Nagradzam wytrwałych

Wiele osób, które zostało pochwyconych przez miłość Bożą i trwa jeszcze w uniesieniu związanym z doświadczeniem osobistego spotkania z Jezusem czy otrzymaniem szczególnej łaski, ma przekonanie, że stan ten będzie trwał zawsze. Wielkie zaskoczenie budzi w nich to, że on jednak mija, czasami więc uporczywie starają się do niego wrócić, szukając sposobów i okoliczności, które karmiłyby w nich tęsknotę za tym, co się skończyło.

Szukają winnych takiego stanu rzeczy, tracąc pokój i radość, które były owocami dotknięcia przez Bożą miłość. Wielokrotnie w końcu rezygnują z wierności kroczenia za Jezusem, podważając ostatecznie to, co realnie stało się ich udziałem. Taki scenariusz rysuje się w przypadku, kiedy człowiek pozostaje sam z tym, co akurat przeżywa, zamyka się we własnych wątpliwościach, nie poszukuje rady u osób mogących naświetlić rozumienie praw rządzących życiem duchowym.

Czy Bóg mnie opuścił?

Takie pytanie zaczyna pojawiać się w sercu osoby, która doznaje – niespodziewanie dla niej – oschłości duchowej, a niedawne uniesienia, entuzjazm i łatwość w modlitwie czy innych praktykach duchowych ustępują miejsca różnorakim trudnościom, ciężarom, smutkowi, a nawet cierpieniu. Często może towarzyszyć temu niezrozumienie ze strony bliskich, z którymi chciała ta osoba podzielić się entuzjazmem i dobrem, jakich sama zasmakowała. Zasmuca ją powątpiewanie, opór, a nawet jawna niechęć ze strony innych. W sercu człowieka zasiewa się więc ziarno wątpliwości: czy rzeczywiście Bóg przyszedł do mnie? Czy nie był to tylko wymysł mojej wyobraźni, chwilowy przypływ wyjątkowo silnych emocji? A jeżeli to doświadczenie było prawdziwe, to dlaczego Bóg teraz mnie opuścił?

Bóg rzeczywiście jest Bogiem radości i – jak pisał o. Józef Kozłowski SJ – staje się Obrońcą darów, których nam udziela. Nie ma więc konieczności, aby się lękać i usilnie zabiegać o zatrzymanie w sobie tej radości – jeśli jest to wolą Bożą, radość będzie nam towarzyszyć. Zatrzymanie jej i tak nie jest w naszej mocy (zob. ĆD, 322). Jeśli to zrozumiemy, uwolnimy się od pogoni za umiłowaniem Boga ze względu na dary, których nam udziela, a będziemy Go miłować ze względu na Niego samego. Zatem w tym doświadczeniu, które przychodzi, po pierwsze Bóg pokazuje nam, że to, co naprawdę czciliśmy w stanie pociechy duchowej, było darem, a nie jego Dawcą. Skupiliśmy się na sobie i uczuciach, pomijając Tego, który był Sprawcą tej przemiany. Zatem doświadczenie strapienia pomaga nam przewartościować nastawienie i zmienić perspektywę w spojrzeniu na nasze życie. O. Kozłowski wyjaśnia dalej, że na tym polega pedagogika Bożych dróg, że prowadzi ona także przez chwile strapień, cierpienia, boleści, smutku i są one związane z tym, że do Ojca zbliżamy się jedną drogą – drogą Jego Syna, a na niej staje krzyż, jako ciasna brama. (…) I choć przychodzi nam poruszać się w ciemnej dolinie, to jednak Ten, który prowadzi, Pasterz, jest przy nas (zob. Ps 23). W tych trudnych chwilach Bóg jest zawsze z nami, można nawet powiedzieć, że jest nawet bliżej nas, choć bywa, że Go nie rozpoznajemy, nie odczuwamy bliskiej Jego obecności.

Dlaczego strapienie?

