Pan słyszy wołających o pomoc (Ps 34,18)

Jestem mężatką i matką czworga dzieci. Przez swoje świadectwo chciałabym oddać Jezusowi chwałę i cześć, bo czuję w sercu ogromną wdzięczność za łaski, jakimi Pan obdarzył mnie i moich bliskich. Kończył się rok 2005 , mieliśmy z mężem troje dzieci, oboje pracowaliśmy i żyliśmy w biegu – jak większość polskich rodzin – próbując pogodzić wychowanie dzieci z pracą. Pan Bóg był zawsze dla nas ważny, ale nie najważniejszy. W niedzielę i święta chodziliśmy razem do kościoła, ale brakowało w tym wszystkim głębi.

 

Rutyna i powierzchowność – tak mogłabym to określić. W pewnym momencie zaczęłam się słabo czuć, a w piersi wyczułam guza. Dzięki Bogu szybko zgłosiłam się na badania, ale diagnoza brzmiała jak wyrok – rak złośliwy piersi. Zadawałam sobie mnóstwo pytań: Jak to? To już koniec? Mam przecież dopiero 33 lata, trójkę małych dzieci i tyle planów przed sobą. Szybko wyznaczono termin operacji, a po dokładnych badaniach zalecono mi chemię – sześć serii. Po zakończonej chemioterapii stwierdzono, że ze względu na młody wiek i złośliwość raka konieczna jest także radioterapia.

Przez pół roku trwało intensywne leczenie. Mój organizm przeżył prawdziwą rewolucję. Ból fizyczny nie był najgorszy. Najgorsze było cierpienie psychiczne. Życie jakby się zatrzymało. Nie wiedziałam, co będzie dalej ze mną i naszą rodziną. Wtedy właśnie bardzo pomogła mi wiara w Boga. Przekonałam się, jak wielkim bogactwem jest właśnie wiara. W pierwszym momencie zwróciłam się do Maryi, gdyż od dzieciństwa bardzo Ją kochałam. Obiecałam wtedy Matce Bożej, że jeżeli wymodli dla mnie cud całkowitego wyzdrowienia, to zacznę jeździć do sanktuariów maryjnych. Od młodych lat lubiłam pielgrzymki do miejsc, gdzie w szczególny sposób czczona jest Matka Boża. Przez lata odkładałam to na później. Teraz wiem, że nie powinniśmy ważnych rzeczy odkładać na potem, bo po prostu może już tego ,,potem” nie być. Po leczeniu, gdy nabrałam już sił, pojechaliśmy do Niepokalanowa. Później dowiedzieliśmy się, że niedaleko nas znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. Pojechaliśmy do niego. Tam właśnie Pan Bóg bardzo mnie doświadczył. Przekonałam się na własnej skórze, jak Maryja w cudowny sposób potrafi przyprowadzić nas do Chrystusa. Po błogosławieństwie kapłana przeżyłam tam osobiste spotkanie z Chrystusem. Doświadczyłam, że On naprawdę żyje i uzdrawia, tak jak czynił to ponad 2000 lat temu. Od tamtego momentu poczułam się przez Niego bardzo kochana i zaczęło się zmieniać moje życie.

Zapragnęłam iść za Jezusem. Z początku nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Zaczęłam się dużo modlić, czytać książki i prasę o tematyce religijnej. Na mszy św. wsłuchiwałam się w każde słowo wypowiadane przez kapłana. Zaczęłam czytać Pismo Święte i żywoty świętych. Dopiero po czasie zrozumiałam, że to Duch Święty otwierał moje oczy i serce. Któregoś dnia uklękłam i żarliwie modliłam się do Pana Jezusa, żeby zesłał mi jakąś wspólnotę, bo czułam w sercu niedosyt. Brakowało mi uwielbiania Pana w śpiewie i modlitwie płynącej prosto z serca. Sama nie wiedziałam, w jaką stronę mam ruszyć. Mieszkamy na wsi – 20 km od Torunia, a więc odległość też była jakimś problemem. Minęły dosłownie dwa dni i zadzwonił do mnie znajomy, Grzegorz z Golubia-Dobrzynia, że niebawem zaczyna się Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, które poprowadzi wspólnota „Posłanie” działająca przy kościele Wniebowzięcia NMP w Toruniu. Zapytał, czy nie chciałabym się zapisać. To było niesamowite. Nie mogłam uwierzyć, że Bóg tak szybko wysłuchał mojej modlitwy. Grzegorz zapisał się z żoną i bliską rodziną, a więc, jadąc do Torunia, mogliby po drodze mnie zabierać. Do dzisiaj dziękuję Bogu, że postawił mi na drodze tę rodzinę. Niech im Bóg błogosławi. Niebawem rozpoczęło się Seminarium. Na pierwszym spotkaniu byłam dosłownie oszołomiona tym wszystkim, co tam się działo. Na samym początku zaproszono Maryję na spotkanie (pomyślałam: „Jestem we właściwym miejscu”), potem była spontaniczna modlitwa do Ducha Świętego, czytanie i rozważanie fragmentu Pisma Świętego. Wszystko to przeplatane śpiewem. To było to, czego mi brakowało. Byłam zafascynowana kolejnymi spotkaniami, które odbywały się co tydzień. Z każdym tygodniem zbliżałam się do Boga coraz bardziej i otwierałam się na Jego miłość. Niesamowitym doświadczeniem był chrzest w Duchu Świętym, który przyjęłam 25 stycznia 2010 r.

