Oto ja, poślij mnie!

Jedno z dzieci z naszej wspólnoty oświadczyło: „Pojadę na misje! Do Niemiec! Albo do Rosji!”. Czy takie marzenia miał też mały Franciszek? To bardzo prawdopodobne.

Był najmłodszym synem bogatych, ale i pobożnych rodziców – ojciec, Jan, nosił tytuł doktora uniwersytetu w Bolonii, pełnił funkcję członka rady królewskiej; matka, Maria, pochodziła ze starego, szlacheckiego, baskijskiego rodu Azpicueta. W ich zamku Xavier znalazło się miejsce na kaplicę, w której rodzina zbiera się na codziennej modlitwie. Tam rodzi się powołanie jednej z jego starszych sióstr, Magdaleny, późniejszej klaryski. Sielankową atmosferę domu przerywa przedwczesna śmierć ojca – Franciszek ma wtedy zaledwie 9 lat – i wojna. Nawarra chce wywalczyć niepodległość, wzywa na pomoc Francję. Starsi bracia Franciszka chwytają za miecz (co ciekawe, w obronie Pampeluny będą walczyć z Ignacym Loyolą, późniejszym świętym, ale staną po przeciwnych stronach). Królestwo Nawarry zostaje jednak podbite. Włości Marii de Azpicueta zostają zarekwirowane, wdowie pozwala się mieszkać z dziećmi w połowie zamku, starsi synowie są poszukiwani. Franciszek z rodzeństwem przegania bydło, które pasterze bezprawnie wypasają na terenie posiadłości. Zanim starszych braci obejmie amnestia i wrócą do domu, dziecięce marzenia chłopca legną w gruzach.

Choćby cały świat zyskał… (Mt 16,26)

Studia w Paryżu i zrobienie kariery – to teraz interesuje najmłodszego z rodu Xavier. Co prawda, aby zajść rzeczywiście wysoko, trzeba wykazać pochodzenie szlacheckie od 32 pokoleń, ale i to da się załatwić – starsi bracia z pewnością skompletują odpowiednie dokumenty. Wraz ze studentami i jednym z wykładowców rzuca się w wir rozrywek i zbytków. Czuje niepokój, kiedy dowiaduje się, że ów wykładowca zaraził się chorobą weneryczną (ukrywa ją co prawda, ale i tak staje się ona przyczyną jego śmierci). Rodzina jest wzburzona. Postanawiają, że Franciszka należy sprowadzić z powrotem. Siostra Magdalena – kobieta modlitwy – chłodzi jednak rozpalone umysły: „Zaczekajcie, zostawcie go. On ma do spełnienia ważną misję w Kościele. Musi być teraz w Paryżu!”. Doprawdy, dobrze, że święci widzą więcej – przecież nic nie zapowiada, żeby te słowa miały się spełnić! Renata Czerwińska Franciszek mieszka w jednym pokoju z Piotrem Fabrem (późniejszym świętym), będącym jego zupełnym przeciwieństwem – to syn rolników, zrównoważony, roztropny, łagodny. Piotr nie bierze udziału w rozrywkach Franciszka, a jednak ten wie, że może go uważać za najwierniejszego przyjaciela. Po pewnym czasie trafia do nich jeszcze jeden student – dużo od nich starszy, z łysiną, wyraźnie kulejący – Inigo de Loyola. Piotr, jak zwykle otwarty na innych, poducza nowo przybyłego łaciny – w końcu podjęcie studiów w wieku trzydziestu siedmiu lat jest nie lada sztuką. Tymczasem na Franciszka współlokator działa jak płachta na byka. Nie jest niemiły, co to to nie! Nieraz pomaga dobrym słowem, czasem podsyła studentów, którym mógłby udzielić korepetycji, a niejednokrotnie – o zgrozo – spłaca jego długi. Właściwie denerwuje go jedno: to, że od czasu do czasu, patrząc na niego przenikliwym wzrokiem, Inigo powtarza: „Franciszku… Cóż za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?” (Mt 16,26).