Dlaczego doznajemy tak skrajnego czasem przejścia ze stanu uniesień i radości do smutku i zniechęcenia? Doświadczenie, które towarzyszyło wielu świętym na ich drodze zjednoczenia z Bogiem uczy i nas, że stan strapienia na wiele sposobów jest konieczny i służy naszemu dobru. Choć zmysłami trudno nam to pojąć, to jednak okazuje się, że dusza ludzka, zraniona grzechem pierworodnym i niejako obumarła w rozwoju na skutek własnych grzechów i zaniedbań, potrzebuje odnowić się i wzrastać. Zaś temu, co jest w nas cielesne, proces ten będzie przysparzać cierpienia i pewnych trudności. Św. Ignacy, wskazując na konieczność podjęcia tego trudu w prowadzeniu życia duchowego, tak to ujął w swoich Ćwiczeniach duchownych: Albowiem jak przechadzka czy bieg są ćwiczeniami cielesnymi, tak podobnie ćwiczeniami duchowymi nazywa się wszelkie sposoby przygotowania i usposobienia duszy do usunięcia wszystkich uczuć nieuporządkowanych, a po ich usunięciu – do szukania i znalezienia woli Bożej w takim uporządkowaniu swego życia, żeby służyło dla dobra i zbawienia duszy (ĆD, 1). Oznacza to więc, że każdy człowiek, aby móc wzrastać w miłości Bożej i stawać się coraz bardziej dzieckiem światłości, musi z pokorą uznać, że – chociaż doświadczył konkretnych darów Bożych, uzdrowienia na jakiejś płaszczyźnie – nie jest jeszcze wydoskonalony w wielu innych dziedzinach swojego życia. Za łaską Bożą i w poddaniu się mądrości Tego, który jest naszym Stwórcą, ów wzrost i dojrzewanie stają się możliwe. Potrzeba tylko naszej zgody i odpowiedniej współpracy w tym procesie, przede wszystkim poprzez świadomy akt zawierzenia i codziennej wierności.

Źródło smutku

Skoro, jak zostało już wypowiedziane to wcześniej, Bóg jest Bogiem radości, to dlaczego w naszym sercu pojawia się smutek? Św. Ignacy Loyola daje taką odpowiedź: Właściwością Boga i aniołów Jego jest to, że w poruszeniach swoich (w duszy) dają prawdziwą radość i wesele duchowe, usuwają zaś wszelki smutek i zakłócenie, które wprowadza (do duszy) nieprzyjaciel. Jego bowiem własnością jest zwalczać te radość i to pocieszenie duchowe, a to przez podsuwanie pozornych racji, fałszywych subtelności i ciągłych podstępów (ĆD, 329).

Sprawcą smutku, który pojawia się w naszym sercu, jest często szatan. Kiedy trwamy w pocieszeniu duchowym, smakując radość, snując plany na przyszłość, oceniając swój stan po przemianie, nawet nie zauważamy, jak duch zły wykorzysta nasze uniesienie i brak czujności i zacznie – początkowo subtelnie i zgodnie z naturą naszych doznań – podsuwać swoje pozorne racje. Mogą nimi być myśli stawiające w wątpliwość to dobro, którego doznaliśmy z ręki Boga: czy było ono rzeczywiste, czy na pewno na nie zasłużyliśmy, czy Bóg w zamian nie zażąda czegoś od nas? Może pojawić się dysonans w konfrontacji z postawą tych, z którymi pragniemy podzielić się tym dobrem: doznamy niezrozumienia, wyśmiania, krytyki, odrzucenia, prowokowania do reakcji, których nie chcemy. W powrocie do codziennego życia duch zły będzie też przypominał nam o nadmiarze obowiązków, zmartwieniach i troskach, abyśmy ciężar naszego zainteresowania przenieśli na te problemy. Jeszcze inna myśl, do której demon smutku często chce przekonywać człowieka, że życie w łasce Bożej jest szare, uciążliwe, zniewalające, pozbawione perspektyw, że służba w duchu miłości bezinteresownej jest utrapieniem, że nie warto dawać w codzienności świadectwa o Jezusie, że jest to sprawa kogoś innego lub że jest to jakimś zbytecznym dodatkiem do życia. Kiedy człowiek wsłucha się – ostrzega o. Kozłowski – i zapatrzy na to, co sugeruje szatan, może nabrać przekonania, że tak jest – wtedy oddala się od niego radość i łaska pocieszenia. Duch zły chce skłonić do uznania, że życie w Duchu Świętym i posłuszeństwo Jego natchnieniom przynoszą tylko utrapienia, ucisk i przeciwności i jako takie nie mogą dać szczęścia. Stara się w ten sposób zniechęcić, odstraszyć od podjęcia tej drogi, zanim jeszcze osoba zdąży zakorzenić się w Chrystusie i zasmakować w służbie Bogu. I rzeczywiście, kiedy człowiek targany takimi wątpliwościami zostaje sam, nie szuka rady u osób doświadczonych w sprawach duchowych, wówczas wzrasta w nim lęk przed podjęciem życia w bliskości z Bogiem, a zaczyna podążać za nieuporządkowanymi pragnieniami zmysłowymi i korzystać z tego, co oferuje świat zewnętrzny. Szatan nie poprzestanie jednak na tym. Aby duszę oddalić od źródła łaski, będzie prowokował sytuacje, które zaczną człowiekowi odcinać drogę powrotu: będzie więc pętał nas więzami naszej niemocy i słabości, dręcząc nas, że znów nam nie wyszło; będzie chciał związać nas łańcuchami niewiary, wątpienia w to, że życie nasze może w miłości Bożej na nowo zostać odmienione, stworzone; wreszcie będzie chciał nas skuć okowami ciągłego odrzucania pomocy Bożej, łaski Ducha Świętego. Kiedy pozwolimy mu tego dokonać – analizuje o. Kozłowski – to nasz smutek zamieni się w rozpacz wieczną. Warto zatem rozpoznać przyczynę naszego smutku, aby móc szybko stawić opór złemu i uniemożliwić wypełnienie się jego przewrotnych zamiarów.

