Droga Maryi

Droga Maryi

Moi drodzy, Pan Bóg pokazuje nam za każdym razem na nowo, że to nie my prowadzimy rekolekcje, ale On sam, ponieważ Słowo, które dzisiaj Kościół proklamuje w liturgii, mówi o naszej sytuacji.

Zarówno w trakcie modlitwy, jak i podczas katechez wybrzmiewały te prawdy, które Słowo Boże stawia nam przed oczy, mówiąc: Zbliżając się do Tego, który jest żywym kamieniem, odrzuconym wprawdzie przez ludzi, ale u Boga wybranym i drogocennym, wy również, niby żywe kamienie, jesteście budowani jako duchowa świątynia. (…) Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do swego przedziwnego światła. (…) Wam zatem, którzy wierzycie, cześć! (1 P 2,4-5.7.9). Piękne Słowo daje nam dzisiaj Pan. Ale możemy mieć ciągle te pytania, które stawia Tomasz: „Panie, nie wiemy dokąd idziesz. Jakże możemy znać drogę?” Wiecie, gdzie Jezus szedł? Na krzyż – w tym wymiarze ludzkim, ale pokonał śmierć i to jest nasza ostateczna perspektywa. A może prosimy jak Filip: „Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Dawaj nam znaki, cuda. Może przynajmniej jedno wskrzeszenie. To są oczekiwania, z którymi mierzyliśmy się w trakcie tych rekolekcji. Ale chcemy pójść znacznie dalej – pójść drogą Maryi.

Testament z Krzyża

Dwie ostatnie sceny w Piśmie Świętym, które odnoszą się do Matki Bożej, to testament spod Krzyża i modlitwa w Wieczerniku. Pod Krzyżem Jan bierze Maryję do siebie. Apostoł jest figurą Kościoła, który przyjmuje Matkę Pana, żeby oddawać Jej cześć i korzystać z Jej opieki, z Jej troski. Jesteśmy powołani do tego, by wejść na duchową drogę Maryi. Jednak nie są to sentymentalne wzruszenia przy ckliwych pieśniach. Często zarzuca się, że pobożność maryjna jest trochę ckliwa. Jednak w relacji z Panem, nie chodzi Droga Maryi o to, by pięknie złożyć ręce i lekko przechylić główkę w prawo, tak jak niektórzy święci na obrazach czy na rzeźbach. Nie o pobożne miny w życiu chodzi. Kiedy mówimy o Słowie Bożym, które realizowało się w Maryi, to był konkret, coś bardzo realnego. Pobożność maryjna, pójście Jej drogą przez życie wyraża się w wierności Słowu, przyjęciu Jej dziecięctwa Bożego; to wejście w logikę oddania się Bogu, która wiedzie przez Golgotę, ale tym dramatem się nie kończy, bo prowadzi do Wieczernika po Zmartwychwstaniu Chrystusa. To również otwieranie się na Ducha Świętego. Bardzo pięknie o Maryi pisał mistrz duchowy, żyjący w IX wieku, Jerzy z Nikomedii. Parafrazując słowa Jezusa na Krzyżu, napisał tak, jakby nasz Pan zwracał się do Swej Matki: „Bądź dla nich tym wszystkim, czym z natury są matki dla swoich dzieci lub raczej czym Ja byłbym przez swoją obecność, a oni będą dla Ciebie tym wszystkim, czym są synowie i poddani: będą Cię darzyć szacunkiem, który Ci się należy jako Matce ich Pana i jak przez Ciebie stałem się dla nich obecny, tak samo niech mają Cię jako łatwe pośrednictwo względem mnie”. Ona jest tą niewiastą z Apokalipsy, która przychodzi, by nas chronić, by nam towarzyszyć w drodze, którą sama wcześniej przeszła i która zaprowadziła Ją do chwały. Mamy wszystko, co jest nam potrzebne. Pierwsza rzecz: mamy prawdę o sobie. Jaka jest prawda o naszej nagości? Mam nadzieję, że odkryliśmy ją w sercu. Tu nie chodzi o ekshibicjonizm, żebyśmy się licytowali, kto jest gorszy. Usłyszeliśmy Słowo o miłości, którą Pan Bóg ma wobec nas, ale też o tym, jak będzie wyglądała nasza duchowa droga. Może nie zawsze jest to przyjemne – chociaż nie każde umieranie musi boleć. Usłyszeliśmy o tym, że jesteśmy powołani, by być jak Maryja – niewolnikami Pana, by zjednoczyć wolę naszą z Jego wolą. Zostaliśmy posłani, aby dawać świadectwo o Jezusie Chrystusie i to jest misja naszego życia. Powiedzieliśmy „tak”, stając przed Bogiem. Otrzymaliśmy Ducha Świętego. Mówiliśmy o mocy Słowa, którego się trzeba trzymać, o Duchu Świętym, który nieustannie przychodzi nas przemieniać, umacniać, odnawiać. Mówiliśmy o tym, że Eucharystia jest naszym pokarmem i że bez niej w życiu nie ujedziemy. Można powiedzieć śmiało, że jesteśmy przygotowani do drogi. Możemy wyruszyć. Wiemy, co nas czeka. Prosiliśmy Boga o dar rozeznania. Jesteśmy przygotowani do drogi, do której Pan nas zachęca i Maryja daje świadectwo. Nie powinniśmy przechodzić jej sami. Nie dlatego, że to jest złe, ale dlatego, że łatwiej ją przejść z kimś, we wspólnocie.