Twoje słowo jest lampą dla moich stóp (Ps 119,105)

Iniga odwiedza wielu studentów, zafascynowanych jego trybem życia, a on chętnie się dzieli Bożymi sprawami. Wkrótce niejeden z nich odprawi ćwiczenia duchowne – rozmyślania i kontemplacje, mówiące o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, stawiające przed rekolektantem pytanie, jak odpowiedzieć na tak wielką miłość. Franciszek jest dla tego dobrego nauczyciela – jak powie potem – najtwardszą gliną do urobienia. A jednak daje się w końcu przemienić. Latem 1533 roku – po zakończeniu studiów – przechodzi trzydziestodniowe rekolekcje według metody Iniga. Toczy jeszcze tak silne walki, że aby przejść godzinną medytację, przywiązuje się do krzesła. Ale bitwa jest wygrana. Kończy jeszcze – wraz z dwoma towarzyszami – dwuletnie studium teologiczne. Do Paryża dociera wreszcie dokument przygotowany przez braci Franciszka, który wykazuje jego pochodzenie szlacheckie od 32 pokoleń. A jednak nie interesują go już tytuły ani rodowe, ani naukowe. Wraz z grupą przyjaciół zakłada ubogi strój pielgrzymi i na piechotę rusza do Wenecji, tam, gdzie oczekuje ich ojciec jego duszy. Jaki jest dalszy plan tych gorliwców? Ziemia Święta!

Wypłynięcie do Ziemi Świętej nie okazuje się takie proste – siedmiu towarzyszy przybywa tam jesienią, a statki do Jerozolimy wyruszą dopiero w czerwcu. Ten czas wykorzystują jednak na służenie chorym, kwestowanie dla ubogich i przygotowanie do kapłaństwa. Po otrzymaniu święceń głoszą kazania, także na ulicach Wenecji. Nauki młodych mężczyzn, rozpalonych miłością Bożą, poruszają wiernych, mimo że nielitościwie kaleczą język włoski! W tym czasie Franciszkowi śni się Hindus, którego niesie na plecach – tak ciężki, że niemal go przytłacza. Z kolei sytuacja polityczna staje się coraz bardziej napięta, turecka ekspansja postępuje na Zachód, wybucha wojna między Wenecją a sułtanem Konstantynopola. Trzeba zrewidować plany. Młodzi kapłani zostają przydzieleni do głoszenia Ewangelii w środowisku dobrze im znanym – w miastach uniwersyteckich. Czy to przypadek, że dla Franciszka wybrano Bolonię?

Oto ja, poślij mnie! (Iz 6,8b)

Po roku Ignacy – bo takie imię będzie teraz nosił Inigo – wzywa swoich młodych przyjaciół do Rzymu. Zakładają tam nowy zakon – Towarzystwo Jezusowe – i oddają się całkowicie do dyspozycji papieża, aby posłał ich na głoszenie Ewangelii tam, gdzie zechce. Franciszek ma ogromne pragnienie wyjazdu na misje. Tymczasem jego bracia w kapłaństwie udają się w dalekie strony, a on… pracuje jako sekretarz ojca Ignacego. Kiedy król Portugalii, Jan III, prosi papieża o misjonarzy, którzy wyjechaliby do Indii Wschodnich, będących kolonią portugalską, znów nie zostaje wyznaczony. A jednak Bóg patrzy na jego serce. Jeden z braci, którzy mają tam wyjechać, poważnie choruje. Wtedy wreszcie pada wezwanie dla Franciszka. „Jedź i rozpal ogień!” – mówi mu Ignacy. Obydwaj przeczuwają, że już nigdy się nie spotkają. Statek do Indii ma wypłynąć 25 marca, w Zwiastowanie, ale na skutek różnych okoliczności ta data się przesuwa. Wreszcie 7 kwietnia 1540 roku Franciszek wyrusza na wymarzone misje. To jego 34. urodziny. Od papieża otrzymuje specjalne upoważnienie na tę wyprawę – ale czy ktoś w skromnym kapłanie ubranym w ubogi, czarny habit rozpoznałby papieskiego legata? Ma głosić wobec wszystkich książąt i panów Oceanii, prowincji i krajów na obszarze Indii, od krańca do krańca przylądka o nazwie „Dobrej Nadziei” i ziem z nimi sąsiadujących. Jak pisze Ewa Polak-Pałkiewicz, zażądano od tego energicznego, przedsiębiorczego Baska pozyskania dla krzyża Chrystusowego niemal jednej czwartej ziemskiego globu. Jak to się stanie?