Strapienie ku dobremu

Święty Ignacy w Ćwiczeniach duchownych wskazuje jeszcze na inne podłoże strapienia, które dopuszcza w naszym życiu Bóg, aby nas pouczyć o nas samych. Zdarza się bowiem, że pod wpływem przemiany życia niesiemy w sobie pragnienie dawania o tym świadectwa innym, a równocześnie pojawiają się myśli o dawnych złych czynach lub spotykamy osoby, które pamiętają nasze upadki, są świadome minionych słabości. Jeśli Bóg to dopuszcza – tłumaczy o. Kozłowski – to jedynie w tym celu, abyśmy wzrastali w duchu pokory i większego zaufania. Duch zły natomiast może wykorzystać takie sytuacje, by nakłonić nas do wycofania się z dzielenia dobrem albo przynajmniej zgasić pierwotny entuzjazm. Jeśli temu ulegniemy, pojawi się smutek związany z zaniechaniem czynienia woli Bożej i poddaniem się ludzkim względom. Duch Boży upomni nas stanem strapienia, byśmy mogli dostrzec, że nie okazaliśmy wierności wewnętrznym natchnieniom. Dlatego też św. Faustyna pisała w Dzienniczku: Pomimo głębokiego spokoju, jakim się cieszy dusza moja, ustawicznie walczę, i to nieraz prowadzę zaciętą walkę o to, aby iść wiernie drogą swoją, to jest tą, którą chce Pan Jezus, abym nią szła. A drogą moją jest wierność woli Bożej we wszystkim i zawsze, a szczególnie przez wierność wewnętrznym natchnieniom, aby być podatnym narzędziem w ręku Boga dla przeprowadzenia dzieła Jego niezgłębionego miłosierdzia (Dz, 1173).

Są jednak także takie sytuacje, w których Bóg dopuści stan strapienia dla uświęcenia duszy, a więc byśmy mogli poznać pewną prawdę o sobie oraz oczyścić się w naszej miłości do Pana. Tłumaczą to słowa, które znajdujemy w Liście do Hebrajczyków: Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego, którego za syna przyjmuje. Trwajcież w karności! Bóg obchodzi się z wami jak z dziećmi. Jakiż to bowiem syn, którego by ojciec nie karcił? (…) Wszelkie karcenie na razie nie wydaje się radosne, ale smutne, potem jednak przynosi tym, którzy go doświadczyli, błogi plon sprawiedliwości (Hbr 12,6-7.11). Droga, którą nas Pan prowadzi, niezależnie od stanu ducha, w którym się znajdujemy, jest drogą miłości. Nie powinniśmy o tym zapominać, szczególnie wówczas, kiedy przychodzą sytuacje, które okazują się dla nas trudne i niezrozumiałe, kiedy znika łatwość w modlitwie, przeżywamy zmagania w regularnym przystępowaniu do sakramentów czy pojawia się niezawinione cierpienie. Bóg w Swej mądrości daje je nam, by inspirować nas do dojrzałej i głębokiej relacji z Nim. Ksiądz Józef Andrasz pouczał przy pewnej spowiedzi św. Faustynę: Te chwile, które Bóg dopuścił: oschłości i poczucia swej nędzy, dają duszy poznać, jak mało sama z siebie może; pouczą cię, jak bardzo cenić łaski Boże (Dz, 1243). W innym zaś miejscu Dzienniczka czytamy: Jezu mój, kiedy patrzę na to życie dusz, spostrzegam, że wiele służy ci z pewnym niedowierzaniem. I w pewnych chwilach, zwłaszcza kiedy jest sposobność do okazania miłości Bogu, to właśnie widzę, jak wtenczas uciekają te dusze z pola walki. – I rzekł do mnie Jezus w pewnej chwili: „Czy i ty, dziecię Moje, tak chcesz postępować?” – Odpowiedziałam Panu: O nie, mój Jezu, nie cofnę się z pola walki, chociaż mi pot śmiertelny zrosi czoło, nie wypuszczę miecza z ręki, aż spocznę u stóp Trójcy Świętej. – Cokolwiek czynię, nie liczę na własne siły, ale na łaskę Bożą. Z łaską Bożą dusza może przejść przez największe trudności zwycięsko (287). Do takiej postawy inspirują nas ostatecznie doświadczane różnorakie strapienia i przeciwności: niezachwianej ufności i stałości w kroczeniu zgodnie z wolą Bożą po drogach naszego życia.

