Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem

Często zadawałem sobie pytanie: jak to jest z Bożą miłością? Czy jest to taka miłość, jaką możemy po ludzku pojąć, określić, nadać jej pewne znamiona naszej uczuciowości? Czy jest ona taką, na którą trzeba sobie zasłużyć? A może jest to typ miłości dla nas - ludzi - nieosiągalny w poznaniu, miłości, do której całe życie biegniemy, aby doświadczyć jej dopiero po śmierci i to pod warunkiem, że będzie nam to dane? 

Na te mnóstwo pytań Pan udzielił mi odpowiedzi podczas odbywania fundamentu do Ćwiczeń Duchowych według św. Ignacego Loyoli. Trudno jest pisać o czymś, czego tak po prostu opisać nie sposób, dlatego posłużę się obrazem starego garncarza, który siedzi przy popiskującym kole do wyrobu naczyń z gliny. Bierze on w swoje spracowane dłonie mały kawałek gliny i delikatnie układa na swoim warsztacie pracy, po czym uśmiecha się, wprawia koło w ruch i zaczyna nadawać kształt tej bezładnej bryle. W tym kształcie zbiera on swoje wszystkie najpiękniejsze uczucia, jakie nosi w sercu, formuje jego przeznaczenie, przyozdabia różnorodnymi wzorami. Następnie z ogromną dumą i zadowoleniem odstawia... Pewnego dnia ktoś, przechodząc obok pracowni, pozostawia na progu stary, potłuczony dzban. Garncarz spostrzega w nim swoje dzieło, w które niegdyś wlał część siebie. Dlatego nie wyrzuca go, ale ponownie bierze z delikatnością w dłonie, czyści i składa w całość. Teraz jednak ten mocno nadwerężony dzban staje się ozdobą pracowni. W jego wnętrzu zapala on płomień, którego światło, przechodzące przez szczeliny i pęknięcia, oświetla drogę przechodniom (por. Jr 18,1-6).

Bóg mi mówi, że taka jest Jego miłość do mnie. Stworzył mnie tylko dlatego, że mnie kocha. Dał mi odczuć, że każdy szczegół mojego ciała jest Jego dziełem. Czasem w życiu obwiniałem siebie za różne niedociągnięcia, jeszcze częściej zakładałem różne maski w tym tylko celu, aby stwarzać siebie samego według własnego pomysłu, kreować się na kogoś, kim w rzeczywistości nie byłem. Jak można się domyśleć, doprowadziło mnie to do kompletnej rozsypki i dopiero w tym stanie mogłem pozwolić, aby Pan zaczął mnie na nowo składać właśnie tak, jak ten dzban. Jak niepojęty jest Pan w swoim działaniu, kiedy pęknięcia, które we mnie pozostały, napełnił światłem Ducha Świętego. Jak niewymowna Jego łaskawość, gdy w skutkach moich grzechów objawia tym bardziej Swoją chwałę.

W czasie ćwiczeń Pan ukazywał mi Swoją miłość do mnie w bardzo różnych obrazach. Jednego wieczoru nawet zaprosił mnie do Siebie na nocleg, ot, tak po prostu, jak zaprasza się czasem przyjaciela (por. J 1,35-39). Wydaje się to niewiarygodne, ale poczułem się tak, jakby chciał mieć mnie przy Sobie tylko po to, abym był, niczego w zamian nie oczekując. Było to dla mnie niesamowitym odczuciem i jakże różnym od tych, których doświadczałem w życiu. Mogę nawet powiedzieć, że w tej właśnie chwili Pan zrealizował moje marzenie i utwierdził w przekonaniu, że czysta i bezinteresowna miłość jednak istnieje. Uzmysłowił mi, że o przyjaźń nie można żebrać, nie muszę być dla kogoś „podnóżkiem”, abym był kochany. 