Wyspy, posłuchajcie Mnie! Ludy najdalsze, uważajcie! (Iz 49,1)

Wyprawa statkiem z Lizbony do Indii trwa trzynaście miesięcy. Z powodu niesprzyjających wiatrów zatrzymują się w Mozambiku, co Franciszek wykorzystuje na posługę chorym. Ponowny nieoczekiwany przystanek to Sokotra, maleńka wyspa na południe od Półwyspu Arabskiego. Franciszek znów schodzi na ląd. Okazuje się, że jej mieszkańcy byli ochrzczeni wiele lat temu, a chrześcijaństwo przyniósł tam sam św. Tomasz Apostoł – cóż, kiedy od lat są zupełnie pozbawieni opieki duszpasterskiej, w dodatku mieszkają tam też muzułmanie, niechętnie nastawieni do chrześcijan. Wiedząc, że musi ruszać dalej, Franciszek wysyła list do swojego przyjaciela, Szymona Rodriqueza – jednego z pierwszych jezuitów – aby starał się o przysłanie na to miejsce nowych kapłanów.

W Goa, mieście, będącym stolicą portugalskiej kolonii w Indiach, papieski legat zachowuje się nietypowo – śpi na macie w szpitalu, przy chorych, w dzień zaś przebiega (boso!) uliczki miasteczka i polne drogi z dzwonkiem w ręce, nawołując do nauki katechizmu. Nauczanie przeplata modlitwą o wytrwanie w wierze. Dzieci – które Franciszek uczy śpiewać modlitwy w ich własnym języku – są zachwycone księdzem, podobnie mieszkający tam prości Portugalczycy, którzy zaczynają na nowo układać sobie życie z Bogiem. Często nawiedza trędowatych. Niektórzy są tym zgorszeni, idą na skargę do biskupa – cóż, kiedy duchowny doskonale wie o wszystkim i zgadza się na taką formę posługiwania. Franciszek wraz z wikariuszem generalnym prowincji, Miguelem Vazem, zakłada seminarium duchowne – obydwaj marzą o miejscowych powołaniach. Jednak po zaledwie trzech latach posługi wyrusza dalej – na Moluki. Wikariusz opowiadał mu o tych wyspach, na których swego czasu ochrzcił z towarzyszami niemal 15 tysięcy tubylców, poławiaczy pereł, dręczonych przez muzułmańskich napastników. Żyli oni jednak bez opieki duszpasterskiej – a Franciszek nie mógł tego tak zostawić!

Jest moją radością, mój Boże, czynić Twoją wolę (Ps 40,9)