Wspólnota

I to jest to ostatnie świadectwo, które Maryja daje, będąc w Wieczerniku. Ona jest we wspólnocie z Apostołami, czuje się za nią odpowiedzialna. To doświadczenie mają kobiety, mężczyznom go brakuje. Zauważyłem to w wielu sytuacjach, gdy pojawiała się jakaś tragedia, śmierć kogoś bliskiego, że to kobiety były tymi, które organizowały w tym momencie dom. Gdy np. ktoś bliski umiera, sprawy pogrzebowe idą załatwiać kobiety. Maryja miała poczucie macierzyństwa wobec młodego, rodzącego się Kościoła i to macierzyństwo rozlewa na nas. Przez obecność we wspólnocie daje nam światło, że łatwiej iść drogą wiary i znosić samych siebie wtedy, kiedy w niej trwamy. Dzieje Apostolskie są historią wspólnoty – która żyła razem, ale i rozdzielała się, by głosić Słowo Boże. To też światło, które Pan nam daje, byśmy się w tej wspólnocie ścierali. Jesteśmy kamieniami, które mają być duchową budowlą. Jeśli pójdzie ktoś na pole, nazbiera kamieni i spróbuje z tego cokolwiek zbudować, efekt będzie komiczny. Co trzeba zrobić? Ociosać. We wspólnocie Pan ociosuje, a to nam się nie podoba, bo chcemy być gwiazdami: „Nie ciosać mnie tu!”. Musisz znosić swoją siostrę, która ma non stop zmianę nastrojów i depresję. Musisz znosić swojego brata, który ma ciągle pretensje i żale, bo coś mu się nie podoba, zawsze jest anty (nawet gdy jego zdanie będzie przytoczone, to będzie anty – dla zasady). Pan szlifuje nas, żebyśmy byli kamieniami duchowej budowli. Ociosuje naszą pychę. To nie jest przyjemne. Wolelibyśmy, żeby ją łechtano. To też wielki dar. Maryja ma świadomość, że wspólnota będzie zaczynem wielkiego dzieła i tak w rzeczywistości się dzieje. We wspólnocie również doświadczasz umierania sobie. Obumrzeć musi twój czas, twoje wizje – bo każdy z nas ma prywatne plany na czyjeś zbawienie. Sami wiemy, jak ludziom pomóc, tylko oni nie chcą. Pan odbiera te nasze pomysły, żeby się objawiła Jego chwała. Jesteśmy tego świadkami.

Wieczernik

Czy macie świadomość, jaka była wspólnota Apostołów? Ciągle myślimy, że idealna, bo oni tak się kochali… Ale znajdziemy takie fragmenty w Ewangelii, kiedy oni ze sobą się kłócą – posprzeczali się w drodze, kto będzie pierwszy w królestwie niebieskim. To był zbiór różnych charakterów. Tomasz – sceptyk, Piotr, który jak narowisty koń, jedno deklarował, a potem się okazywało, że za tym słowem niewiele idzie, grał rolę silnego, a plotkarki go załatwiły na dziedzińcu pałacu arcykapłana. Jakub i Jan, którym Jezus nadał przydomek Boanerges – „synowie gromu”. Ciekawa mieszanka, wybuchowa wręcz. To Maryja musiała tam stabilizować niektóre nastroje, bo dopiero by się działo. Że się modlili to jedno, ale nawet nie mogli ze sobą usiedzieć i wszyscy się rozeszli, posiadając głęboką więź jedności. Pan Bóg musiał ich przegnać, bo inaczej Ewangelia nie dotarłaby na krańce świata – może nie chcieli ruszać z miejsca? „Zmartwychwstał, poczekamy aż przyjdzie, a reszta niech się martwi o siebie”. Niektórzy próbują przywołać obraz, że wszystko mieli wspólne, sprawowali Eucharystię, trwali w jedności, nauce Apostołów i na łamaniu chleba – tak nam relacjonują Dzieje Apostolskie. Jednak to doświadczenie nie trwało wiecznie. Na przykładzie Pawła widzimy, że najpierw zakłada gminy – i one są zafascynowane Słowem – a potem musi do nich nieustannie pisać, bo zaczynają żyć po swojemu. To było ciągłe zmaganie, ale oni mieli świadomość, że Pan Zmartwychwstał i nie chcieli żadnych znaków poza jednym, którego doświadczyli – Boga żywego, nad którym śmierć nie ma władzy. Maryja towarzyszyła temu Kościołowi, Ona przeszła tę drogę.

