Wszystko jest w ręku Boga

On to wybawił nas od tak wielkiego niebezpieczeństwa śmierci i będzie wybawiał (2 Kor 1,10a)

Te słowa z Listu do Koryntian towarzyszyły mi w dniu, kiedy po czterech miesiącach opuszczałam z moją małą córeczką szpital. Dziś chcę oddać Bogu chwałę za cud jej życia.

Od początku ciąży towarzyszyła nam gorliwa modlitwa, zwłaszcza że poprzednie dziecko, naszego małego Maksymiliana, utraciliśmy w wyniku poronienia.

Pierwsze chwile trwogi przeżyliśmy pod koniec 1. trymestru ciąży, kiedy pojawiło się małe plamienie. Czekając na wizytę przed gabinetem lekarskim, zawierzyłam maleństwo Maryi, wierząc, że Ona jest najlepszą Matką i kocha je bardziej niż my. Potem byłam w stanie już tylko powtarzać modlitwę: „Jezu, ufam Tobie”. Usłyszeliśmy, że dziecko żyje, miałam teraz jednak leżeć. Plamienia ustały. Dzięki pomocy dziadków i osób ze wspólnoty udało się zorganizować opiekę dla dwojga naszych starszych dzieci. Po miesiącu okazało się, że wszystko jest w porządku, nie muszę już leżeć, mieliśmy nadzieję, że najgorsze za nami. Jednak już po dwóch tygodniach znowu pojawiło się krwawienie. Tym razem trafiłam do szpitala z podejrzeniem łożyska przodującego. Był to dopiero 19. tydzień ciąży. Usłyszałam, że nic na razie nie da się zrobić, możemy tylko czekać… Wszystko było jednak w ręku Boga, który jest Dawcą życia. Kolejne dwa miesiące w szpitalu, z ciągłym plamieniem, to czas intensywnego szturmu do nieba, nowenny mszy świętych, modlitwy wspólnotowej i rodzinnej. Był to dla nas okres bardzo intensywnej walki duchowej, by nie wydawać swojej duszy lękowi, by do końca zaufać w dobroć Boga. Trwać pozwalały codzienna komunia święta, modlitwa osobista oraz wielu naszych przyjaciół ze wspólnoty, rodziny, kapłanów, zakonów, modlitwa wstawiennicza, karmienie się Słowem Bożym i lekturą duchową. Bywały przez te dwa miesiące bardzo trudne chwile, tak jak w Wielki Piątek, kiedy pojawiło się tak silne krwawienie, że myślałam, że to już koniec. Był to dla mnie prawdziwie Wielki Piątek, z trwogą konania, z której jednak Pan mnie wyprowadził. Paradoksalnie, widzę, że w tych najtrudniejszych momentach – utraty jednego dziecka i trwogi o życie kolejnego – Jezus był najbliżej mnie, najbliżej był Jego Krzyż, a ja z całą swoją nędzą byłam najprawdziwsza przed Nim.

Te dwa miesiące to także ból rozstania i tęsknota za dwójką małych dzieci, które zostały w domu, za mężem… Zmartwienie, jak dzieci przeżyją tę rozłąkę, jak zapewnić im bezpieczną opiekę. Prosiliśmy Boga, aby to On pokrzepiał ich małe serca, by Maryja objęła ich płaszczem Swej matczynej opieki. Dzieci miały ogromne wsparcie modlitewne, ale i zapewnioną opiekę dzięki dziadkom i przyjaciołom ze wspólnoty. W toczącej się nieustannej walce duchowej bardzo pomocne okazały się konferencje z rekolekcji o. Józefa Witko OFM „Pan jest z Tobą, dzielny wojowniku!”, w których doskonale odnalazłam swoje doświadczenie – nie czułam się ani wojownikiem, ani dzielną. Niekiedy przychodziły myśli zwątpienia w obecność Pana, jednak właśnie w tej ciemności mogłam wołać do Boga, by to On okazał Swą moc i wybawienie. Dostałam także jako lekturę książki Marii Vadii, które wzywały, by zrzucić własny ciężar na Pana, odwrócić swój wzrok od problemu i uwielbiać Go. Nie było to proste, uczucia nie skłaniały ku uwielbieniu, jednak w ciemności wołałam do Pana: „W Tobie jest cała moja siła! Nasz Bóg jest potężny w mocy Swej!”. Każdego dnia Jezus pokrzepiał mnie w Swoim Słowie i kazał wierzyć wbrew nadziei, wbrew temu, co widziałam i słyszałam.

W dniu narodzin córeczki, gdy jeszcze nie przypuszczaliśmy, że właśnie to nastąpi, modlił się za nas zaprzyjaźniony kapłan, odbyłam spowiedź świętą, przyjęłam komunię. Był to akurat Dzień Matki. W ostatniej chwili powiadomiliśmy przyjaciół, którzy wsparli nas modlitewnym szturmem do nieba, odbyła się w naszej intencji msza święta, a jadąc na salę operacyjną, byłam w stanie powtarzać jedynie słowa: „Jezu, ufam Tobie!”.

Anielka urodziła się jako wcześniak w 28. tygodniu ciąży, ważąc zaledwie 1010 g. Jest naszym małym, wymodlonym cudem. Po jej urodzeniu jeszcze przez dwa miesiące przebywałyśmy w szpitalu, a Pan nieustannie okazywał Swą moc nad jej życiem i życiem naszej rodziny. Maleńka bardzo szybko zaczęła samodzielnie oddychać, zaskoczyła wszystkich także tym, jak łatwo nauczyła się jeść. Choć groziła jej retinopatia, zagrażająca utratą wzroku, to także jej oczka są zdrowe… Jak wiele otrzymaliśmy. Nieustannie, gdy na nią patrzymy, wiemy, że jest cudem i że Pan się o nią troszczy. Trwamy w dziękczynieniu także za wszystkich, którzy nas w tym czasie wspierali: Tak, mamy nadzieję w Nim, że nadal będzie nas wybawiał przy współudziale waszych za nas modlitw (2 Kor 1,10b-11a).

Katarzyna

Świadectwo z "Posłania" 6/2015