wyjścia na  miasto”. Piłam coraz więcej i chociaż nienawidziłam  swojego życia, nienawidziłam libacji w domu, to często w nich uczestniczyłam. Czułam wewnętrzne  rozdarcie: jedna część mnie walczyła, druga w to  brnęła. Maturę zdałam cudem. Czas przeznaczony na naukę wolałam poświęcać na chłopaka, z którym się  spotykałam. Czasami u niego nawet pomieszkiwałam. Wstyd się przyznać, ale zostałam przez niego zupełnie ubezwłasnowolniona. Robiłam wszystko, aby tylko ze  mną był, więc kiedy odszedł, zaliczyłam swoje dno. I  wtedy ktoś powiedział do mnie: „Zobacz, co ze sobą zrobiłaś, jak wygląda twoje życie, ile pijesz”. Dziwne, ale te słowa coś we mnie poruszyły. Poczułam, że  muszę coś zmienić, bo za moment będzie za późno. Krótko po tym poznałam swojego obecnego męża. Człowiek z innego świata. Szybko zorientował się w  sytuacji i wręcz wyrwał mnie ze środowiska. Pojawił  się w odpowiednim czasie. Wcześniej nie miałby szans.  

Życie małżeńskie  

Mój mąż pochodzi z katolickiej rodziny. Starał się, abyśmy uczęszczali na msze niedzielne, ale we mnie  nie było tego pragnienia. Kościół kojarzył mi się ze starszymi paniami z różańcem, które zaraz po wyjściu z nabożeństwa zajmowały się plotkowaniem. Czasami  szliśmy na mszę, częściej nie. I tak odciągnęłam męża od Kościoła. Poza tym podjęłam dobrą pracę, zaczęłam studiować. Moje życie się zmieniło. Niby wszystko było dobrze, ale… przeszłam załamanie depresyjno-nerwowe. Psycholog stwierdziła, że kiedy po moim wcześniejszym życiu przeszłam do tego nowego, mój organizm odpuścił. I tak w 2002 r. rozpoczęła się moja prawie dziesięcioletnia przygoda terapeutyczna  z psychologiem i psychiatrą. Oczywiście wsparcie  farmakologiczne było niezbędne. Gdzieś po drodze próbowałam przeżyć bez tabletek i chyba najdłuższa  przerwa wyniosła około 2 lat, ale to były ciężkie czasy. Moim bożkiem stały się pieniądze, awanse w pracy, nagrody, wyróżnienia. To wiązało się z ogromnym  stresem, co tylko pogarszało stany depresyjne i nerwicowe.  

