Najlepszy prezent

Chciałbym podzielić się tym, jak wielkich rzeczy dokonał we mnie Jezus, gdy zgodziłem się, by On zamieszkał w moim sercu. Zacznę od dnia, w którym poznałem prawdziwego przyjaciela, który pragnie, bym został zbawiony, bym był święty. Tego dnia, a było to cztery lata temu, gdy zaczynałem pierwszy rok studiów w Toruniu, zobaczyłem, jak Pan Jezus mnie ciągle szukał. Wtedy też nastał moment, kiedy zaczęło się w mym życiu dużo zmieniać. Nim trafiłem do Torunia, moje życie nie należało do najlepszych.

Zaczęło się to już w dzieciństwie, kiedy rozpoczynałem naukę. Nie wiem, na ile byłem tego świadomy. Zaczęły się nowe znajomości, a przez nie coraz bardziej popadałem w grzech nieczystości. Czułem się jak dorosły, a wśród rówieśników uchodziłem za równego gościa, który w wiedzy o „tych sprawach” nie ustępuje innym. W szkole średniej w mym życiu pojawiły się narkotyki. Miałem je na wyciągnięcie ręki, nawet ich nie kupowałem. Takiemu jak ja dawano za darmo, za dobrą gadkę. Udostępniałem swój pokój jako „kulturalną melinkę”, w której do rana można było zabijać czas przy alkoholu i grze w karty. Gdzie był wtedy Jezus? Mijaliśmy się szerokim łukiem. Na Eucharystii bywałem raczej z tradycji, niż z wewnętrznego pragnienia serca. Siadałem z tyłu, a do komunii św. chodziłem od czasu do czasu, by inni widzieli we mnie porządnego chłopaka, lub nie chodziłem wcale, wybierając niedzielny spacer po okolicy zamiast mszy świętej. Rzadko bywałem tam z obojgiem rodziców. Szkoła średnia to też czas mojej wielkiej miłości - aż do momentu, kiedy pojawił się między nami grzech nieczystości. Po czterech latach nasz związek zaczął się psuć: inne kierunki studiów, różne miasta, nowi znajomi. Zerwaliśmy ze sobą. Wielka miłość rozsypała się jak domek z kart, a ja zastanawiałem się nad skończeniem ze sobą.

W tym trudnym dla mnie czasie korespondowałem listownie z przyjacielem, którego poznałem na studiach w Toruniu. Przyjaciel, ot, zwykła koleżanka w moim wieku. W listach do niej dzieliłem się swoim smutkiem, a Dorota - bo tak na imię ma moja przyjaciółka, dzieliła się przeżyciami, jakich doświadczyła, odkrywając Jezusa, będąc we wspólnocie „Posłanie”. Na początku wydawało mi się to wszystko dziwne. Byłem jednak tolerancyjny, myślałem: „Ma dziewczyna swój świat, więc niech ma”. Ale w głębi duszy pragnąłem tego świata, którego doświadczała. Pragnąłem Jezusa przyjąć czystym sercem i żyć Nim. Wiele listów upłynęło i wiele świadectw z jej strony. Nasza znajomość pogłębiała się, aż pewnego dnia, a było to w Mikołajki 2004 roku, chciałem Dorocie sprawić wyjątkowy prezent. Nie miałem pieniędzy, aby wysłać jej coś fajnego, poza tym było za późno na wysyłanie czegokolwiek. W sercu pojawiła się myśl, by iść do spowiedzi, a potem podzielić się tym z Dorotą. No tak, tylko że ja nie byłem przy konfesjonale jakieś naście lat! Pytałem ludzi, którzy często podchodzili do sakramentu pokuty, jak to się robi. Wieczorem, po refleksji nad tym wszystkim, co złego uczyniłem, poszedłem przede mszą św. do spowiedzi. Kamień spadł mi z serca! Tego dnia przyjąłem Jezusa czystym sercem, bo On przebaczył mi popełnione dotychczas grzechy. W drodze powrotnej trudno było mi pisać sms do Doroty z tą radosną nowiną, bo w podskokach wracałem do akademika. Od tego momentu Jezus stanął na pierwszym miejscu w moim życiu. Zaczął się dla mnie czas przemian, odkrywania na nowo granicy między dobrem a złem, między moralnością ludzką (często wręcz egoistyczną), a tą pochodzącą z Pisma Świętego. Pragnąłem wyzbyć się tego, co jest we mnie złe, a Jezus opatrywał me rany podczas mszy z modlitwą o uzdrowienie. Krótko mówiąc: nawróciłem się, a teraz trwam na tej drodze i mimo upadków pokładam nadzieję w Jezusie, bo wiem, że z Nim zwyciężę. Po tych wszystkich cudach, jakie wydarzyły się w moim życiu, wciąż nie mogę się nadziwić, że Jezus ciągle mnie szukał, znalazł i na nowo tchnął we mnie życie. I za to wszystko dziękuję Ci, Jezu! 

Marcin  

Świadectwo z „Posłania” 1/2008