Miłość cię znajdzie!

Wanda odebrała rodzinne fotografie i długo przypatrywała się zdjęciu najmłodszej siostry: ślicznej, młodej dziewczyny, wpatrzonej w dal. O jej rękę mogli się starać najznamienitsi Poznaniacy (rodzeństwo zresztą nie dałoby jej byle komu), ale ona odmawiała. Namawiano ją w takim razie, żeby wybrała jakiś zakon, ale i tu spokojnie odpowiadała „nie”. „Na co ty czekasz, Mysiu?”

Czekając na znak

Tymczasem Maria – zwana przez rodzinę Mysią – rzeczywiście na coś czeka. Urodzona w 1865 r. w rodzinie ziemiańskiej jest jedenastym dzieckiem Mateusza Karłowskiego i Eugenii z Ziembińskich. Do piątego roku życia mieszka z rodzicami i rodzeństwem, potem, na skutek zubożenia, rodzice sprzedają majątek i wyprowadzają się do Poznania – pamiętajmy, że to druga połowa XIX wieku, a rząd pruski celowo prowadzi taką politykę, aby Polacy wyprzedawali ziemie. Postanowiono wówczas, że najmłodsze dzieci – Zdziś i Marysia – zamieszkają u najstarszego brata, Leona. Czy kierowano się tym, że wiejskie, zdrowe powietrze, pożywienie, dużo przestrzeni do zabawy – mogą być lepsze dla dzieci? Być może, ale… dla Mysi to trudny okres. Obdarzona żywym charakterem, jest nieustannie temperowana przez wymagającą bratową. Po latach jednak nazwie ten czas zbawienną szkołą. Ze swoimi dziecięcymi smutkami i żalem biegnie wówczas do Boga. Kiedy jako dziesięciolatka wraca do Poznania, by znów zamieszkać z rodzicami, przyjmuje I Komunię świętą i jest to dla niej niezwykle głębokie przeżycie, choć nikomu nie zdradza szczegółów. W 17. roku życia – bez wiedzy rodziny – składa na ręce spowiednika prywatny ślub czystości, oddając się Bogu do wyłącznej dyspozycji. W kilka miesięcy później umierają jej rodzice: najpierw w sierpniu matka, a potem, we wrześniu, zaraz po jej urodzinach – ojciec. Rodzeństwo decyduje o jej losie: skoro starsza siostra, Wanda prowadzi zakład krawiecki, najlepiej, żeby Mysia zrobiła kurs kroju i szycia, a potem mogła zarówno pracować u siostry, jak i sama być instruktorką. Maria wyjeżdża więc do Berlina, robi odpowiedni kurs, by wkrótce stać się prawą ręką Wandy, kochaną przez pracownice. Co je pociąga? Jej pogoda, życzliwość, współczucie, ale też otwarte mówienie o wierze, co na owe czasy było wśród inteligencji rzeczą mniej przyjętą. Z warsztatu Wandy Karłowskiej dobiega więc nieraz radosny śpiew pobożnych pieśni. Miłości Boga Maria nie potrafi zatrzymać – katechizuje dzieci z zaniedbanych rodzin, wspomaga ubogich, jednoczy skłócone małżeństwa. Ciągle jednak czeka na znak – jaka ma być jej misja? Do czego wzywa ją Pan?

I znak przychodzi. Któregoś ponurego, listopadowego popołudnia 1892 r. Maria odwiedza małżeństwo ubogich krawców. Chce ich wspomóc materialnie, powiedzieć coś o dobrym Bogu. Nie wie, że ich dom jest tajnym miejscem schadzek. W pewnym momencie do mieszkania wpada roztrzęsiona kobieta – prostytutka, która podlega kontroli policji obyczajowej. Maria zamienia się w słuch, a Franka wypłakuje jej cały ból, opowiadając dzieje swego życia. Maria słyszy jednak jeszcze jeden głos, mówiący jedno słowo: „Pragnę!”. Pamięta, jak kiedyś, siedząc na strychu domu jednej z sióstr, zaczytywała się w żywocie św. Marii Magdaleny. Zawsze pociągało ją to, aby głosić Ewangelię szczególnie tym najbardziej zagubionym. Teraz już rozumie, do czego wzywa ją Pan. I choć wie, że ta misja nie będzie łatwa, wiele lat później powie, że gdyby nie zdecydowała się wtedy pomóc tej dziewczynie, lękałaby się o swoje zbawienie.