Franciszek posługuje sam jeden, bez kierownika duchowego (list od św. Ignacego przyjdzie doń po… czterech latach). Sam musi rozeznawać, jakie działania podjąć. Kieruje się pocieszeniami duchowymi, ale jest już na takim etapie, że radość sprawiają mu trudy, które może przeżyć dla Chrystusa. Niebezpieczeństwa, na które wystawiony jestem, prace, które podejmuję, są źródłami niewyczerpanymi radości duchownych tak dalece, że te wyspy, gdzie wszystkiego nie dostaje, mogą przyprawić o utratę oczu, tak wiele łez pociechy się tu wylewa, a pociechy te są tak czyste, tak wzniosłe, tak ustawiczne, że odejmują czucie boleści ciała. Spanie w jaskini czy w szałasie na Molukach? Możliwość spotkania dzikich zwierząt? Ubogie jedzenie? Nowy język, którego trzeba się nauczyć, żeby porozumieć się z tubylcami? Trudne, pełne niezrozumienia rozmowy z braminami? Zasadzki od nieprzyjaciół (głównie czarowników, których działania demaskuje, odbierając im możliwość zastraszania i zarobku, ale też od miejscowych władz – czy to sułtanatu, czy też… portugalskich. Jego przyjaciel, wikariusz Vaz, zostaje w Indiach otruty, a mieszkańców jednej z wysp, którzy przyjęli wiarę, okrutnie wymordowano)? Na wszystko mówi „tak”. Czy pamięta sen, który miał u progu życia kapłańskiego, kiedy w nocy wołał: „Więcej, Panie, więcej!”? Kiedy jego przyjaciel, Szymon Rodriguez, zapytał nad ranem, co mu się śniło, Franciszek odparł, że widział przed sobą wiele trudów i niebezpieczeństw, których miał doświadczyć w pracy apostolskiej.

Jednakże głoszenie Ewangelii to nie tylko trudy – Pan z mocą potwierdza nauczanie niezłomnego żołnierza. Jak na przykład wtedy, kiedy na jednej z wysp Franciszek wchodzi do szałasu, w którym pewna kobieta nie może powić dziecka. Misjonarz wyrzuca stamtąd czarowników i wszystkie figurki bożków, a kobiecie, bardzo już osłabionej, udziela sakramentu namaszczenia chorych. Wtedy odzyskuje ona siły i rodzi maleństwo, a wkrótce cała jej dziesięcioosobowa rodzina przyjmuje chrzest.

Pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę (Jr 1,7)

Franciszek zdaje sobie sprawę, że tylko rozpoczyna sztafetę – rozpala wiarę, po nim mają przyjść inni – dlatego troszczy się o to, aby ktoś po nim pozostał – czy to miejscowy ksiądz, katecheta, czy też kapłani z Europy. Dostrzega, jak ważne jest obdarowanie – wykształcenie i naturalne talenty – które każdy może wykorzystać dla szerzenia królestwa Bożego.

Często miałem ochotę znaleźć się na uniwersytetach Europy, a szczególnie w Paryżu i głośno jak szaleniec wołać do tych, którzy mają więcej wiedzy niż dobrej woli ku jej pożytecznemu zastosowaniu, aby wiedzieli, ile tu dusz traci niebo i idzie do piekła przez ich niedbalstwo. Gdyby wraz z nauką literatury zechciał studiować rachunek, jakiego zażąda Bóg za dane im talenty, to nie jeden odczułby potrzebę odprawienia Ćwiczeń duchowych, które by ich doprowadziły do zrozumienia woli Bożej i poddania się jej wbrew własnym skłonnościom. Wtedy wołaliby do Boga: O, Panie! Oto jestem! Co chcesz, abym uczynił? Poślij mnie, dokąd chcesz, nawet do Indii. O ile więcej spokoju zaznaliby w życiu, ileż więcej mieliby nadziei na miłosierdzie Boże w chwili skonania, gdyby mogli powiedzieć na Boskim sądzie, któremu musi podlegać każdy zrodzony człowiek: Panie, pięć talentów otrzymałem, oto drugie pięć talentów zyskałem. Jak zapewnia, napotkani ludzie garną się do poznawania Ewangelii i (…) wielkie mnóstwo pogan pojęłoby wiarę chrześcijańską, gdyby tylko znaleźli się księża do niesienia im pomocy.

