Zapragnęłam głosić Chrystusa

Spotkałam Chrystusa 

Chciałabym to świadectwo w kilku słowach rozpocząć od chwili w moim życiu, w której pierwszy raz spotkałam Chrystusa. Miałam wtedy 15 lat, to było ponad 10 lat temu. Byłam taką nastolatką, która straciła już właściwie sens swojego życia. Nie wiedziałam, dlaczego żyję i po co.

Po trudnych doświadczeniach życia w domu rodzinnym poszłam na rekolekcje wielkopostne do mojej parafii i to były dla mnie niezwykłe rekolekcje. Niezwykłe trzy dni, w czasie których Pan Jezus objawiał mi Swoją miłość do mnie i pozwolił jej doświadczyć w bardzo konkretny sposób. Pod wpływem posługi grupy ewangelizacyjnej, która prowadziła wraz z kapłanem te rekolekcje, słuchania świadectwa ich życia i doświadczania przez nich miłości Chrystusa, stanęłam przed Jezusem i zaczęłam wołać do Niego, by pomógł mi wydobyć się z tej beznadziei, w jakiej żyłam wtedy, z tego poczucia bezsensu mojego życia. I On odpowiedział na to moje wołanie czymś, o czym nawet nie myślałam. Wtedy też poszłam do spowiedzi i wyznałam wszystkie swoje grzechy, ale też swoje zniewolenia. Jezus uwolnił mnie w tym sakramencie od nałogu, w którym żyłam. Nałogu, który przygniatał mnie i odbierał nadzieję na szczęśliwe życie, odbierał poczucie swojej wartości. Jezus wtedy to zabrał. Ale też objawił mi to, że On na Krzyżu umarł właśnie za moje grzechy, że On umarł za mnie, że to Swoje życie tu, na ziemi, oddał za mnie. I pozwolił się ukrzyżować, żeby ten mój grzech zgładzić. Dał mi tego dowód – właśnie w sakramencie pojednania. 

Czułam, że nie mogę milczeć 

Miałam kilkanaście lat, ale w moim sercu zrodziło się ogromne pragnienie, by głosić Chrystusa. Nie można nie mówić o takiej miłości, gdy się jej doświadczy. Nie można milczeć. I to było ogromne pragnienie, które towarzyszy mi do dziś. Ale wtedy w moim sercu poza tym pragnieniem było tyle zranień, że bardzo trudno było mi wyjść do innych. Właściwie odkąd pamiętam, bardzo bałam się ludzi. Byłam osobą bardzo zamkniętą w sobie, doświadczałam wielu swoich słabości, zranienia w sercu, słabości psychiki, która powodowała, że żyłam w wielkim zamknięciu, lęku przed drugim człowiekiem. Ale w momencie, w którym spotkałam Chrystusa, czułam, że nie mogę nie mówić. Nie mogę milczeć. Bo gdy się doświadczy takiej miłości, to pragnie się, by także drugi człowiek jej doświadczył. Zrodziło się też we mnie pragnienie, by znaleźć wspólnotę, by znaleźć swoje miejsce w Kościele. 

Ważna jest wytrwałość 

Po wyjeździe na studia trafiłam właśnie do wspólnoty „Posłanie”. Na początku przeszłam Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, podczas którego Pan Bóg wlał wiele łaski uzdrowienia w moje serce, uwalniał mnie od wielu lęków. Po skończonym Seminarium wiedziałam, że ta wspólnota to jest moje miejsce. Tak to odczułam w moim sercu, właśnie dlatego, że w niej był dar podejmowania służby i ewangelizacji. A we mnie było ciągle to pragnienie mówienia o Chrystusie, dawania świadectwa, chociaż nie wiedziałam, jak mam to czynić. Zaczęłam chodzić na próby zespołu muzycznego. I od tego zaczęło się moje posługiwanie we wspólnocie. Przez bardzo długi czas doświadczałam jednak bardzo mocno swojej słabości. Chcę powiedzieć, jak ważna jest wytrwałość na tej drodze i trwanie w tym miejscu, gdzie Pan Bóg mnie postawił, gdzie poczułam się wezwana, by w jakiś sposób służyć. Tak ważna jest ta wytrwałość i nieustanna modlitwa, przyzywanie Ducha Świętego, z tego względu, że walka, o której mówili ksiądz Marek i Marta, toczy się nieustannie. Często doświadczałam wielu myśli przeciwko sobie, przeciw swojemu posługiwaniu. Ale kiedy wchodziłam we wspólnotę, w jej życie, formację, podejmując na początku jakieś drobne rzeczy, a później angażując się coraz bardziej, Pan Bóg zaczął mnie z tego zamknięcia wyprowadzać do coraz większej wolności i coraz większej radości życia. 

Wydawać swoje życie innym 

Nie jest tak, że jesteśmy wezwani do tego, żeby tylko dawać. Doświadczam w moim życiu, że tak naprawdę o wiele więcej otrzymuję, niż daję. Formacja we wspólnocie, podejmowanie służby, bycie w Kościele i uczenie się służby, troski o drugiego człowieka wyprowadziły mnie z tej izolacji, w której żyłam. A jest to jakiś znak naszych czasów, że ludzie często żyją w izolacji. I to niekoniecznie w izolacji psychicznej, ale zamknięciu się wokół swojej pracy, wokół swoich bliskich relacji, izolacji w swoim życiu, w swoich przyzwyczajeniach, jakichś swoich zainteresowaniach. Ludzie często – tak jak ja żyłam - zamykają się w obrębie tylko swojego życia. A jednak są osoby wokół nas, które nie doświadczyły łaski spotkania z Chrystusem, nie doświadczyły Jego miłości. Ogromnie uwalniające było i jest dla mnie nieustannie uczenie się życia dla innych. To jest też ten wielki dar złożony w Kościele. Jesteśmy wezwani w szczególny sposób, aby wydawać swoje życie innym, aby głosić Chrystusa w taki sposób, w jaki rozpoznajemy to w naszych wspólnotach. Pan Bóg właśnie drogę posługiwania czyni drogą do uzdrowienia i uwolnienia. 