Konkurencja

Początkowo pomoc jest bardzo skromna – to rozmowy, katechizacja, wsparcie materialne, próby umieszczenia zagubionych kobiet, które chcą zmiany życia, u sióstr elżbietanek czy szarytek. Brakuje jednak miejsca, gdzie mogłyby się spotykać – Maria nie ma własnego mieszkania, ostatecznie rozmowy toczą się nierzadko na cmentarzu garnizonowym. Tymczasem po mieście roznosi się fama, że jest ktoś, kto rzeczywiście chce pomóc osobom z marginesu. Mówi się o niej, że przy pannie Marii człowiek chce być lepszym. Poranione, początkowo nieufne kobiety, piszą do niej listy, prosząc o ratunek. Co robić? W sukurs przychodzą państwo Jaworscy, którzy dla pierwszych pięciu dziewcząt oddają jeden z pokoi w swoim skromnym mieszkaniu. Maria z panią Klementyną obmyślają dla nich plan dnia (bo oprócz pełnej miłości akceptacji trzeba im też wejścia na nowe tory), kwestują, ale lokatorzy kamienicy i jej właściciel po niedługim czasie żądają, aby opuściły lokal. Przy współpracy z policją udaje się znaleźć nowe lokum – budynek przy ul. Szewskiej, w którym oficjalnie mieściła się pralnia i szwalnia. W prowadzeniu domu pomaga córka pani Klementyny, Kazimiera i ich przyjaciółka, Magdalena Piechowiak. Trudno jednak go utrzymać: podopieczne Marii nie są przyzwyczajone do uczciwego zarabiania na chleb, a dochody z darcia pierza czy szycia worków nie wystarczają dla dwudziestu mieszkanek. Opatrzność nie zawodzi: czasem ktoś podrzuca im jedzenie, kiedy indziej… kopertę z pieniędzmi potrzebnymi na uregulowanie zaległego czynszu.

Nie wszystkim ta działalność się podoba: któregoś razu Marię gonią zezłoszczeni sutenerzy, wściekli, że odbiera im ofiary. Ratując się, sięga do kieszeni i rzuca za siebie garść medalików. Mężczyźni zajmują się zbieraniem czegoś, co w świetle księżyca dziwnie błyszczy, a jej udaje się uciec. Co gorsza, prawdziwa burza przetacza się przez rodzinę Marii. Choć starała się pomagać po cichu, prawda w końcu wychodzi na jaw. W tamtych czasach nie zastanawiano się, jakie są przyczyny tego, że kobieta zaczyna trudnić się nierządem – uważano, że sama jest sobie winna (tymczasem postępujące zubożenie społeczeństwa powodowało, że nieraz pod wpływem lęku o przyszłość decydowała się na taki proceder). Jak panna z dobrego domu może zadawać się z szemranym towarzystwem? Co innego datek, ale rozmowy, przesiadywanie, kwestowanie? W dodatku Aniela, jedna ze starszych sióstr, uważa, że… działalność Mysi jest dla niej konkurencją! Aniela założyła w Poznaniu Stowarzyszenie Robotnic Katolickich mające na celu ochronę pracownic fabryki cygar przed zepsuciem moralnym i podniesienie ich poziomu religijnego. Maria mogłaby powiedzieć: Nie odpychaj tych, których Bóg nie odpycha. Nie potępiaj tych, którym Bóg nie odmawia łaski. Nie odsuwaj tych, których Bóg stara się przyciągnąć – ale ze starszą siostrą ciężko dyskutować. Atmosfera domowa jest nieciekawa (Maria mieszka z Wandą i właśnie z Anielą), Pan jednak przychodzi z pomocą: jeden ze starszych braci, Kazimierz, chłodzi rozpalone umysły, mówiąc niemal jak Gamaliel: Dajcie jej spokój! Jeżeli to jest dzieło Boże, ostoi się, a jeżeli ludzkie, samo się rozpadnie! (por. Dz 5,34-39).