Pierwsze pukanie Boga  

Zaczęliśmy myśleć z mężem o dziecku. Nawet z  tego powodu zdecydowaliśmy się na ślub kościelny  (dwa lata po ślubie cywilnym). Chcieliśmy, aby dziecko było chrześcijaninem, aby zostało ochrzczone – co do  późniejszych decyzji w wierze, chcieliśmy dać mu wolną rękę. Nasze starania nie przynosiły rezultatów. I nie wiem, jak to się stało, nie pamiętam powodu,  ale zaczęliśmy znów chodzić do kościoła. Może nie  co niedziela, ale coś drgnęło. Trafiliśmy na mszę do  oo. jezuitów. Duch Święty zadziałał. Od tamtego czasu  „niedziela, godz. 19” stała się prawie obowiązkiem. Ciąża zaś nie stawała się faktem. Rozpoczęło się  leczenie i ostateczna diagnoza – jedynie in vitro. Moja  wiara ograniczała się do niedzielnych mszy, ale mimo to miałam w sobie takie wewnętrzne przekonanie: „Bóg  życie daje, a nie człowiek człowiekowi”. Mój mąż jakoś  nie nalegał. Pojawiła się inna opcja – adopcja. Ten czas  decyzji zbiegł się z czasem, kiedy na oczach wszystkich umierał św. Jan Paweł II. Zostałam wtedy mocno  poruszona. Oglądałam relacje w telewizji, biegałam do kościoła. Nie znałam żadnych litanii, Koronki do Miłosierdzia, tylko zwykłe Zdrowaś Maryjo, Ojcze nasz, Wierzę w Boga. Nie umiałam nawet odmawiać różańca. Wtedy Pan mocno do mnie pukał. Pamiętam taki dzień, kiedy padłam na kolana i modląc się, oddałam Bogu  swoje pragnienie bycia w ciąży. To było wyznanie, że  nie jestem godna, aby być w ciąży i niech się wypełni  Jego wola. Właściwie prawie od początku modliłam się  o to, aby Bóg dał mi siłę w tym, aby się wypełniła Jego wola. Jakoś czułam, że nie będę w ciąży. W tym czasie  zapragnęłam wybaczyć mojej matce. Nasz kontakt się  zupełnie urwał, gdy wyprowadziłam się z domu. Przy okazji pobytu u Najświętszej Panienki w Częstochowie  złożyłam prośbę modlitewną o ciążę i o przebaczenie matce. Czułam, że sama nie będę do tego zdolna. To był też czas, kiedy zaczęłam uczęszczać do spowiedzi. Bóg próbował być w naszym życiu, ale nadal go nieszukaliśmy świadomie. I znów nie pamiętam, jak do tego doszło, ale mimo iż skończyliśmy procedurę  adopcyjną w Toruniu, zgłosiliśmy się jeszcze do Ośrodka Adopcyjnego „Caritas” w Bydgoszczy. Tam poznałam inne pary oczekujące na adopcję i były to osoby wierzące. Trzy pary należały do Kościoła  Domowego. Dla nas – zupełna abstrakcja. Z jedną parą przyjaźnimy się do dziś. Piszę o tym, ponieważ osoby te  odegrały w moim życiu duchowym ogromną rolę. Tak Bóg stawia nam ludzi na naszej drodze.  

Drugie pukanie  

Było trochę lepiej w naszych kontaktach z Bogiem,  ale tak naprawdę ta wiara nie była nawet letnia. Dla mnie Bóg nadal pozostał jako Ktoś obcy. Całe  życie czułam, że jest nade mną opieka. Milion razy  wystawiałam swojego Anioła Stróża na próby, ale moja  osobista relacja z Bogiem zamykała się w stwierdzeniu: „Wiem, że jesteś i się mną opiekujesz”. Nic ponad  to. A zło działało. W pracy walczyłam o swoje tytuły.  Uwielbiałam horoskopy, zdarzyło się korzystać z usług wróżki. Próbowałam stawiać karty tarota. Pociągała mnie magia, wróżby, czary. Piekło traktowałam tylko  jako symbol. Pojawienie się dziecka w naszym życiu  nie było przypadkowe. Cała nasza historia adopcyjna  to niezwykły zbieg wielu okoliczności i wydarzeń, a  data urodzin syna stała się klamrą zamykającą to, co  się wydarzyło. To był wręcz namacalny znak od Boga i wiedziałam to, ale mimo to odwróciłam się od Pana w pół  roku po tym, jak zostaliśmy rodzicami. Uwikłałam się  w pewne sytuacje przeciwne Bogu. Miałam wrażenie,  że obserwuję siebie z boku, że to nie ja. Wszystko we  mnie krzyczało, że to złe, a mimo to nie potrafiłam się  wyrwać z tego, w czym tkwiłam. Trwało to półtora roku  i zebrało prawdziwe żniwa duchowe, zaburzenia relacji  w rodzinie. Znów odeszłam zupełnie od Boga.  

