Wakacje z Jezusem

Dobiegający już końca rok był dla mnie czasem szczególnym, bo obfitującym w wyjazdy na różne rekolekcje. Odbyłam pierwszy i drugi tydzień rekolekcji ignacjańskich w Wolborzu, rekolekcje „Tajemnica Krzyża” w Kaliszu i w końcu rekolekcje karmelitańskie w Legnicy. Do Legnicy pojechałam tydzień po zakończeniu drugiego tygodnia ćwiczeń duchownych św. Ignacego z Loyoli, które odbywają się w całkowitym milczeniu. Pan wówczas utwierdził mnie w przekonaniu, że jestem powołana do wyłącznej służby Bożej i do życia według rad ewangelicznych. Tydzień spędzony w tej pustyni był jednak zbyt krótki, toteż z niecierpliwością oczekiwałam dnia wyjazdu do Legnicy.

Wcześniej utrzymywałam już kontakt z siostrami karmelitankami bosymi, zaś obecnie miałam świetną okazję zapoznać się z inną gałęzią żeńskiego Karmelu – z siostrami karmelitankami od Dzieciątka Jezus. Te ostatnie różnią się od karmelitanek bosych głównie tym, że nie są objęte klauzura papieską, czyli, krótko mówiąc, ich powołanie obejmuje nie tylko kontemplację, ale również apostolat czynny.

Na rekolekcje trafiłam przez plakat zawieszony na drzwiach kościoła pw. Wniebowzięcia NMP w Toruniu. Dowiedziałam się, że mają to być rekolekcje pomagające rozeznać powołanie oraz że opłata nie jest z góry ustalona i każdy składa taką ofiarę, na jaką go stać.

Jednak gdy tyko przekroczyłam próg domu zakonnego w Legnicy, mina mi zrzedła: w sali konferencyjnej ujrzałam rozentuzjazmowaną hordę dziarskiej młodzieży, roześmianą od ucha do ucha. Toteż ja, studentka V roku, poczułam się od razu niczym wiekowa staruszka, ponieważ ujrzałam na sali wielu licealistów, a nawet uczniów gimnazjum. Zaraz też pojawili się bracia i siostry, równie radośni, zdający się wiekiem ducha dorównywać młodzieży. Rozległy się też wkrótce śpiewy i śmiechy. Zaczęłam się zastanawiać, co ja tu właściwie robię: przyjechałam oddawać się w całkowitym milczeniu kontemplacji, a tu już nas informują, że w planie rekolekcji przewidziane są tak zwane rekreacje, czyli czas, w którym nie tylko można, ale wręcz należy rozmawiać, śmiać się i śpiewać. Rzucono nam również zadanie bojowe: trzeba przygotować w grupach jakieś scenki, skecze lub zabawy na „pogodne wieczory”. Byłam zawiedziona: nie tak było przecież w Wolborzu! W Wolborzu podobało mi się to, że przez cały tydzień rozmawiałam tylko z Bogiem, że nie było w planie rekolekcji żadnych rozmów (nawet w czasie wolnym) prócz 15 minut dziennie z kierownikiem duchowym. Poza tym każdy starał się jak mógł unikać nawet kontaktu wzrokowego – na widok bliźniego zwieszało się po po prostu głowę jak sitowie – by użyć biblijnej metafory. W praktyce – było wiele okazji, aby nacieszyć swe oczy wspaniałym widokiem niebios, soczystej i pachnącej trawy lub… nader pospolitej podłogi. Także posiłki spożywało się w absolutnym milczeniu z wzrokiem utkwionym nieruchomo we własnym talerzu. Było to niezapomniane przeżycie: tylko mój Bóg i ja… Tutaj pragnęłam tej samej intymnej, modlitewnej aury, a na początku nic jej nie zapowiadało. W planie rekolekcji było co prawda uwzględnione milczenie, a po Apelu Jasnogórskim nawet – Wielkie Milczenie, które przepadało zupełnie wśród tupotu nóg, wdzierających się na górę do pokoi niczym gwałtownicy do Królestwa Bożego. Na szczęście dobry Bóg pozwolił mi mieszkać samej w pokoju, ale i tu nie było mi dane nacieszyć się zbytnio samotnością, albowiem do późnej nocy zza ściany dobiegały czyjeś gromkie śmiechy.

Na drugi dzień podczas rekreacji przeżyłam prawdziwy szok – poszliśmy wspólnie na boisko, gdzie zaproszono mnie do gry, polegającej na odbijaniu do siebie piłki. W pierwszym momencie chciałam stamtąd uciec – w szkole podstawowej nabawiłam się kompleksów z powodu mojej bardzo kiepskiej kondycji fizycznej i teraz wydawało mi się, że stanę się obiektem drwin. Nic takiego oczywiście nie nastąpiło, ale odetchnęłam z ulgą, gdy rekreacja dobiegła końca. Uświadomiłam sobie natomiast, że problem istnieje tak naprawdę we mnie, a nie w innych, ponieważ są pewne zranienia w mojej psychice, które muszą jeszcze zostać uzdrowione przez Jezusa, a które ograniczają moją wolność. Te zastarzałe rany powodują miedzy innymi to, że źle i nieswojo się czuję, przebywając w grupie nieznajomych mi ludzi – jestem wówczas skrępowana i nieśmiała. I tak się czułam również podczas „pogodnych wieczorów”, zwłaszcza gdy w trakcie jednej z zabaw uwaga całej grupy skupiła się na mojej osobie. Nie jestem jeszcze zupełnie wolna i Jezus pokazał mi, że moje pragnienie samotności, jeśli nie wiąże się z wewnętrzną wolnością, może stać się zwykłą ucieczką przed ludźmi. Żadne powołanie, nawet jeśli jest powołaniem do samotnego życia w klasztorze czy świecie, nie może być po prostu formą ucieczki. Także człowiek żyjący samotnie powinien być otwarty na braci ze wspólnoty zakonnej czy modlitewnej, a nie uciekać przed miłością bliźniego pod pretekstem modlitwy. Nie usłyszałam w związku z tym, że mój wybór powołania jest zły, lecz że muszę jeszcze wewnętrznie dojrzewać, aby je podjąć w pełnej wolności wewnętrznej, do czego w tej chwili nie jestem jeszcze gotowa. Zobaczyłam, że Bóg poprzez te rekolekcje oraz przez moją posługę we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym prowadzi mnie do coraz większej wolności w obcowaniu z moimi siostrami i braćmi w Chrystusie.

Chwała Panu!

Joanna

 

Świadectwo z „Posłania” 11/2004