Dał Pan Bóg dziecko…

Tymczasem z domem na Szewskiej znów są problemy: podopiecznych przybywa, robi się ciasno. Komisja sanitarna, sprawująca nad nimi nadzór z ramienia policji obyczajowej, zakazuje przyjmowania kolejnych osób. W marcu 1895 roku wygasa umowa o najem lokalu, a właściciel podburzony przez sąsiadów nie chce jej przedłużać. W dodatku kobiety wciąż są nękane przez osoby z ich dawnego środowiska. Maria powie później, że gdyby nie miała wewnętrznej pewności, że to dzieło Boże, dawno pod naporem tak wielu trudności zostawiłaby to wszystko. Tymczasem Pan jej nie opuszcza. Pierwszym spowiednikiem podopiecznych Marii jest redemptorysta, o. Bernard Łubieński, obecnie Sługa Boży. Zna wszystkie trzy siostry Karłowskie i uważa, że każda z nich ma piękne dzieło w Kościele do spełnienia. Tu nie ma żadnej konkurencji: Wanda w swojej pracowni szyje m.in. ornaty, baldachimy i obrusy, które zdobić będą wiele poznańskich kościołów; Aniela katechizuje osoby praktykujące; a Maria – odważna, przedsiębiorcza, kontaktowa – jest posłana do tych najbardziej zagubionych. Widząc przeszkody, jakie ta ostatnia napotyka, zapewnia ją, że jest na bardzo dobrej drodze: drodze krzyża. Zachęca, aby dzielnie znosiła go w domu, bo zdaje sobie sprawę z tego, że wkrótce czeka ją nowe zadanie: zamieszkania ze swoimi podopiecznymi, oddania im się w całości. Mąż Boży widzi więcej: Ten pożar coraz szerzej się rozpłomieni. (…) Ufam w Bogu, że przyjdą ci dusze, które jako siostry będą z tobą pracowały. Kiedy Maria opowiada mu o ciągłych kłopotach lokalowych, odpowiada żartem, aby się nie martwiła: Dał Pan Bóg dziecko, da i na dziecko.

I rzeczywiście tak się dzieje. Kiedy Maria modli się gorliwie w jednym z kościołów, aby Pan zaradził problemom domu na Szewskiej, tej modlitwie przypatruje się jej rówieśniczka, hrabianka Aniela Potulicka. Waha się, czy podejść, w końcu jednak decyduje się podjąć rozmowę, tym bardziej, że trochę już o Marii słyszała. Po wyjściu z kościoła kupuje mnóstwo artykułów spożywczych i rusza wraz z Marią do przytuliska. Przebywające w nim dziewczęta są akurat po spowiedzi u ojca Bernarda – wzruszone, szczęśliwe. Aniela też zostaje poruszona. Widzi, że to dzieło potrzebuje oddalenia od dotychczasowego środowiska i spokojnego miejsca do rozwoju. „Trzeba kupić dom na wsi!” – mówi do Marii. „Ale ja nie mam pieniędzy!”. „Ale ja mam!”. Hrabianka Potulicka jest osobą niezamężną, właścicielką olbrzymiego majątku (podobnie jak Maria straciła oboje rodziców we wczesnej młodości), którym chętnie dzieliła się z innymi. Na potrzeby Marii i jej podopiecznych kupuje majątek we wsi Winiary, znajdującej się 3 km od miasta (obecnie to osiedle Poznania) i regularnie go potem wspiera. Po odremontowaniu zabudowań, umeblowaniu pokoi, przygotowaniu kaplicy, 16 lipca 1895 roku Maria, jej pomocnice i 17 podopiecznych procesyjnie przechodzą do nowego domu.

