Złożyłam w Panu całą nadzieję

Przyszedł w moim życiu taki czas, który był dla mnie szczególnie trudny. Przeżywałam wtedy stratę przyjaciół, choroby rodziców, doświadczałam kryzysu w życiu osobistym i wspólnotowym. Apogeum osiągnął kryzys osobistego powołania. Byłam już po trzydziestce i niespełnione pragnienie założenia własnej rodziny stawało się coraz bardziej nie do zniesienia. Czytałam wiele książek o osobistym powołaniu. Modliłam się bardzo dużo w tej intencji, jednakże mijały lata, a ja wciąż nie miałam męża. 

To spowodowało, że był we mnie duży bunt przeciw Bogu. Nie akceptowałam sytuacji, w której się znajdowałam. Nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam zmienić położenia, w którym byłam. Nie miałam na to żadnego wpływu. To był czas, w którym powiedziałam: „Boże, czemu mnie opuściłeś?”. Miałam takie myśli, że jeżeli nie wyjdę za mąż, to będę nieszczęśliwa. I tak się czułam. Był czas, że codziennie płakałam. Szłam do pracy, wracałam i płakałam. Trwało to kilka miesięcy. Mój stan był dosłownie „opłakany”. W tym czasie czytałam prywatne pisma Matki Teresy z Kalkuty. Pod wpływem tej lektury pojawiło się we mnie pragnienie adoracji i zdecydowałam, że będę modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Codziennie spędzałam od godziny do kilku, adorując Pana Jezusa. Najczęściej odmawiałam różaniec, nie modliłam się w żadnej konkretnej intencji, po prostu trwałam przed Najświętszym Sakramentem. Wcale nie czułam się po tym lepiej, często bolała mnie głowa albo przychodziły myśli o beznadziei sytuacji. Czasami wydawało mi się, że tracę tyle czasu na adorację. Ale ponad te wszystkie myśli zwyciężało we mnie poczucie, że to codzienne trwanie przed Najświętszym Sakramentem ma w moim życiu najgłębszy sens i największą wartość. I tego się trzymałam. 

Po kilku miesiącach moje myśli zostały cudownie przemienione, zobaczyłam, że mogę być szczęśliwa bez męża. Zostałam uwolniona od fałszywego przekonania, że moje szczęście jest równoznaczne z wyjściem za mąż. Zaczęłam coraz bardziej tęsknić do Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Przebywając w Jego Świętej Obecności, doświadczałam Jego dobroci i miłosierdzia i jednocześnie byłam uzdrawiana i uwalniana. 

Zbliżał się Wielki Post. Wtedy podjęłam postanowienie, że będę wyrzekać się narzekania, że nie mam męża. Spoglądając na ostatnie lata użalania się nad sobą, to postanowienie wydawało mi się nierealne. W czasie Wielkiego Postu walka wzmagała się, co kilka minut powracały myśli o samotności i beznadziei. Jednak każdą myśl dręczącą, wprowadzającą smutek, zdecydowanie i bezkompromisowo odpychałam. Wytrwałam w postanowieniu. W Wielki Piątek ksiądz w czasie kazania powiedział słowa, że „sytuacja krzyża rozwiąże się w naszym życiu tak czy inaczej, prędzej czy później”. Słyszałam te słowa w podobnej wersji wiele razy, ale dopiero po wielkopostnym zmaganiu i walce duchowej przyniosły mi pokój. Pan Jezus obdarzył mnie wolnością i radością. Pamiętam, jak byłam w Poniedziałek Wielkanocny u mojej przyjaciółki, mówiąc, że jestem szczęśliwa (a męża na horyzoncie nie było widać)! 

Aby być bliżej Jezusa, pojechałam na rekolekcje ignacjańskie. W czasie modlitwy Pan Jezus dał mi poznać w sposób bardzo osobisty, jak bardzo pragnął mojej miłości i jak chciał, bym kochała Go nie za to, co mi daje, ale za to, że On jest moim Bogiem. W czasie rekolekcji pokazał mi, jak mnie prowadził w życiu, jak przez wszystkie trudne dla mnie sytuacje oczyszczał moje serce i zbliżał do Siebie. Miałam przeogromne pocieszenie z tak osobistego przeżycia i spotkania z Jezusem. To doświadczenie miłości było jak balsam na rany. Od tego czasu zniknął bunt i żal, że przez tyle lat byłam sama. Czułam się szczęśliwa, że On jest moim Bogiem, a ja jestem cała Jego. 

Kilka miesięcy później Pan Jezus wskazał mi kandydata na męża, a rok później przyjęliśmy z narzeczonym sakrament małżeństwa. Chwała Panu! 

Iza

Świadectwo z „Posłania” 5/2013