Trzecie pukanie – łomot  

To był lipiec 2012 roku. Już od jakiegoś czasu  dochodziły mnie słuchy, że są takie „dziwne” msze,  na których ludzie mdleją. Opowiadano mi o tym z  uwagi na naszego syna, u którego zdiagnozowano  niepełnosprawność sprzężoną. Owego dnia obiecałam mojej siostrze, że przyjadę. Resztką woli dojechałam, bo bardzo mi się nie chciało, byłam zmęczona,  zniechęcona, a tu jeszcze msza w środku tygodnia. Do wydarzeń mających miejsce na mszy podeszłam z  ironią. „Nic dziwnego, że ludzie mdleją, skoro tu tak  gorąco” – mówiłam, a tańce wokół ołtarza i „wielbienie  śpiewem” – to do mnie nie przemawiało. Uznałam, że  to jakaś sekta. Na zakończenie było błogosławieństwo  indywidualne. I wtedy Pan mnie dotknął. Kapłan nie  zdążył nałożyć na mnie rąk, a już leżałam na ziemi. I chociaż to było tak niespodziewane, to nic mi się nie  stało, a w dodatku przez moment byłam „gdzieś”. Tego dnia otrzymaliśmy również błogosławieństwo relikwiami Małej Arabki. W ciągu dwóch tygodni  od tej mszy wydarzyły się dwie rzeczy. Mój ojciec, z  którym gdzieś po drodze odzyskałam kontakt – zginął w  wypadku i jednocześnie to wszystko, na czym zbudowałam swój świat, runęło jak domek z kart. Z dnia na dzień zostałam bez pracy i bez możliwości podjęcia pracy w jedynym wyuczonym zawodzie. Ja – osoba „utrzymująca” rodzinę. Były to dwa wydarzenia zupełnie ze sobą niepowiązane. Stan mojej depresji osiągnął taki punkt, że myślałam o samobójstwie. Pierwszy raz potraktowałam to poważnie, ale była we mnie jakaś bojaźń. I ruszyła machina łaski Pana. Stawiał mi na drodze ludzi, którzy małymi kroczkami prowadzili mnie do Boga. Wśród nich była moja siostra (córka taty z drugiego małżeństwa), która całkowicie ufała Bogu. Była też koleżanka z pracy, która uświadomiła mi, że lęk nie pochodzi od Boga i że mam się modlić różańcem, ile się da i iść do spowiedzi, choćby nie wiem co stawało mi na przeszkodzie. I moja przyjaciółka z Bydgoszczy wiernie wspierająca modlitwą i słowem. Nagle padłam twarzą przed Bogiem i oddałam Mu  całe swoje życie. Jednego dnia myślałam o tym, w jaki sposób pozbawić się życia, bo nie widziałam  nadziei, a drugiego – zawierzyłam się Bogu. Oddałam  Mu przyszłość swoją i mojej rodziny. Poszłam do  spowiedzi, chociaż przeciwności nie brakowało. Duch Święty podsuwał mi modlitwy. Litania do Krwi  Chrystusa i Litania do Serca Jezusowego stały się moją modlitwą codzienną. Zaczęłam odmawiać różaniec. Powoli poznawałam Pana, który – mimo mojej całej  bagiennej przeszłości – najzwyczajniej w świecie  przytulił mnie z niespotykaną dla mnie do tej pory miłością. Msze o uzdrowienie stały się dla mnie jak  pokarm. Często byłam tak poruszana, że zalewałam się łzami. Spowiedzi stawały się coraz częstsze. Pamiętam,  kiedy pierwszy raz otrzymałam łaskę doznania tej  wypełniającej miłości Bożej. Doświadczałam tego, płakałam z poruszenia, a jednocześnie wiedziałam, że  to jedna miliardowa z całości tej miłości, jaką Pan ma  dla nas. On nas tak miłuje, że jako ludzie w swoich  ludzkich sercach nie potrafilibyśmy tego przyjąć. Wtedy zrozumiałam, o czym pisała św. Faustyna w Dzienniczku: „Gdyby Pan dopuścił nam doświadczyć  swojej miłości – umarlibyśmy”.  