Matka

Pomysł na życie mieszkanek Domu Dobrego Pasterza to modlitwa i praca: Gdy dziewczyna nauczy się pracy – zacznie się modlić, a gdy będzie się modlić – nawróci się. Do domu na Winiarach policja nieraz sama przyprowadza kobiety trudniące się nierządem. I jakkolwiek wobec policjantów są agresywne, spotkanie z życzliwą, pogodną Marią uspokaja je. Zresztą ma ona ogromny autorytet:jeszcze w Poznaniu potrafi zatrzymać kobietę, wchodzącą do domu publicznego, wołając: Nie możesz! Należysz do Boga! – a ta posłusznie idzie za nią do domu państwa Jaworskich lub na Szewską. Kiedy w Winiarach zakładają z towarzyszkami dom dla zaniedbanych chłopców, ci złodziejaszkowie i włóczędzy, z którymi nikt nie mógł sobie dać rady, są posłuszni matce Marii. Dom nie przetrwa długo – zabraknie męskich wychowawców – ale jego podopieczni zachowają dla sióstr dużą wdzięczność. W przyszłości będą pomagać im przy żniwach, malować kaplicę, a podczas I wojny światowej, kiedy niejeden z nich będzie musiał iść na front, najpierw przyjdzie do matki Marii po błogosławieństwo. Wiele lat później, kiedy w Toruniu powstanie szpital dla kobiet chorych wenerycznie, a potem przeniesie się ze Starego Miasta w pobliże Dworca Mokre (teraz Toruń Wschód), będzie miała miejsce dramatyczna sytuacja. Nie wszystkie trafiające tam podopieczne są gotowe zmieniać swoje życie. Kiedy pewnej nocy na dworcu stanął pociąg z wojskiem, zaczęły się gwizdy i nawoływania, na które ochoczo odpowiadały mieszkanki szpitala. Powstał ogromny hałas, zamieszanie, którego siostry początkowo nie mogły opanować. Wówczas przebywająca tam matka Maria wzięła do ręki krzyż, wychyliła się przez okno i zawołała: „Milcz! Ucisz się!”. I tak jak w Ewangelii, na słowo Pańskie nastała głęboka cisza (por. Mk 4,35-41).

Ów autorytet wynika z macierzyństwa duchowego, do którego została wezwana. Wiele lat wcześniej umierająca Franka błogosławi Marię, życząc jej, aby znalazła dom i została matką pokutujących dziewcząt. Pod koniec życia Maria mówi i do podopiecznych, i do współsióstr: Zawsze będę waszą matką.

Niech pani tak pracuje

Mowa o siostrach – bo też w 1896 roku Maria i jej współpracowniczki przywdziewają habity. To początki Zgromadzenia Sióstr Pasterek od Opatrzności Bożej. Pamiętajmy jednak, że rzecz dzieje się w zaborze pruskim. Prusacy dokonali kasaty zakonów, uderzając głównie w kontemplacyjne i żebrzące. Znana jest chociażby historia kościoła dominikańskiego w Toruniu, który po rozwiązaniu zakonu w 1820 roku został przerobiony na magazyn, a w końcu, po kilkunastu latach, rozebrany. Jeśli ewentualnie pozwalali działać jakimś zgromadzeniom, to takim, które pracowały w szpitalach lub szkołach, ostatecznie jednak w zaborze pruskim zlikwidowano wszystkie klasztory męskie i około 70% klasztorów żeńskich. Ojciec Bernard (który, aby zostać redemptorystą, musiał wyjechać do Anglii) też posługuje na tych terenach do czasu – w pewnym momencie otrzymuje od władz zaborczych zakaz wstępu. Maria początkowo zastanawia się, czy nie powinny dołączyć do któregoś z ocalałych zgromadzeń żeńskich, jednak mają niespotykany charyzmat. Trzeba założyć zupełnie nowe zgromadzenie. A co z habitem? Czy władze na to wszystko pozwolą? Maria ma jednak niezwykłą wiarę w opatrzność Bożą: Bóg da nam wszystko, czego się spodziewamy. Własnoręcznie szyje sobie czarny habit, po czym jedzie do samego komendanta poznańskiej policji. Przywitawszy go, wesoło opowiada, że ten oto habit zakonny doda jej znacznej powagi wobec nieokiełznanych i dzikich charakterów tych osób, którymi się zajmuje. Komendant – znający zresztą jej działalność – dębieje, po czym bez większego zastanowienia odpowiada: Ja, ja, fraulein Karlovska, niech pani tak pracuje, ja nie mam nic przeciwko temu. Zaraz więc po tej wizycie Maria jedzie do arcybiskupa, Floriana Stablewskiego, by poinformować go, że ma już zgodę władz na istnienie pasterek. Biskup, który również jest im przychylny, śmieje się serdecznie, że owinęła sobie groźnego Prusaka dookoła palca.