Na Molukach spotyka młodego człowieka, oskarżonego o zabójstwo. Okazuje się, że jest mieszkańcem wyspy położonej jeszcze bardziej na wschód – Japonii. Andżiro – bo tak ma na imię – gnany wyrzutami sumienia, usiłuje uciekać do Chin, ale burza kieruje statek, którym podróżuje, na Moluki. Tam spotyka księdza, który kieruje go właśnie do ojca Franciszka. Chłonie teraz naukę chrześcijańską jak gąbka, by na Zesłanie Ducha Świętego 1548 roku wraz z bratem i sługą zostać ochrzczonym. Czy mieszkańcy Japonii byliby chętni, by przyjąć wiarę – zastanawia się Franciszek? Nowi chrześcijanie zapewniają go, że tak, że to ludzie szukający mądrości. Uczy się więc języka, zabiera młodych Japończyków w drogę i 15 sierpnia 1549 roku stawia stopę na nieznanym lądzie. W pierwszej prowincji miejscowi książęta wysłuchują go, ale są przeciwni nauczaniu. Wyrusza więc dalej, do ówczesnej stolicy – Mijako (dziś Kioto) – aby sprawy wiary przedstawić samemu królowi. Droga jest trudna, wiedzie przez dzikie góry. W śniegu i mrozie, na boso, Franciszek wraz z towarzyszami przebywa 300 mil. A jednak… audiencja nie powodzi się. Dlaczego?

Stałem się wszystkim dla wszystkich (1 Kor 9,22)

Po raz kolejny w posłudze Franciszka sprawdzają się słowa św. Pawła: Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam. Dla Żydów stałem się jak Żyd, aby pozyskać Żydów. Dla tych, co są pod Prawem, byłem jak ten, który jest pod Prawem – choć w rzeczywistości nie byłem pod Prawem – by pozyskać tych, co pozostawali pod Prawem. Dla nie podlegających Prawu byłem jak nie podlegający Prawu – nie będąc zresztą wolnym od prawa Bożego, lecz podlegając prawu Chrystusowemu – by pozyskać tych, którzy nie są pod Prawem. Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych (1 Kor 9,19-22). To, co poruszało chorych w leprozoriach, poławiaczy pereł, mieszkańców ulicy, zubożałą szlachtę, marynarzy – ubóstwo, wyrzeczenie, pokora – tutaj jest powodem do wyśmiania, pogardy, uznania za chorobę umysłową – a słowa szaleńca nie są warte wysłuchania. Korzysta więc ze swojej funkcji legata papieskiego i na rozmowę z kolejnym bonzem przychodzi w bogatych szatach, niosąc dary. To podoba się księciu – pozwala więc na głoszenie Dobrej Nowiny. Wiele osób przyjmuje chrzest. W intelektualnych dysputach Franciszek wykazuje błędy systemu buddyjskiego, co nie podoba się miejscowym mnichom. Kiedy wyrusza na zaproszenie króla pobliskiej wyspy, miasto, które gościnnie przyjęło misjonarzy, zostaje oblężone i spalone. A jednak… rządy obejmuje tam wkrótce inny książę, przychylny chrześcijaństwu. I choć wydaje się, że misja w Japonii odniesie sukces – może nie tak duży, jak na Molukach, ale jednak – wielu sceptycznych mieszkańców wyspy zadaje pytanie: „Czy o tej nowej religii coś wiedzą w Chinach? Nie? Czy ta religia Europejczyków może być prawdziwa, skoro tam o niej nie wiedzą?”. Okazuje się, że dla Japończyków wszystko, co cenne, ważne pochodzi z Chin. Takie postawienie sprawy zniechęciłoby każdego, ale na Franciszka działa wręcz odwrotnie. On ma już wizję: uda się do samego Pekinu, do króla, z traktatem o Ewangelii przetłumaczonym na język chiński, poprosi o możliwość głoszenia Dobrej Nowiny. Kiedy Chiny się nawrócą, wtedy i Japonia pójdzie za ich przykładem. Co prawda ten kraj zakazuje wstępu na swój teren wszystkim cudzoziemcom pod karą więzienia i śmierci, Franciszek jednak jest legatem, a więc ambasadorem obcego państwa, drugim zaś mógłby być kupiec Diego Pereira, z którym Franciszek wiele lat temu przyjechał do Indii.