Macierzyństwo

To jest tak, jak masz już pewne doświadczenie życia duchowego, jesteś we wspólnocie ileś lat, a pojawia się jakiś neofita i wie wszystko, co masz robić: „Ty już jesteś skamieniała, już nie ma w tobie życia duchowego, ja to mam dopiero światło, Pan mi je daje itd.”. Słuchasz tego, słuchasz, kiwasz głową i myślisz: „Poczekamy, przyjdzie czas”. Maryja też tak na nich patrzyła, kiedy była z nimi, a potem wiedziała, że dojrzeli, by oddać życie za Jezusa Chrystusa. Była dumna z Jego uczniów, bo przez doświadczenie mocy Zmartwychwstania byli gotowi za Niego umrzeć. To jest dojrzałość, którą Bóg chce nam dać. Niekoniecznie mamy umierać w wymiarze fizycznym, choć kto wie? Mamy rodzić w sobie Jezusa na wzór Maryi, czyli pozwolić, by ze Słowa Bożego zrodziła się miłość. Miłość macierzyńska Maryi jest fascynująca. Nie ma w sobie nic z zaborczości. Znamy takie doświadczenia dominujących matek, które mówiąc, że kochają swoje dzieci, tak naprawdę myślą o swoich potrzebach i pragnieniach. Miłość Maryi nie jest skoncentrowana na sobie, na swoich oczekiwaniach, które inni mają spełniać, żeby Jej było lepiej, na podporządkowywaniu sobie innych. To miłość, która daje samego siebie. Miłość macierzyńska Maryi prowadzi do Pana. Ona przywiodła braci i siostry, swoich krewnych do Jezusa. Ty też masz prowadzić tych wszystkich, których Pan stawia na twojej drodze, do Jezusa. To jest miłość, która rezygnuje z siebie. Jeśli nie mamy czasu głosić Jezusa, to na co mamy czas? Jeśli nie mamy czasu kochać innych, to co kochamy? To jest miłość, która stawia granice grzechowi, to jest miłość, która uwzględnia krzyż. To jest miłość, która ma perspektywę nieba, ona jest naprawdę dojrzała. I do takiej miłości Pan Bóg chce nas zaprowadzić.

Gdyby to był dzień powszedni, Kościół wspominałby św. Macieja Apostoła. Został on wybrany po śmierci Judasza. To miejsce w gronie Dwunastu czeka na ciebie nieustannie. Pan cię zaprasza. Każdy z nas ma misję Macieja. Nie należeliśmy do grona Apostołów, ale Pan nas wybrał, namaścił i posyła. To jest nasze zadanie. Jeśli nie jesteś we wspólnocie, szukaj jej, ale nie na zasadzie – o, ta mi się nie podoba, bo ten lider taki jakiś dziwny, nie uśmiechnął się do mnie, a tak potrzebuję, żeby się ktoś do mnie uśmiechnął. Szukaj wspólnoty, w której będziesz wzrastać duchowo, w której będziesz ciosany, w której będziesz służyć na wzór Jezusa. Idąc drogą swego Pana, mamy robić to, czego najbardziej nie chcemy. A nie chcemy służyć, tracić itd. Jeśli czujesz w sercu, że tak jest u ciebie, to znak, że trzeba to przełamać.

I na zakończenie zdanie św. Anzelma z Canterbury, który był wielkim czcicielem Maryi: „Maryja jest naszą matką, a Jezus jest naszym bratem. Weź ze sobą tę Matkę, Ona będzie ci towarzyszyć, będzie cię chronić, strzec, da ci moc do tego, wstawiając się za tobą do Pana, będzie pośredniczyła w tych łaskach, których Pan chce ci udzielić”. Ona nigdy nie aspirowała do roli Zbawiciela, zawsze wchodziła w cień. W Fatimie nie mówiła o sobie, ale mówiła o Jezusie, o obrażanym Bogu. Weź Maryję, bo Ona będzie ci towarzyszyć w życiu i będziesz Ją oglądać w chwale, kiedy Pan wyznaczy ci ten czas. Amen. 

ks. Artur Szymczyk

Homilia wygłoszona 14 maja 2017 r. podczas rekolekcji „Oblubienica Ducha Świętego – pójść drogą duchową Maryi”, wydrukowana w "Posłaniu" 1/2018. Tekst został autoryzowany.