Władze pruskie tymczasem rzeczywiście niezbyt radzą sobie z problemem nierządu i rozprzestrzeniających się chorób wenerycznych, więc zgromadzenie, które chciałoby się tym zająć, nie jest uważane za niepotrzebne. W 1902 roku Maria (która odtąd będzie mieć predykat „od Jezusa Ukrzyżowanego”) i siedem towarzyszek składa prywatne śluby wieczyste, dodając ślub czwarty: poświęcenia się pracy nad osobami zagubionymi moralnie. W 1909 roku pasterki są już zgromadzeniem na prawie diecezjalnym. Istnieje jednak jeszcze jeden problem: Maria chce pomagać nie tylko duchowo, ale i fizycznie, tymczasem wówczas nie wyobrażano sobie, aby kobieta konsekrowana, ślubująca czystość, mogła pielęgnować u chorych strefy intymne. Jeszcze w 1935 roku „Kurier Warszawski” pisał: Rzecz niebywała dotąd w dziejach klasztorów od zarania chrześcijaństwa, by zakonnice – pospolicie tak bardzo dalekie od tego właśnie rodzaju fizycznego brudu – podjęły się pielęgnacji ran najwstrętniejszych, byleby tylko tą drogą trafić do serc, co się zabłąkały na fałszywych ścieżkach życia. (...) Szpitale dla wenerycznie chorych kobiet w Toruniu i w Łodzi – to dla Pasterek niejako Madagaskar polski z białymi trędowatymi. Nie mieści się to też w ówczesnym prawie kanonicznym i Maria poświęci wiele lat i starań na to, aby siostry pielęgniarki – tak jak siostry misyjne – mogły składać pełne śluby i być pełnoprawnymi zakonnicami-pasterkami.

Nie łamać, ale podnosić

Przyszła błogosławiona patrzy na osoby zagubione w sposób duchowy. Jej pierwsze pytanie do kandydatki do zgromadzenia brzmi: Czy kochasz dusze?. Twierdzi: Jedna dusza ma większe znaczenie niż cały świat (…), warto założyć dom na jedną noc, aby w nim choć jedną duszę uchronić od grzechu i dopomóc jej do zbawienia. (…) Zapobiec choć jednemu grzechowi powszedniemu jest łaską tak wielką, że nie zdołamy za nią dostatecznie dziękować Panu Bogu. A przecież praca pasterek to nie tylko leczenie dusz, ale i ciał (poprzez leczenie chorych ciał trafiać do dusz i zdobywać je dla Boga). Niejednokrotnie podopieczne są tak zaniedbane, że w regulamin domu czy szpitala trzeba wpisać… obowiązkowe mycie się rano i wieczorem, czesanie włosów czy kąpiel. Nauczenie człowieka – dawniej zanurzonego w grzech – nowego stylu życia nie jest łatwe. Zdarzają się ucieczki (niejedna z uciekinierek po pewnym czasie wraca). Maria się nie zraża. Jedna jest nasza stała zasada: nawracać dusze, nie zabijać. Leczyć rany, a nie jątrzyć ich. Nie łamać trzciny, tylko ją podnosić. Dobrą, lecz słabą ich wolę do dobrego zachęcać.