Pan patrzy na serce (1 Sm 16,7)

Cofa się więc do Malakki, tam spotyka się z Pereirą, który zapala się do tego pomysłu. A jednak Franciszek ma przeczucie, że diabeł pokrzyżuje ich plany. I rzeczywiście, na skutek intryg dworskich, statek Pereiry nie może wypłynąć. Ojciec modli się za nieprzyjaciół, ale ich serca się nie przemieniają. Wreszcie wraz z kilkoma towarzyszami i tłumaczem wyjeżdża na wyspę Sancian. Tyko tam mogą dopływać Portugalczycy, tam też ma przybyć po niego chiński przewoźnik. Po pewnym czasie portugalskie statki odpływają, zabierając ze sobą część braci, zalęknionych perspektywą męczeństwa i śmierci. Na bezludnej wyspie zostaje tylko Franciszek, służący Krzysztof – Hindus i chiński tłumacz, Antonio. Ojciec wytrwale czeka na przewoźnika, ale ten nie przybywa. Jest listopad 1552 roku. Z powodu niedożywienia, zimna, zabójczego klimatu misjonarz choruje, jest nieprzytomny. Towarzysze słyszą, że nawet w takim stanie modli się – w jakim języku, nie wiedzą, ale rozpoznają Imię Jezus, widzą też radość na twarzy Franciszka pomimo bólu i gorączki. Wiedzą zresztą, że modlitwa zawsze była jego siłą. Słyszeli zapewne o tym, jak w trakcie długich podroży statkiem wstawał w nocy, aby się modlić, jak rozpromieniał się w trakcie odprawiania mszy świętej (a nawet unosił nad ziemią), nauczanie katechizmu również przekładał prośbami, aby Matka Boża i święci pomogli w przyjęciu i zachowaniu prawd wiary; idąc przez śniegi w Japonii, nie czuł bólu krwawiących stóp, ponieważ kontemplował w drodze Boże Narodzenie. Na jakiś czas traci mowę, by potem znów wrócić do ustnej modlitwy. W piątek, 2 grudnia znów traci mowę. Nie dociera do Chin. Odchodzi w pokoju, 3 grudnia, po zaledwie 11 latach pracy na morzach Wschodu – wpatrując się w krzyż.

***

Portugalczycy zawijają na Sancian w lutym. Krzysztof i Antonio zastanawiają się, czy uda się przewieźć ciało ojca do Malakki. Po trzech miesiącach? W tym klimacie? Kiedy jednak otwierają trumnę, okazuje się, że ciało Franciszka jest nietknięte, a w dodatku wydaje piękny zapach. Obecnie jego doczesne szczątki znajdują się w bazylice w Goa, w Indiach, a prawe ramię można oglądać w Rzymie w kościele „Il Gesu”. W indyjskiej bazylice stoi też figura Franciszka – w jednej ręce święty trzyma kostur pielgrzymi, a w drugiej – kij bambusowy, będący tam insygniem władzy. Jest w zwyczaju, by każdy nowy gubernator prowincji oddawał świętemu swoją laskę, a zabierał tę, którą święty trzyma w ręce – na znak zawierzenia rządów świętemu ojcu. W 1619 roku Franciszek Ksawery zostaje zaliczony w poczet błogosławionych, a w 1622 – wraz z Ignacym Loyolą, ojcem jego duszy – w poczet świętych. W 1748 roku papież ogłasza go Patronem Wschodu, w 1904 – patronem Dzieła Propagandy Wiary, zaś w 1927 – patronem wszystkich misji.

Renata Czerwińska

Na podstawie: Georg Schurhammer, Na morzach Wschodu; http://ewapolak-palkiewicz.pl/list-do-krola/    

 

Artykuł z "Posłania" 6/2015