Mimo to następnego wieczoru już o tym nie pamiętałem. Moja grzeszna natura dała o sobie znać w jakże bolesny sposób. Bardzo dokładnie opisał to św. Łukasz w przypowieści o miłosiernym ojcu (Łk 15,11-32). Była to dla mnie podróż w przeszłość i mimo że odbywałem ją już po raz kolejny, Pan odsłaniał jej zupełnie nowe aspekty. Zrozumiałem wówczas, że największy skarb, jaki człowiek może posiadać w życiu, to skarb, którego nie sposób kupić, zmierzyć ani zważyć, mało tego, nie można go nawet ściśle zdefiniować, a jest nim miłość prawdziwa. Pan odsłonił przede mną gorzką prawdę o tym, jak zniszczyłem w sobie ten największy dar. Wziąłem od mojego Ojca całą należną mi miłość i poszedłem w świat, rozdając ją na lewo i prawo. Czyniłem to, delikatnie mówiąc, bardzo nieroztropnie. Kiedy zażywałem rozkoszy tego świata, miłość, której, wydawałoby się, mam nadmiar, niepostrzeżenie gdzieś się rozpłynęła, a ja zostałem zupełnie sam, pozbawiony odczucia bliskości Boga, a nawet rodziny czy znajomych. Potworna pustka w mojej duszy, potworne upokorzenie ciała i rozpaczliwy krzyk: „Panie, ulituj się nade mną!”. To jedyne, co wówczas posiadałem - to wszystko, co pozostało mi ze skarbu, jaki otrzymałem w spadku od Pana. Pomyślałem wtedy - tak jak ten syn z przypowieści – „Panie, już nie jestem godny nazywać się Twoim synem, ale błagam zrób coś, bo zginę”. I Bóg jak dobry Ojciec wyszedł do mnie z otwartymi ramionami, uściskał jak Swojego ukochanego syna, mówiąc: „Dobrze, że jesteś. Czekałem na ciebie”. Potraktował mnie z nieziemską dobrocią i powtórnie obdarował umiejętnością kochania. Mało tego, zapewnił, że to już koniec trosk związanych z moją rozrzutnością uczuciową i planuje w przyszłości wspaniałą ucztę dla mnie i moich przyjaciół, ucztę prawdziwej miłości.

Następnego dnia rekolekcji, nauczony doświadczeniem, postanowiłem nie zapominać o Panu jako o moim najlepszym przyjacielu i miłosiernym Ojcu. Jednak cały czas różne wątpliwości wdzierały się w moje myśli. Mogłem je bliżej poznać podczas medytacji o kobiecie cierpiącej na krwotok (Łk 8, 43-48). Stała ona wśród tłumu, czekając na chwilę, kiedy będzie przechodził Jezus, aby go dotknąć. W moim życiu odnalazłem analogiczne sytuacje. Bywały momenty, kiedy gorąco pragnąłem zbliżyć się do mojego ukochanego Zbawiciela, ale, z drugiej strony, stojąc wśród tłumu, po prostu się bałem, wahałem się, podobnie jak ta chora kobieta, w następstwie czego przychodziły wyrzuty sumienia. Gdyby jednak nie pokonała ona lęku, nie dotknęłaby Pana, w konsekwencji nie zostałaby uzdrowiona i z pewnością dręczyłyby ją podobne wyrzuty sumienia. Poprzez tę sytuację Bóg bardzo jasno pokazał mi mój błąd, odsłonił moją zatwardziałość serca, zamknięcie na Jego Słowo i brak wiary. W delikatnym ojcowskim napomnieniu wyraził Swoją troskę o mnie, jednocześnie w Swojej niepojętej miłości w najmniejszym nawet stopniu nie ograniczając mojej wolności. 

Dni upływały, a ja z każdą chwilą czułem, że jestem coraz bardziej wolnym człowiekiem. Uczucia radości i godności bycia dzieckiem Boga narastały w niewyobrażalny dla mnie sposób, druzgocząc przeszłość, w której byłem niewolnikiem siebie, a - co za tym idzie - niewolnikiem grzechu. To tutaj Pan objawił nieogarnioną miłość do mnie, miłość, która daje mi wolność, jakiej żadne inne stworzenie nie posiada, miłość, która od tej chwili jest fundamentem mojego życia. I nawet jeśli wszyscy by mnie opuścili, to przecież Jezus jest ciągle przy mnie, ja jestem Jego, a On jest mój.

Chwała Panu!

Jarek 

Świadectwo z „Posłania” 4/2010