Mieliśmy więcej łaski niż rozumu

Dziękuję Ci, Maryjo, za Twoją nieustanną opiekę i troskę nad moją rodziną! Chcę tym świadectwie opisać jedno z takich zdarzeń, w których doświadczyliśmy w sposób namacalny opieki i orędownictwa Matki Bożej.

Podczas tegorocznych wakacji wybraliśmy się z dwójką małych dzieci w podróż w rodzinne strony. Tego dnia mieliśmy do pokonania kilkaset kilometrów, a pogoda była sprzyjająca wyjazdowi. Jak zawsze u początku podróży powierzyliśmy się opiece Maryi i w trakcie jazdy odmawialiśmy wspólnie różaniec.

Dopiero kilkadziesiąt kilometrów przed końcem trasy zaczął doskwierać nam wyjątkowy, jak na wieczorną porę, upał. Na kilkanaście kilometrów przed naszą metą zerwał się z kolei gwałtowny wiatr i ciemne niebo zaczęły przeszywać liczne błyski. Zrobiło się widno jak za dnia. Pioruny biły co kilka sekund. Widzieliśmy, że burza zbliża się w naszym kierunku i modliliśmy się, by zdążyć dotrzeć przed nią na miejsce. Silny wiatr i nagła ulewa uniemożliwiły jednak szybkie pokonanie ostatniego odcinka drogi, który na dodatek wiódł przez las. Zrobiło się ciemno, zgasły wszystkie światła, a wycieraczki nie nadążały oczyszczać z deszczu szyb. Chcieliśmy się gdzieś zatrzymać, ale wąska droga leśna uniemożliwiała postój. Wezwaliśmy pomocy Maryi.

W tym samym momencie zobaczyliśmy naprzeciwko ogromne reflektory. Przed nami na drodze zatrzymał się kombajn. Gdy podjechaliśmy bliżej, okazało się, że stanął, ponieważ tuż przed nim wiatr zwalił na drogę drzewo i zablokował przejazd. Gdyby nie światło tej maszyny, nie zauważylibyśmy przeszkody na drodze i prawdopodobnie w nią uderzyli. Nie udało się zsunąć drzewa na pobocze, a rozszalała wichura zrywała gałęzie drzew wokół nas. Musieliśmy zawrócić, lękając się spadających na drogę konarów. Burza i deszcz sięgnęły chyba apogeum, a my wyjeżdżaliśmy z lasu w poszukiwaniu miejsca do przeczekania tego szaleństwa natury. Nie było widać już drogi i jechaliśmy niemal po omacku, gdy nagle zobaczyliśmy, że zjeżdżamy w rów. Auto stanęło. Mąż w strugach ulewnego deszczu i mroku przeszywanym błyskawicami wyszedł w poszukiwaniu najbliższych domostw, aby prosić kogoś o pomoc w wyciągnięciu samochodu na drogę. Zostałam z dziećmi w aucie i spontanicznie zaczęliśmy odmawiać kolejne Zdrowaś Maryjo. Wraz z modlitwą przychodził pokój i poczucie bezpieczeństwa, a po jakimś czasie rozszalała burza zaczęła się uciszać. Wkrótce pojawiła się pomoc. Jakieś małżeństwo przyszło razem z moim mężem, wyciągnęło nas z samochodu, zaprowadziło mnie z dziećmi do swojego domu, podczas gdy mężczyźni zorganizowali sprzęt i ludzi do pomocy. Spojrzałam na zegarek. Była godzina Apelu Jasnogórskiego.

Kolejnego dnia okazało się, że samochód wymaga tylko nieznacznej naprawy koła i zmiany pękniętego zderzaka. Gdybyśmy zahamowali kilkadziesiąt centymetrów dalej, to wpadlibyśmy w głęboki rów, z którego nie wydostalibyśmy się przez drzwi samochodu, a koła ugrzęzłyby w błocie. Ludzie udzielający nam pomocy nie mogli nadziwić się naszemu spokojowi i opanowaniu w tej sytuacji, która wyglądała rzeczywiście groźnie. Znajomy ksiądz, który gościł nas u siebie po tym zdarzeniu, na moje stwierdzenie, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, stwierdził, że raczej mieliśmy więcej… łaski niż rozumu. Jesteśmy dziś przekonani, że to Matka Boża w przeddzień Jej święta – 15 sierpnia – czuwała nad naszą podróżą, chroniąc od niebezpieczeństwa i stawiając na naszej drodze ludzi, którzy nie zawahali się udzielić nam pomocy i przyjąć pod swój dach.

Agnieszka

Świadectwo z „Posłania” 4/2010