Nagroda za wierność

Bóg wynagradza hojnie trwanie w bliskości z Nim i wierne wypełnianie Jego natchnień. Św. Faustyna opisuje, jak pewnej nocy z czwartku na piątek odprawiała w kaplicy godzinę świętą: (…) zaczęłam ją z wielkim trudem. Jakaś tęsknota zaczęła szarpać moim sercem. Umysł mój został przyćmiony tak, że nie mogłam pojąć prostych form modlitwy. I tak przeszła mi jedna godzina modlitwy, a raczej walki. Postanowiłam drugą godzinę się modlić, ale cierpienia wewnętrzne się zwiększyły. – Wielka oschłość i zniechęcenie. Postanowiłam trzecią godzinę się modlić. W tej trzeciej godzinie modlitwy, którą postanowiłam odprawić klęcząc bez żadnego oparcia, ciało moje zaczęło się dopominać wytchnienia. Jednak w niczym nie sfolgowałam. Rozkrzyżowałam ręce i chociaż słów nie mówiłam, jednak aktem woli trwałam. (...) Po chwili czuję, że serce moje zaczyna ogarniać fala miłości. Nagłe skupienie ducha, zmysły cichną, obecność Boża przenika duszę. Wiem tylko to, że jest Jezus i ja. Ujrzałam Go w takiej postaci, jakiego widziałam w pierwszej chwili po ślubach wieczystych, kiedy odprawiałam także godzinę świętą. Stanął nagle Jezus przede mną, obnażony z szat, okryty ranami na całym ciele, oczy tonęły we krwi i łzach, twarz cała zeszpecona, pokryta plwocinami. – Wtem mi powiedział Pan: „Oblubienica musi być podobna do Oblubieńca swego”. Zrozumiałam te słowa do głębi. Tu nie ma miejsca na jakieś wątpliwości. Podobieństwo moje do Jezusa ma być przez cierpienie i pokorę. – „Patrz, co zrobiła ze Mną miłość dusz ludzkich. Córko Moja, w twoim sercu znajduję wszystko, czego Mi odmawia tak wielka liczba dusz, serce twoje jest Mi odpocznieniem. Często zachowuję wielkie łaski pod koniec modlitwy” (Dz, 268). Taka jest nagroda Jezusa za wierne trwanie w postanowieniu, np. podjętej modlitwy czy ofiary. Za wypełnianie Jego woli, szczególnie, jeśli osoba napotyka trudności z tym związane i doświadcza swojej słabości, czeka ją często niespodziewane nawiedzenie przez łaskę Bożą. Jezus pokazuje w ten sposób, że podoba Mu się, kiedy człowiek zapiera się własnych uczuć i woli, aby uwielbić Go w tej sytuacji.

W innym miejscu św. Faustyna pisała, że, mimo iż miała takie przynaglenie, żeby pójść do pewnego spowiednika, to jednak wzbraniała się przed tym. Długo trwał jej opór i walka z podjęciem decyzji, by otworzyć przed nim duszę: Po tym postanowieniu straszny niepokój wstąpił w duszę moją – pisała w Dzienniczku. – Silnie mnie Bóg strofował. Kiedy odsłoniłam całą swą duszę przed tym kapłanem, Jezus zlał na duszę moją całe morze łask. Teraz rozumiem, co to jest wierność jednej pojedynczej łasce, a ona sprowadza cały szereg innych (Dz, 263). Kiedy Jezus uczy przez strapienie pokornego zawierzenia się Mu, wówczas widzi, że dusza wyćwiczona w akcie ufności jest gotowa być hojnie obdarowana. A bogactwo tych łask, które wówczas otrzymuje, często przechodzi nasze oczekiwania.

