Z lęku do wolności

Od początku mojego nawrócenia pojawiał się lęk – czasem większy, czasem mniejszy – przed podjęciem ewangelizacji. Należę do wspólnoty i włączam się w jej dzieła. Nie chodzi tu o lęk przed posługą we wspólnocie, ale poza nią. Pan Jezus jako dobry Pasterz zapraszał mnie do dawania świadectwa w codzienności: w pracy, na spacerze, wśród znajomych, w rodzinie. Starałam się pełnić wolę Bożą i odpowiadać na Jego wezwania, ale nie zawsze. 

Pojawiały się myśli od złego ducha: „Co sobie inni pomyślą o mnie? Uznają mnie za fanatyczkę religijną, popsuję coś w ewangelizacji, inni są bardziej uduchowieni ode mnie, itd.”. Doświadczałam także różnych myśli związanych z egoizmem, np. teraz mam czas dla siebie, wystarczy już, że posługiwałam we wspólnocie, teraz należy mi się odpoczynek. Niekiedy łatwiej mi było pomodlić się za kogoś niż podjąć konkretne działania. Pan Bóg widział lęk, który mnie paraliżował i nie pozwalał mi pójść naprzód. Nie chciałam tak postępować i modliłam się, aby zabrał ode mnie strach, a dał ducha odwagi, bym zawsze pełniła Jego wolę. Odpowiedź była natychmiastowa. 

18-20 września br. brałam udział w rekolekcjach z Marią Vadią w Toruniu. Sama głosząca zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To osoba bardzo odważna w działaniu, a co najważniejsze – całkowicie oddana Panu Bogu. Zawierzyła Mu swoje życie i teraz ewangelizuje po całym świecie. Jej nauczanie było pełne Ducha Świętego, a świadectwa poruszały moje serce. Podczas rekolekcji najważniejszym dla mnie momentem był ten, w którym modliliśmy się o wylanie Ducha Świętego nad osobami, które jeszcze nigdy w życiu tego nie doświadczyły. W czasie modlitwy czułam, jak Duch Święty napełnia mnie Swoją mocą. Nigdy w życiu nie doświadczyłam tak silnej Jego obecności. To było bardzo osobiste spotkanie Boga pełnego mocy. Pojawiły się łzy pełne wdzięczności za Bożą obecność, hojność, miłość. 

Po rekolekcjach zrodziło się pragnienie ewangelizacji zawsze tam, dokąd Bóg mnie zaprasza. Zrozumiałam, że Pan potrzebuje mojej codziennej otwartości. Nie wystarczy, abym tylko swoim zachowaniem świadczyła, a inni niech się domyślają, że jestem chrześcijanką. To zdecydowanie za mało. Trzeba czegoś więcej. Uświadomiłam sobie, że większość osób, które znam, jest pogubiona w życiu, poraniona, obrażona na Boga. Tak bardzo pragnę, by doświadczyły one Jego Miłości. A w jaki sposób, jeśli nie przez moje zaangażowanie modlitewne i w ewangelizację? Tu nie tylko ważą się losy człowieka na ziemi, ale przede wszystkim chodzi o zbawienie dusz. Mówienie o Bożej miłości może być dla kogoś jedyną szansą spotkania z Panem. 

Zrozumiałam także, że mam się nie zniechęcać, jeśli ktoś tego nie przyjmuje, bo ziarno słowa zostało zasiane i wyda owoc w stosownym czasie. Mam się modlić za tę osobę, a On zadba o resztę. Mówią o tym słowa: Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli (J 4,37-38). 

W czasie rekolekcji Duch Święty przyszedł do mnie z odwagą i stanowczością w działaniu. Już dwa dni po tym wydarzeniu spotkałam się z osobami, które potrzebowały rozmowy. Miałam odwagę, by mówić o miłości Bożej, o doświadczeniu Jezusa w swoim życiu, o własnym nawróceniu. Na dodatek Duch Święty zaprosił mnie do modlitwy wstawienniczej i odpowiedziałam na to. Później zaczęłam podejmować z innymi rozmowy duchowe. Po każdej odczuwałam ogromną radość, której świat dać nie może. Wypełniała ona całe moje serce. Po posłudze pojawiało się pragnienie: „Chcę jeszcze!”, „Chcę, aby jak najwięcej osób doświadczyło Twojej miłości, Panie!”. Z tego powodu z coraz większą gorliwością rozeznaję w Duchu każde wydarzenie przeżyte w ciągu dnia i pytam Pana, czego ode mnie oczekuje. Nie jest tak, że zawsze mam mówić o Bogu, bo czasami Pan zaprasza mnie do tego, bym tylko zaprosiła kogoś na rekolekcje, bym dała książkę, za kogoś się pomodliła albo świadczyła swoją postawą. Zawsze mam rozeznawać w Duchu. To, że często spotykam tego samego sąsiada, nie jest przypadkiem, że myślę o kimś – też nie, że ktoś chce się ze mną spotkać, że ktoś mówi mi o swojej chorobie albo akurat leżę w pokoju szpitalnym z taką osobą, a nie inną. Pan Bóg upomina się przez osoby. On mnie potrzebuje i oczekuje ode mnie zaangażowania! To On mnie namaścił i powołał na Swojego ucznia: Przez Niego otrzymaliśmy łaskę i urząd apostolski, aby ku chwale Jego imienia pozyskiwać wszystkich pogan dla posłuszeństwa wierze. Wśród nich jesteście i wy powołani przez Jezusa Chrystusa (Rz 1,5-6). Mam więc ewangelizować wszędzie tam, gdzie zaprasza mnie Pan – dla Jego Imienia, dla Jego chwały. W ten sposób oddaję Bogu należną Jemu cześć. Moja posługa to wyraz wdzięczności Panu za wszystko, co od Niego otrzymałam, za uzdrowienie, a przede wszystkim za doświadczenie Jego ojcowskiej miłości! 

Ania