Doświadczyłam spotkania twarzą w twarz

Chciałabym się z wami podzielić najpiękniejszym momentem w moim życiu, kiedy doświadczyłam obecności Pana Jezusa. Najpierw jednak powiem coś o sobie i jak moje życie wyglądało wcześniej. Obecnie kończę II roku studiów w Toruniu. Wychowywałam się w małej wiosce. Pochodzę z rodziny na pozór normalnej. Na zewnątrz wszystko wyglądało dość standardowo: mama, tata, starsza siostra i ja. Wewnątrz jednak bywało różnie.

Pamiętam z dzieciństwa dużo kłótni, sporadycznie pojawiał się alkohol, aż w pewnym momencie, niespełna tydzień po mojej I Komunii św., mój tata stwierdził, że się wyprowadza. Tak też zrobił. Jako dziecko przeżyłam to bardzo mocno, nie rozumiałam, dlaczego tak postąpił i dlaczego nagle zniknął z mojej codzienności. Nie było to łatwe ani dla mnie, ani dla mamy i mojej siostry. Mama sporo wtedy ze mną przeszła, bo potrafiłam budzić się w nocy z płaczem i pytać, dlaczego taty z nami nie ma. Wszystko cierpliwie starała się mi wytłumaczyć, jednak moja relacja z tatą znacznie się pogorszyła. Byłam mała, zupełnie tej sytuacji nie rozumiałam. Nie wiedziałam, dlaczego się to stało, jak długo tak będzie, szukałam też winy w sobie, choć jej tam nie było. Nie odbiło się to jednak na mojej nauce, w szkole dalej dobrze sobie radziłam, zdobywałam świadectwa z czerwonym paskiem, ale ponieważ rozwody 12 lat temu nie były tak powszechne, czułam się czasami gorsza od moich rówieśników. Nadrabiałam wszystkim innym, żeby czuć się akceptowaną. Miałam swoją grupę przyjaciół, zawsze byłam lubianą osobą. W gimnazjum angażowałam się w wiele rzeczy, np. samorząd szkolny czy konkursy. Znalazłam tam bliskich ludzi, wśród których to, że tata nie mieszka z nami i rodzice są po rozwodzie, traktowano „normalnie”. To już nie była jedyna taka sytuacja w klasie, lecz jedna z wielu. Nauczyłam się żyć ze świadomością, że mój tata odszedł i jest to wpisane w scenariusz mojego życia. 

Sytuacja w domu była dość trudna, mama utrzymywała nas sama, więc w pewnym momencie postanowiła zacząć pracę w Warszawie. Wiązało się to z tym, że przyjeżdżała do domu co dwa, trzy tygodnie i w tamtym okresie moja relacja z nią również się pogorszyła. Stałam się bardzo samodzielna, musiałam szybko dorosnąć i radzić sobie z wieloma rzeczami sama. Zamieszkała z nami siostra mojego dziadka, ale nie miała na mnie zbyt dużego wpływu. Tak naprawdę robiłam, co chciałam. Mama starała się to wszystko kontrolować, na ile mogła, ale nie było jej w codzienności. Skończyłam gimnazjum z dobrymi wynikami w nauce, akceptowana przez rówieśników, ale cały czas gdzieś w środku nosiłam poczucie opuszczenia i samotności. Nie było to łatwe. Pójście do liceum wiązało się ze zmianą środowiska – większe miasto, kolejni ludzie, nowa szkoła. Radziłam sobie w tym wszystkim, miałam przykład mojej mamy – kobiety niezależnej, więc sama przybrałam taką pozę. Stwierdziłam, że sobie poradzę, bo przecież muszę – jak zawsze. Minęła pierwsza klasa i moje życie toczyło się bez zmian. Później zaczęła się druga klasa i był to rok osiemnastek. Moje urodziny są w październiku, więc zanim wyprawiłam swoje, byłam na wielu imprezach wcześniej, a że byłam lubiana, to zapraszano mnie na wszystkie po kolei. Zawsze się usprawiedliwiałam, że przecież nie robię nic złego, nie piję, nie palę, idę tylko potańczyć. Ale sami wiecie, co tam się dzieje: są rzeczy, które nie budują, ale ściągają w dół.