Helena, żona dra Ottona Steinborna, wspomina, że kiedy odwiedzała niemieckie szpitale, uderzyło ją to, że prostytutki są umieszczane razem z dziewczętami, które zaraziły się chorobą weneryczną przez własną naiwność w relacji z jakimś nieodpowiedzialnym mężczyzną. Trzymiesięczna kuracja kończyła się u takiej prostej dziewczyny może i dobrze fizycznie – ale zniszczenie moralne było ogromne. Poza tym kobiety, nie dość, że chore, pozbawione były jakiegokolwiek zajęcia. Kiedy Helena pytała, dlaczego, odpowiadano jej: „One nie chcą pracować”. „A próbowaliście?…” „Tak, tak, miały ustępy czyścić”. Tymczasem miłość Chrystusa, która wypełnia serce Marii, sprawia, że jest niezwykle praktyczna (w jej domach różne grupy kobiet mają różny plan dnia), ale i twórcza. Nie zadowala się byle czym. Dla swoich podopiecznych zakłada warsztaty rękodzielnicze (sama umie szyć i haftować, a że wówczas modne są wyroby z wikliny, więc uczą się i tego), podobny dom resocjalizacyjny jak w Winiarach powstaje również w Lublinie. Kobiety mogą tam gotować, piec, pracować w ogrodzie i w taki sposób też zarabiać na życie. Po jakimś czasie zakłada opłatkarnię, a przy domu w Pniewitem powstaje ceniona fabryka sucharków, biszkoptów i cukierków śmietankowych. Pasterki zakładają też dwa szpitale dla kobiet chorych wenerycznie: jeden w Łodzi, a drugi właśnie w Toruniu, dokąd sprowadzają je Steinbornowie (obecnie nieistniejący – w latach 60. komuniści, którzy uprzednio upaństwowili szpital, zwolnili siostry z pracy, a w kilka lat później musiały one opuścić miasto). Podopieczne nie tylko pracują – mają możliwość zarówno rozwoju duchowego (msze święte, spowiedź, rekolekcje, rozmowy), jak i fizycznego: zachowały się np. zdjęcia z gimnastyki w ogrodzie.

Będę miała zamek!

Łącznie za życia Marii powstaje dziewięć fundacji (domów czy szpitali). Zależy jej na tym, aby kobiety, które opuszczą Dom Dobrego Pasterza, były zdolne do życia w społeczeństwie, znalezienia pracy, założenia rodziny. Marzy jej się szkoła gospodarcza dla dziewcząt, ale skąd wziąć budynek? Pan Bóg odpowiada. Kiedyś Maria czyta Twierdzę wewnętrzną św. Teresy z Avila. Święta w jednym z rozdziałów zapewnia, że Boże obietnice zawsze się spełniają, nawet jeśli trzeba na to poczekać. I Maria otrzymuje obietnicę, którą zresztą dzieli się ze swoim bratankiem, księdzem Kazimierzem: Będę miała zamek!. Dogłębnie wykształcony teologicznie od razu zaczyna jej tłumaczyć, że źle pojmuje: dzieło Teresy należy odczytywać duchowo. Ciocia jednak śmieje się serdecznie i zapewnia go, że będzie miała pięknie położony zamek na górze, a Kazik zobaczy to na własne oczy. Kilkanaście lat później okazuje się, że Bank Rolny w Grudziądzu wyprzedaje zrujnowany pałac Narzymskich położony w Jabłonowie, na górze, zbudowany w stylu neogotyckich zamków angielskich (stojący zresztą na fundamentach jeszcze starszego zamku). Kiedy Maria poznaje jego cenę, początkowo wydaje jej się niemożliwe, aby mogła go zdobyć – ale wkrótce wpada na pomysł. W 1933 roku zbierano różne materiały w procesie beatyfikacyjnym królowej Jadwigi i potrzebne były świadectwa o cudach. Skoro tak, czy królowa nie mogłaby wymodlić zamku? Pasterki podejmują nowennę i po dziewięciu dniach bank znacząco obniża cenę.

Co prawda szkoła funkcjonuje tylko dwa lata (do śmierci Marii w 1935 r.), ale po zawieruchach wojennych zamek zostaje zwrócony pasterkom. Obecnie jest domem generalnym zgromadzenia, odbywają się w nim rekolekcje. Mieści się tu też sanktuarium Błogosławionej.

Maria Karłowska zostaje beatyfikowana 6 czerwca 1997 roku (dwa dni później zostaje też kanonizowana królowa Jadwiga). Jan Paweł II w homilii beatyfikacyjnej tak podsumowuje jej powołanie i posługę: Jej oddanie Najświętszemu Sercu Zbawiciela zaowocowało wielką miłością do ludzi. Taka miłość nigdy nie powie dość, nigdy nie zatrzyma się w drodze. Przez tę miłość wielu duszom przywróciła światło Chrystusa i pomogła odzyskać utraconą godność.

Renata Czerwińska

Na podstawie: Waldemar Rozynkowski, s. Gaudiosa Dobrska, Może i tobie Bóg udzieli łaski!, Marcin Maksymilian Łobozek OH, Błogosławiona Maria Karłowska  

Artykuł z "Posłania" 3/2017