Cały czas czuwał nade mną Duch Święty. Byłam przynaglana do modlitw, które poznawałam. Pamiętam pierwszą nowennę pompejańską, do której wręcz zostałam przymuszona. Całą walkę duchową po nawróceniu przechodziłam sama, w opiece Ducha  Świętego. Nie było przy mnie nikogo, kto by mi wytłumaczył, co się we mnie dzieje – poza moją  przyjaciółką z Bydgoszczy, ale nawet dla niej moje doświadczenia duchowe były zbyt mocne i ciężkie do pojęcia „po ludzku”. We wszystkim miałam jedną niezłomną świadomość – Bóg jest ze mną, On mnie kocha, nie opuści mnie i mnie chroni. Choćby nie wiem, jak się wydawało, że jest źle – to wiedziałam, że pomoc przyjdzie i zawsze przychodziła. Nikt i nic od tamtego dnia, kiedy oddałam się Panu, nie zakłócił mojej wiary. Od tamtych zdarzeń minęły już dwa lata. Każdy mój dzień oddaję Bogu. Każdego dnia miłuję Go mocniej. Każdego dnia poznaję Boga i odkrywam coś  nowego. W ciągu tych dwóch lat doświadczyłam wiele cudów i morza łask. Jednym z nich jest uzdrowienie i odrzucenie zupełnie tabletek antydepresyjnych. Można mnożyć świadectwa. Czasami każdy dzień jest osobnym świadectwem. Widzę wyraźnie, jak wszystkie wydarzenia są ze sobą powiązane, jak działa Duch Święty, jak mnie prowadzi. Dziękuję za to Panu i  Bogu, mojemu Stwórcy. Dziękuję za każde trudne  doświadczenie, które dało mi siły. Dziękuję za łaskę  życia i modlę się, aby wypełniała się we mnie wola Pana.

Jak dalej żyć?  

Ogromną siłą stały się dla mnie rekolekcje  charyzmatyczne. Pierwsze rekolekcje, na jakie  trafiłam, były prowadzone przez ks. Bashoborę. Przeżyłam szok, że tyle osób przychodzi na tego typu spotkania i niesamowitą radość ze wspólnej  modlitwy. Śpiewałam, modliłam się i płakałam ze  wzruszenia. Łaski po tych rekolekcjach są ogromne. Doświadczyłam uzdrowienia, pierwszy raz upiłam  się Duchem Świętym. Zabrałam tam swojego syna,  który został namaszczony olejkami i rozpoczął się nowy etap w jego życiu. Sam ks. John przekazał  mi pewną ważną duchową informację o Mateuszu. Później już uczestniczyłam we wszystkich rekolekcjach organizowanych przez wspólnotę  „Posłanie”. Każde spotkanie ze Słowem Bożym  jest inne. Po kolejnych rekolekcjach zostaje coś zmienione, naprawione. Pojawia się nowe światło  oraz jest pobudzenie do przemyśleń. Pan w ten sposób  mnie rozwija i cały czas prowadzi. Nawrócenie to początek drogi. Bóg działa w moim życiu, lecząc wszystko po kolei, stopniowo. To długotrwały  proces, wymagający wielu sił duchowych i osłony modlitewnej. Takie wsparcie otrzymałam we wspólnocie. Przyznam się, że miałam trudności ze znalezieniem wspólnoty dla siebie. Zaczęłam szukać w internecie. Nie wyobrażałam sobie jednak tego, że niby jak ma to wyglądać? Zapukam, wejdę i powiem: „Dzień dobry, chciałabym do  was dołączyć”?. Później oddałam to w modlitwie i na efekty nie musiałam długo czekać. Spotkałam osoby, które mnie przyprowadziły. Zachłysnęłam się poniedziałkowymi spotkaniami we wspólnocie  „Posłanie” oraz czwartkową adoracją ze wspólnotą„Małe Uwielbienie”. Mogłam przekonać się, że jest wiele osób zanurzonych w miłości Boga. Poznaję  siłę działania Pana poprzez innych ludzi. Czasami  Duch Święty posługuje się mną na chwałę Pana i to  jest piękne. Wspólnota stała się dla mnie światłem,  siłą, nauką, znakiem jedności. Poprzez uważne  słuchanie i obserwację każdego dnia się uczę. Kolejne świadectwa czy głoszone konferencje są dla  mnie jak wiosenny deszcz dla nowo zasadzonych  roślin. Chwała Panu za wszystko, co mnie spotkało, spotyka i spotka.  

Ilona    

Świadectwo z "Posłania" 2/2015