W pewnym momencie okazało się, że zmieniają mi nauczyciela informatyki. Uczyłam się w klasie o profilu matematyczno-fizyczno-informatycznym, więc to był ważny przedmiot. Po pierwszej lekcji załamałam się, bo okazał się być bardzo wymagający. Z racji tego, że u mnie w grupie było dużo dziewczyn (a na tym profilu nieczęsto się to zdarzało), widział, że potencjału w nas nie ma. Nie dało się ukryć, że niezbyt jesteśmy zainteresowane C++, programowaniem itp. Robiłyśmy tyle, ile byłyśmy w stanie, ale chęci w nas brakowało. Zaczął wtedy więcej z nami rozmawiać na inne tematy: o świecie, gospodarce, marzeniach, ale i sensie życia, pytał, po co w ogóle istniejemy, dlaczego tu jesteśmy. Nie były to łatwe pytania. Co czwartek wychodziłam, zastanawiając się, do czego to wszystko prowadzi. Jego słowa zmuszały mnie do myślenia. Pomimo świadomości tego, jak jest trudno dookoła, miał w sobie wewnętrzną radość i pokój. Mówił zresztą, że jest szczęśliwym człowiekiem. Zaintrygowało mnie to, poszłam go zapytać, skąd ta jego radość i pokój. Po kilku rozmowach podzielił się ze mną swoim doświadczeniem Pana Boga i stwierdziłam, że to ciekawe. „Doświadczenie Boga” było dla mnie słowem-kluczem, bo nigdy tego nie przeżyłam, nie wiedziałam, jak to w ogóle może się odbyć. 

Niedługo później mój nauczyciel powiedział mi, że dostał informację o rozpoczynających się wkrótce rekolekcjach – Oazie Nowego Życia pierwszego stopnia w Bieszczadach. On sam za dużo o tym nie wie, ale prześle mi kilka słów o tym od dziewczyny, która tam była. Przeczytałam ten tekst i dotknęło mnie ostatnie zdanie, które brzmiało: „Zły zrobi wszystko, żebyś tam nie pojechała”. Od razu powiedziałam sama do siebie: „Ja nie pojadę?!”. Pragnienie DOŚWIADCZENIA było ogromne, więc stwierdziłam, że muszę jechać. Okazało się, że to 15 dni plus dojazd, więc perspektywa nie była taka wesoła i nikt z moich znajomych nie chce jechać ze mną. Każdy stwierdzał, że nie zamierza marnować ponad 2 tygodni wakacji na jakieś rekolekcje. Moje pragnienie w sercu było jednak większe. Finansowo było to dość trudne, bo dodatkowo w tym czasie chciałam zrobić prawo jazdy, a mama zgodziła się na wyjazd, jeśli wybiorę jedną z tych rzeczy. Na szczęście mój wspaniały ojciec chrzestny sfinansował mi kurs, więc miałam pieniądze na rekolekcje. Kiedy dojechałam na miejsce, zdziwiłam się, bo okazało się, że wszyscy są jakoś związani z Kościołem, a ja – wyrwana ze świata i wpakowana w takie towarzystwo. Modlitwy wieczorne były zupełnie w innej formie niż ta, którą znałam z kościoła. Kiedy oglądałam osoby, które uwielbiają Pana Boga, podnosząc ręce w górę, stwierdziłam, że to niepotrzebne, ale dobra – trzeba mieć trochę wolności i tolerancji. 

Przez pierwsze cztery dni raczej obserwowałam, nie angażowałam się za mocno, ale kolejnego dnia była szczególna modlitwa. Ksiądz zapowiedział, że kiedy się otworzymy i zawołamy, to Pan Jezus przyjdzie i będzie szansa na to, żeby Go właśnie dziś DOŚWIADCZYĆ. To mnie pociągnęło: „O, teraz jest okazja! Wchodzę w to, po to tu jestem!”. I zawołałam do Pana Boga: „Pasterzu, przyjdź!”. Wieczorem, kiedy wchodziłam do kościoła, miałam zamknięte oczy, a Pan Jezus stał na ołtarzu w Najświętszym Sakramencie. Kiedy byłam przed Nim, usłyszałam słowa księdza: „Alicjo, to jest specjalnie dla ciebie” i otworzyłam oczy. Kiedy spojrzałam na monstrancję, wiedziałam, że to nie jest zwykły opłatek, ale żywy Jezus, że On na mnie patrzy. Doświadczyłam spotkania twarzą w twarz, oko w oko i to był piękny moment, przemieniający mnie. Jego łaska ogarnęła wszystkie myśli, zmysły, serce tak bardzo, że padłam przed Nim, bo byłam pełna wdzięczności i poczucia niegodności, że On obdarowuje mnie taką miłością, spotkaniem, doświadczeniem, a ja na to nie zasłużyłam. Była to najpiękniejsza chwila w moim życiu. Modlitwa trwała dalej, przeszłam za ołtarz, siedziałam i uwielbiałam Pana Boga przez cały wieczór. Narodziłam się na nowo, moje serce zostało przemienione w jednej chwili. 

