Od najsłabszej strony

Nieprzyjaciel zachowuje się także jak wódz na wojnie, gdy chce jakiś gród zwyciężyć i złupić. Wódz bowiem lub dowódca wojskowy, rozbiwszy obóz i zbadawszy siły i środki obronne jakiegoś zamku, atakuje go od strony najsłabszej. Podobnie nieprzyjaciel natury ludzkiej krąży i bada ze wszech stron wszystkie nasze cnoty teologiczne, kardynalne i moralne, a w miejscu, gdzie znajdzie naszą największą słabość i brak zaopatrzenia ku zbawieniu wiecznemu, tam właśnie nas atakuje i stara się nas zdobyć.
(św. Ignacy z Loyoli, Ćwiczenia duchowne)

 Po przejściu Seminarium Odnowy Życia w Duchu Świętym, a więc po pierwszym, prawdziwym doświadczeniu miłości Bożej mylnie uznałem, że na tym koniec, że osiągnąłem sukces, który niczego już ode mnie nie wymaga, a już na pewno nie tego, by przeprowadzić poważne zmiany wobec swojego otoczenia. Nie podjąłem zaproszenia do odprawienia rekolekcji ignacjańskich w czasie wakacji celem pogłębienia wiary, bardziej ufając własnym, niesprawdzonym pomysłom na życie duchowe. Szukałem bardziej siebie, duchowej ekstrawagancji, niż faktycznego pożytku wewnętrznego.

Nieustabilizowany w wierze, nierozsądnie przebywając wśród starych znajomych, prowadziłem podwójne życie: chrześcijańskie praktyki religijne (modlitwa, Eucharystia) obok bezużytecznego trwonienia czasu ze znajomymi, którzy wciąż czerpali uciechy, z których ja zrezygnowałem (dziewczyny, alkohol, narkotyki). Sytuacja stojącego na uboczu, milcząco ganiącego poczynania rówieśniczej grupy, nie zwiastowała niczego dobrego. Jednak trudno mi było zrezygnować z osób i miejsc, z którymi przez lata toksycznie się związałem. I oto w trakcie jednej z nocnych imprez, po kilkukrotnej odmowie, skusiłem się na „macha” marihuany – mojej dawnej miłości. Hamulce puściły natychmiast i automatycznie powróciłem do starego sposobu reagowania i funkcjonowania w grupie znajomych. Straszne poczucie wstydu i moralnego upadku, o którym nie mogłem zapomnieć modląc się, z trudem, ale codziennie, kazało mi zwiększać ilości spożywanego alkoholu i wypalanej marihuany. Czułem się fatalnie. Tłumacząc siebie prawem pełnoletniości i wplatając w to orientalny bełkot, poważający marihuanę, przystępowałem do spowiedzi, zatajając prawdziwy stan duchowy, w którym tkwiłem.

Po powakacyjnym powrocie na studia szybko znalazłem okazję do nietrzeźwego, nocnego trybu życia. Wszedłem w nieczystą relację z dziewczyną, a o duszpasterstwie usiłowałem zapomnieć. To minione doświadczenie Boga okazało się jednak na tyle silne, że nie mogłem zrezygnować z uczestnictwa we mszy świętej. Toteż, mimo okropnego samopoczucia i niechęci, chodziłem do kościoła przynajmniej co niedzielę.

W tym czasie osoby ze wspólnoty, przypuszczając słusznie o moim złym stanie, modliły się, ofiarowywały msze święte w mojej intencji, próbowały też ze mną rozmawiać. W końcu, nękany wyrzutami sumienia, zdecydowałem się na szczerą spowiedź, a wkrótce potem boleśnie uciąłem nieczystą relację. Udało mi się pokonać strach i przekroczyć próg duszpasterstwa. Korzystając z nadarzającej się okazji, mimo niechęci, wyjechałem na rekolekcje wspólnotowe, których jednym z tematów była walka duchowa. Zachęcony modlitwą i radami doświadczonego zakonnika zdecydowałem się na trud bitwy o życie w prawdzie.

Nie mogę powiedzieć, że było łatwo i przyjemnie. Nie! Szatan zaciekle prześladował, odbierał siły, przekonywał o bezsensie wszelkiego trudu i wyolbrzymiał jego rozmiary. Czułość, cierpliwość i ofiara wielu ludzi stanowiły ostoję i dawały realną nadzieję na wyjście z tych strasznych ciemności. Narzuciłem sobie określony rygor i realizowałem go: cały różaniec, dwukrotna w ciągu dnia komunia święta, częsta (nawet cotygodniowa) spowiedź, wyszukanie stałego spowiednika.

Cotygodniowe spotkania w grupie modlitewnej coraz mocniej odsłaniały zamysł Pana co do mojej osoby i związku z tą konkretną wspólnotą ludzi. To pozwoliło mi odpierać ataki złego, wściekającego się na moje trwanie we wspólnocie i podsuwającego fałszywe racje, by z niej odejść. Na przekór diabelskim podszeptom wszedłem głębiej i zaangażowałem się w formację i posługę animatorów. Mimo całej mojej jawnej słabości Pan niejednokrotnie się mną posłużył i przez służbę właśnie stale prowadzi mnie ku Sobie, ku pełni wolności.

Chcąc po trosze podsumować te wypadki z mojego życia powiem tyle, że nie warto przekornie upierać się przy własnej wizji życia duchowego, skrojonej podług własnego widzimisię, ale słuchać rad osób mądrzejszych, które wiernie kroczą za Chrystusem (rady kierowników duchowych, przełożonych w grupie czy wspólnocie). Prawdziwe opowiedzenie się za Chrystusem musi być rezygnacją z tego, co stare. Argumentowanie, że samo przebywanie w grzesznej atmosferze (jak moje towarzyszenie nocnym hulankom kolegów) nie jest niczym złym, dowodzi krótkowzroczności i cwaniactwa, za które przychodzi słono zapłacić.

Jeśli zaś chodzi o przeciwdziałanie złu, to bardzo ważna jest aktywna postawa trwania w Kościele, w grupie modlitewnej. Stawanie czoła złu w pojedynkę jest dokładaniem sobie trudności, co w efekcie opóźnia proces naszego uzdrowienia. To zaś jest bardzo na rękę szatanowi. Trwając we wspólnocie znacznie łatwiej jest nam prowadzić osobistą i wytrwałą walkę duchową, a taka tylko okazuje się skuteczna.

Tomasz

Świadectwo z „Posłania” 10/2005