Dzieło dla Boga czy dzieło Boga?

W tym świadectwie pragnę podzielić się swoim doświadczeniem kogoś początkującego na drodze ewangelizacji. Pierwsze chwile bycia we wspólnocie były trudnym dla mnie czasem. Byłam bardzo zamknięta na ludzi, więc odnalezienie się w grupie było dla mnie ogromną barierą. Ów strach przed ludźmi, przed odrzuceniem powodował, że nie potrafiłam zaangażować się w żadną grupę posługującą w ramach naszej wspólnoty. 

Przez kilka miesięcy powstrzymywało mnie to przed przychodzeniem na spotkania animatorskie. Czułam się wyobcowana, zbędna, a tak bardzo chciałam być potrzebna. Wspólnota była dla mnie pierwszym miejscem, gdzie czułam się bezpieczna, gdzie doświadczyłam wiele dobra. A teraz ja okazywałam brak wdzięczności – przychodziłam tylko na spotkania modlitewne i tylko się modliłam, zamiast robić coś konkretnego. Cała moja uwaga była skupiona na poszukiwaniu „zatrudnienia we wspólnocie”, by wreszcie uciszyć te, pełne wyrzutów, wewnętrzne głosy.

Wreszcie pojawiła się propozycja pracy – administrowanie stroną internetową naszej wspólnoty. Ta potrzeba robienia czegoś w grupie była tak duża, że właściwie nie mając większego pojęcia na ten temat, zgodziłam się. Stało się to dla mnie wielkim wyzwaniem. Zaangażowałam się całą sobą, by sprawnie nauczyć się tej sztuki i by efekty mojej pracy były dobre. Powoli wyciszały się wewnętrzne wyrzuty odnośnie bycia kimś „bezużytecznym” w grupie, a z kolei pojawiały się nowe – by ta moja praca była coraz lepsza. Pracowałam jak oszalała kosztem czasu na odpoczynek, na modlitwę osobistą… bo przecież ciągle było dużo do zrobienia, a ta praca była oczywiście ważniejsza, bo dla Chrystusa! Z czasem „moja posługa” stała się dla mnie obciążającym obowiązkiem. Pojawiło się zmęczenie, smutek, zniknęła wcześniejsza radość, która towarzyszyła pracy dla Pana. Zaczęłam odczuwać wewnętrzny konflikt. Z jednej strony pragnienie posługiwania, wdzięczność , z drugiej – uciążliwość tej posługi, wiele trudności.

Przełomem stał się moment, kiedy musiałam iść do szpitala na kilka dni. Najbardziej niepokoiło mnie podczas tego szpitalnego pobytu to, co teraz będzie przez te kilka dni i potem przez okres zwolnienia lekarskiego, kto się tym zajmie i czy poradzi sobie. A jak poradzi sobie lepiej ode mnie, to co? – naraz zaświtała mi taka myśl i tej myśli przestraszyłam się całkiem poważnie, a kolejnej jeszcze bardziej: poczucia zagrożenia utraty owej posługi. Te wszystkie myśli towarzyszyły lekturze książki Wspólnota i rozeznanie duchowe, którą zabrałam sobie do szpitala. Akurat zatrzymałam się na rozdziale Dzieło dla Boga czy dzieło Boga. Pobyt w szpitalu sprzyjał refleksji i zrozumiałam, że moja posługa wyzbyła się gdzieś po  drodze czystych intencji służenia Panu z prawdziwej wdzięczności. Zły duch wykorzystał tu moje zranienia, potrzebę akceptacji, miłości, których namiastki uzyskiwałam poprzez docenianie mojej pracy, poprzez to, że czułam się potrzebna, zauważona w grupie. Zabrakło też roztropności: nie rozpoznałam, że cenniejszy dla człowieka i jego posługi jest postęp, wzrost duchowy. Ważniejsze stały się ukryte cele, by zaspokoić potrzebę dobrego samopoczucia i docenionej pracy wśród osób z grupy.

Jezus wyraźnie domagał się, by posługa dla Niego w moim życiu była z miłości, bo On sam jest Miłością, wszystko czyni z miłości i pragnie, bym w taki właśnie sposób okazywała Mu wdzięczność. Przekonał mnie o tym i za to wszystko chwała Panu!

Lucyna

Świadectwo z „Posłania” 2/2006