W trakcie rekolekcji mieliśmy wiele innych modlitw, w ciągu dnia jutrznia, msza święta, śpiewy – nie będę streszczać tego czasu szczegółowo, powiem tylko, że warto jechać na takie rekolekcje – ale był też dzień, kiedy mieliśmy uczestniczyć w modlitwie wstawienniczej. Nie wiedziałam, co to takiego, podpytywałam animatorów, z jaką intencją można na nią pójść. Kapłan zachęcał, żeby prosić w swojej intencji, nie w czyjejś. Myślałam o tym, że matura przede mną, ale czułam, że to słaby pomysł, żeby prosić Pana Boga o dobre wyniki, że trzeba wejść trochę głębiej. Ponieważ był to czas wyciszenia, więc w trakcie tych kilku dni zastanawiałam się nad swoim życiem, rodziną, jak to wszystko wyglądało, jak się zachowywałam, co robiłam i przyszła mi myśl, że czuję się w życiu bardzo samotna i opuszczona, bo kiedy miałam 8 lat, tata odszedł ode mnie. Odkryłam wtedy, że nie wybaczyłam mu tego, czuję do niego ogromny żal, który żyje we mnie przez te wszystkie lata. Zagłuszyłam go, ale on jest w moim sercu bardzo głęboko. Wtedy stwierdziłam, że pójdę z intencją, aby prosić o wybaczenie. To znów był moment bardzo hojnej łaski Pana Boga. Pan Jezus pozwolił mi przebaczyć, uwolnił mnie od tego poczucia niesprawiedliwości, porzucenia, osamotnienia, zostawienia. Pozwolił mi spojrzeć na mojego tatę z większym zrozumieniem, z miłością. Słowa, które otrzymałam podczas tej modlitwy, to słowa Jezusa, który wisi na Krzyżu i woła: „Ojcze, czemuś mnie opuścił?”. Jezus stał mi się wtedy bardzo bliski, bo wiedziałam, że On mnie rozumie. Mój mały krzyż mogłam włączyć w Jego zbawczy Krzyż i doświadczyć przemiany żalu w błogosławieństwo. Co więcej, pokazał mi, że to Bóg jest jedynym i najlepszym Tatą, który kocha bezgranicznie i bezwarunkowo. Wtedy moje życie zaczęło się zmieniać. Wróciłam do domu i okazało się, że tam wszystko dalej wygląda tak samo, ale przemieniło się moje nastawienie i serce. Pan Bóg to sprawił i moja relacja z tatą też zaczęła się przemieniać. Zauważyłam, że on się stara, a ja stałam się na niego otwarta i Pan Jezus dał łaskę uzdrowienia. To było przepiękne. 

Zaangażowałam się w oazę i moi starzy znajomi, z którymi miałam tyle przygód i różnych wspomnień, zaczęli powoli się ode mnie odsuwać. Stopniowo otwierałam się bardziej na relacje, których fundamentem jest Bóg. Przestałam chodzić na imprezy, bo nie widziałam w tym żadnej radości, przyjemności. Pan Jezus zatroszczył się o mnie i zaczęłam spotykać osoby zakorzenione w Bogu, które Go poznały, obdarzył mnie takimi przyjaciółmi. Widzę, jak Pan Jezus prowadzi, kiedy zaprosimy Go do swojego życia. Musimy Mu otworzyć, bo On nie wejdzie na siłę. W momencie, kiedy zawołałam do Niego, On zaczął przemieniać moje życie. Prowadzi mnie cały czas i doświadczam tego w codzienności. Przyprowadził mnie do Torunia, gdzie trafiłam do wspólnoty Posłanie i mogę Go tu poznawać, służyć na Jego chwałę. Mam nadzieję, że moje świadectwo zrodzi w was pragnienie, żeby, patrząc na Pana Jezusa Eucharystycznego, doświadczyć, że jest On żywy. 

Alicja 

Świadectwo z "Posłania" 4/2015