Co zrobić, kiedy jednak, mimo postanowień trwania w dobrym, człowiek osłabnie i zostanie zwiedziony? Święta Faustyna opisuje również taką sytuację: Kiedy znowuż upadłam w ten sam błąd, mimo szczerego postanowienia, chociaż upadek ten był: drobna niedoskonałość i raczej mimowolna, jednak uczułam w duszy tak żywy ból, że przerwałam swoje zajęcie i na chwilę [poszłam] do kaplicy, padając do stóp Jezusa. Z miłością i wielkim bólem przepraszałam Pana, wstydząc się tym więcej, że rano po Komunii świętej w rozmowie z Nim przyrzekłam mu wierność. – Wtem usłyszałam te słowa: „Gdyby nie było tej drobnej niedoskonałości, nie przyszłabyś do Mnie. Wiedz, ile razy przychodzisz do Mnie uniżając się i prosisz o przebaczenie, tyle razy wylewam cały ogrom łask na twą duszę, a niedoskonałość twoja niknie przede Mną, a widzę tylko twą miłość i pokorę; nic nie tracisz, ale wiele zyskujesz...” (Dz, 1293). Niepojęta jest łaskawość Boga, która nawet złe doświadczenia i upadki może obrócić w dobro. Gdyby człowiek postępował tak, ilekroć doświadczy własnej słabości, moc miłosierdzia Jezusa zaskakiwałaby go za każdym razem, sam bowiem powiedział kiedyś św. Faustynie, że bardzo podoba Mu się wierność w małych rzeczach i naczyniem, którym możemy zbierać niezliczone Jego łaski i nagrody, jest właśnie ufność. Ona również staje się umocnieniem i podporą wytrwałości, kiedy przychodzą chwile próby i jesteśmy wystawieni na pokusy.

Najpiękniejszą nagrodą, której Bóg udziela osobie za wytrwałe podążanie Jego drogami, jest zjednoczenie z Nim. Stan ten jest obietnicą dla nas po śmierci, kiedy dusza dostąpi nieba, ale, jak zaświadcza też św. Faustyna, może on już ogarnąć nas tu, na ziemi: Wielkie światło, jakim jest oświecony rozum, daje poznać wielkość Boga, nie jakoby w Nim miała poznawać poszczególne przymioty, jako dawniej, nie – tu jest inaczej: w jednym momencie poznaję całą Istotę Boga. Dusza w tym samym momencie tonie cała w Nim i doznaje szczęścia dusza tak wielkiego, jak wybrani w niebie. Chociaż wybrani w niebie widzą twarzą w twarz Boga i są zupełnie szczęśliwi, absolutnie – jednak ich poznanie Boga nie jest równe, dał mi to Bóg poznać. To głębsze poznanie zapoczątkowuje się tu, na ziemi miarą łaski, ale i w dużej mierze zależy od naszej wierności tej łasce. (...) Bóg daje duszy poznać, jak bardzo ją miłuje (Dz, 770-771). Czy to możliwe, by łaska ta była dostępna każdemu, kto jej zapragnie? Święta Faustyna zapewnia: Niech żadna dusza nie wątpi, chociażby była najnędzniejsza, póki żyje – każda może się stać wielką świętą, bo wielka jest moc łaski Bożej. Od nas zależy tylko – podkreśla – nie stawiać oporu działaniu Bożemu (Dz, 283). Wskazówki, których udzielił Pan Jezus swojej Sekretarce, szczególnie odnośnie stanu strapienia, mogą więc służyć i nam za pouczenia na tym etapie życia duchowego: Pierwsze – nie walcz sama z pokusą, ale natychmiast odsłoń ją spowiednikowi, a wtenczas pokusa straci całą swą siłę; drugie – w tych doświadczeniach nie trać pokoju, przeżywaj Moją obecność, proś o pomoc Matkę Moją i świętych; trzecie – miej tę pewność, że Ja na ciebie patrzę i wspieram cię; czwarte – nie lękaj się ani walk duchowych, ani żadnych pokus, bo Ja cię wspieram, byleś ty chciała walczyć; wiedz, że zawsze zwycięstwo jest po twojej stronie; piąte – wiedz, że przez mężną walkę oddajesz Mi wielką chwałę, a sobie skarbisz zasługi, pokusa daje sposobność do okazania Mi wierności (Dz, 1560).

Agnieszka Kozłowska

Cytaty za: o. Józef Kozłowski SJ, Śladami Ducha; św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek  

Konferencja z "Posłania" 2/2015