Wezwanie na całe życie 

Ale to nie wszystko, bo Jezus prowadzi jeszcze dalej. On pozwala mi cały czas - odpowiadając na te moje pragnienia, aby Go głosić - odkrywać tak naprawdę moje powołanie w życiu. Bo to wezwanie nie jest na jakiś czas, że ja trochę pobędę we wspólnocie, trochę posłużę. Wezwanie do ewangelizacji jest wezwaniem na całe życie, to jest powołanie na całe życie. I to ogromne powołanie. Powołanie i ogromna odpowiedzialność za drugiego człowieka, bo otrzymaliśmy tak wiele. Dzisiaj też otrzymaliśmy tak wiele i otrzymamy jeszcze więcej. Będziemy przyzywać Ducha Świętego, by On udzielił nam Swojej łaski, by nas uwalniał, byśmy mogli wydać Mu swoje życie. Bo w Nim właśnie mogę odkrywać życie w wolności. Właśnie nie w tym, że się uwolnię od różnych zobowiązań, ale wolność mogę odkrywać właśnie w pełnym wydaniu swojego życia. I w wydaniu swojego czasu. Dzisiaj nie oddajemy swojego życia tak jak pierwsi chrześcijanie, którzy dosłownie oddawali to życie, przelewali krew. Dzisiaj oddajemy życie przez ofiarowanie swojego czasu, swojego serca, swojej modlitwy, ofiarowanie czasami takich chwil, kiedy już jesteśmy zmęczeni, ale jednak kontynuujemy służbę; prosimy Ducha Świętego o łaskę i On przychodzi. Ofiarujemy ten czas, bo czas to jest nasze życie. Czas to jest tak naprawdę miłość. I duch zły często kusi, by tego czasu nie ofiarować: „bo ja mam to, bo mam tamto”, „bo ja mam pracę”, „mam własną rodzinę”, która też jest, oczywiście, bardzo ważna i to jest właśnie powołanie osobiste. Ale Pan Bóg wzywa również rodziny do tego, by dawały świadectwo. I to jest ogromne powołanie. Dzisiaj nie jesteśmy tutaj przypadkowo. Dzisiaj nieprzypadkowo będziemy prosić Ducha Świętego, by zstąpił na nas, tak jak zstąpił na Apostołów. A co się stało, gdy On zstąpił? Apostołowie wolni od lęku wyszli i głosili Jezusa. Byli zdolni znieść wszelkie trudy, wszelkie prześladowania, byli zdolni pokonać te pokusy, które pojawiały się na tej drodze i będą się pojawiać. Bo ta walka toczy się nieustannie. Tak jak ks. Marek powiedział, szatan po prostu nienawidzi, kiedy głoszony jest Chrystus. Bo On jest tą Miłością, która potrafi człowieka wyzwolić z wszelkiego zła; bo jest Miłością, która potrafi uzdrowić każdą ranę, jest tą Miłością, która nas odkupiła i przez którą mamy życie wieczne. Diabeł nie może po prostu tego znieść. Dlatego jesteśmy w jakiś sposób kuszeni, by nie głosić Chrystusa w naszym życiu. Dlatego dzisiaj jesteśmy szczególnie wezwani, by otworzyć się na dar Ducha Świętego. 

Zawierzenie Matce Bożej 

Jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałabym powiedzieć: o zawierzeniu Matce Bożej. Na tej drodze kroczenia za Chrystusem - widzę to w swoim życiu - wśród różnych niebezpieczeństw, wśród różnych pokus zajęcia się tylko swoim życiem, obroną i bezpieczną drogą jest zawierzenie się Maryi. Właściwie od momentu nawrócenia obecne było w moim życiu zawierzenie Matce Bożej. Na początku wiązało się ono z pragnieniem zaufania, tak jak Ona zaufała Bogu i odpowiedziała miłością na Jego miłość. Dlatego zawierzałam Jej swoje życie. Dzisiaj - patrząc wstecz - widzę Jej opiekę, bo wiele było trudnych momentów. Gdy trwamy we wspólnocie, są trudne momenty. Jesteśmy dla siebie darem, czasami też trudnym darem, ale zawsze darem. I Maryja była Tą, która ochraniała Swoim płaszczem i zawsze wskazy-wała na Chrystusa. Bo to, co jest najważniejsze w naszym trwaniu w Kościele, to Chrystus. Przypomniało mi się to słowo z Pisma Świętego: gdy trochę pocierpicie, to Pan Bóg sam was umocni i ugruntuje i On was napełni Swoją mocą (por. 1 P 5,10). I dlatego jest tak ważne, aby trwać. Zawierzenie Maryi, Tej, która miażdży głowę węża, jest obroną w walce duchowej. Tak ważne jest, aby całe nasze wspólnoty zawierzały się Jej opiece, by Ona je prowadziła, by prowadziła każde posługiwanie, które podejmują. By to nie było tylko z nas, ale by to było pełnienie woli Bożej. Wtedy objawia się właśnie moc Ducha Świętego. Chwała Panu! 

Magda 

Świadectwo z "Posłania" 4/2008

fot. Katarzyna Kotula