Minęło 7 lat od czasu zachorowania i okazało się, że jestem w stanie błogosławionym. Radość przeplatała się ze strachem. Lekarze podchodzili do ciąży bardzo sceptycznie. Uważali ją za zbyt duże ryzyko i lekkomyślność. Padło pytanie, czy jesteśmy na „tak” z ciążą. Nasza szybka odpowiedź brzmiała, że jesteśmy otwarci na każde życie i z radością przyjmiemy kolejne. Ciążę znosiłam bardzo dobrze, ale było sporo trudnych momentów, które przetrwaliśmy razem z mężem dzięki pomocy Bożej. Wiele osób modliło się za mnie i nasze dziecko (Bóg zapłać wszystkim!). Odprawiane były msze św. w naszej intencji. W lutym 2012 r. wspólnota „Posłanie” organizowała rekolekcje z ks. Bashoborą. Była więc okazja, aby ,,zaczerpnąć ze źródła Bożej miłości”, aby się umocnić oraz prosić Jezusa o zdrowie dla mnie i dziecka. Był to piękny, błogosławiony czas, który zaowocował ufnością w Boże Miłosierdzie. Patrząc w czasie rekolekcji na ogromny obraz przedstawiający postać Jezusa Miłosiernego, czułam, jakbym zapadała się w głębię Jego miłosierdzia. Pan umocnił mnie i zapewnił, że jest ze mną, więc nic nam nie grozi. Po rekolekcjach musiałam przejść przez trudny czas różnych badań, m.in. diagnozy torbieli, które mogły okazać się guzkami nowotworowymi. Zrobiono biopsję. Długi był czas oczekiwania na wyniki, jednak nasze serca przepełniał dziwny pokój. To było niesamowite. Lekarz przekazał mi radosną wiadomość, że torbiel nie jest nowotworowa. Kolejny raz okazało się, że warto ufać Panu. W sierpniu 2012 r. urodziłam zdrową córeczkę. Chwała Panu! Ma na imię Emilia. Jest spokojnym i radosnym dzieckiem. Razem z nami kroczy za Chrystusem, od szóstego miesiąca życia uczestnicząc w rekolekcjach organizowanych przez „Posłanie”. Tylko dzięki Bożemu Miłosierdziu mogę karmić córeczkę piersią, będąc po jednostronnej mastektomii. Pan mi tak błogosławi, że pokarmu mam pod dostatkiem, a mała, mając dzisiaj 19 miesięcy, nie rezygnuje z mleka mamy i nadal jest karmiona piersią.

Dzisiaj wiem, że Bóg dopuścił moją chorobę, abym Go odnalazła. Przez cierpienie pociągnął mnie i moich bliskich do siebie. Nasza wiara nie jest już powierzchowna i byle jaka. Jej fundamentem jest Chrystus. On jest także dla nas drogowskazem. Jako rodzina wiemy, że mamy ogromne bogactwo. Jest nim żarliwa wiara w Chrystusa. Tylko On może napełnić nasze serca prawdziwym pokojem i radością. Wiemy, że z Nim możemy przetrwać najgorsze momenty w życiu. Naszym orężem w walce jest Jego miłość w naszych sercach. Chwała Ci, Panie!

Nina

Świadectwo pochodzi z „Posłania” 2/2014