Jesteś marzeniem Jezusa

Jezus - uzdrowiciel mojej osoby - pod tym tytułem 19 czerwca 2010 r. w Gdańsku Matemblewie odbyło się spotkanie modlitewno-ewangelizacyjne z ojcami Enrique Porçu i Antonello Cadeddu.

Ojcowie, głęboko poruszeni przesłaniem Bożego Miłosierdzia ogłoszonym przez św. Faustynę, wyjechali do Brazylii, aby służyć ubogim mieszkańcom slumsów w Sao Paulo. Po dziesięciu latach, w 2000 r. założyli wspólnotę Przymierze Miłosierdzia, która obecnie liczy około 2400 członków, a tworzą ją ludzie ulicy. Obecnie w Brazylii powstało 27 ośrodków wspólnoty, która niesie pomoc około 40 tys. osób miesięcznie. 

Ojcowie podczas rekolekcji w Polsce (w tym także dla kapłanów) dzielili się doświadczeniem Bożego Słowa i spotkania z żywym Jezusem, który objawia Swoje miłosierdzie i przychodzi w darze uzdrowienia. Uczestnicząc w spotkaniu w Gdańsku rozważaliśmy fragment Ewangelii św. Łukasza (13,10-17) - o kobiecie pochylonej od osiemnastu lat. Następnie, modląc się tym Słowem, mogliśmy osobiście doświadczyć Bożego działania i mocy. Po raz kolejny przekonywaliśmy się, że Pan przychodzi także i dzisiaj, aby nas uzdrowić z życiowych „pochyleń” - z doświadczenia odrzucenia, braku miłości i akceptacji, ze wszystkiego, co nie pozwala nam w pełni radować się dziecięctwem Bożym. Podobne doświadczenie stało się udziałem Rafaela - obecnie duchowego syna o. Enrique - który po wielu trudnych momentach swego życia spotkał Chrystusa, który odmienił jego życie. To wstrząsające świadectwo, które mogliśmy usłyszeć w Matemblewie, daje żywą nadzieję, że nie ma takich sytuacji i problemów w naszym życiu, z których Pan nie mógłby nas wyprowadzić i obdarzyć nowym życiem łaski. 

Ojcowie Enrique i Antonello przekonywali podczas spotkania, że Jezus może uczynić w naszym życiu wszystko. Jedyny warunek, aby tak się mogło stać, rozbrzmiewa w przesłaniu, które dała światu św. s. Faustyna: Jezu, ufam Tobie. Wszystko zależy więc od tego, ile jest w nas ufności do Boga. Zapytajmy o to samych siebie. Jezus udziela bowiem Swej łaski na miarę naszego zaufania, siły naszych pragnień. Musimy też wierzyć w to, o co się modlimy, a przede wszystkim wierzyć w moc Pana, który może uczynić wszystko. Objawił to również podczas głoszonego przez ojców misjonarzy słowa. 

Kobieta pochylona

Dobry chrześcijanin nigdy nie wychodzi z domu bez Pisma Świętego - zwrócili uwagę już na początku o. Enrique i o. Antonello. Powinniśmy nieustannie zagłębiać się w jego treści na różne sposoby: poprzez medytację nad Słowem Bożym, „przeżucie” go, przeżycie doświadczenia Słowa. Do rozważania na ten dzień misjonarze wybrali fragment z Ewangelii wg św. Łukasza (13;10-17), mówiący o kobiecie pochylonej od 18 lat. Zanim zaczniemy rozważać Słowo Boże - nauczali - powinniśmy najpierw otworzyć się na nie, zacząć nie tylko go słuchać, ale i słyszeć. Jezus chce bowiem nas uczyć, chce do nas mówić jak do Swoich uczniów. Aby tak się mogło stać, potrzeba postawy otwartości serca. Przemawiając do nas, Jezus chce równocześnie nas przemieniać, kształtować na wzór Swojego Serca. Słowo Boże czyni więc nas pięknymi: kto nie medytuje nad nim, ten w krótkim czasie - jak przestrzegali z mocą misjonarze - stanie się podobny do zwierzęcia. To, że Słowo Boże rzeczywiście przemienia człowieka, ukazuje świadectwo ojców z ich posługi w Brazylii pośród dzieci ulicy. Narkotyzujący się małoletni - dzięki inspirowanym przez o. Enrique i o. Antonello medytacjom nad Pismem Świętym - odkrywali swoje powołanie, przemieniali serce, poczuli pragnienie postępowania w dobrym. 

Fragment zaproponowanej do rozważania Ewangelii mówił o tym, że Jezus wszedł do synagogi. Ojcowie, w charakterystyczny dla siebie, żartobliwy sposób zwrócili uwagę na to, że najczęściej szanujemy świętość miejsca. Widać to chociażby poprzez wyraźną zmianę - zachowania, na przykład kiedy wchodzimy do świątyni. Same nabożeństwa także czasem odprawiane są w przesadnej powadze, z gromiącym i surowym tonem kaznodziejów. A przecież szacunek dla świętości - jak zauważyli misjonarze - nie musi wyrażać się wyłącznie poprzez zachowania pełne dostojeństwa, izolacji czy smutku. Często jest to tylko sposób na ukrycie naszej hipokryzji, pewnego rodzaju maska, którą zakładamy. Iluż bowiem z nas podczas Eucharystii w trakcie przekazania znaku pokoju nie chce spostrzec innych ludzi obok, udaje obojętność? 

Świętość nie oznacza przecież jedynie miejsca czy rzeczy, ale ma też odniesienie do osób. Powinniśmy z przykrością przyznać się sami przed sobą, że jednak nie postrzegamy świętości w innych ludziach, nie uznajemy żywej świątyni, którą przecież stanowi ciało naszego brata czy siostry. São Paulo - głosili ojcowie - ma 11 mln mieszkańców. Tam często pod świątyniami przebywają dzieci ulicy, leżą ludzie chorzy i umierający z głodu. Mieszkańcy tego ogromnego miasta, wchodząc do świątyni, przechodzą obok, ale nie zwracają na nich uwagi. Ludzie ubodzy i potrzebujący często cierpią przez brak ludzkiej życzliwości i zainteresowania. Są pomijani i odrzucani. A przecież, jak wszyscy z nas, są świątyniami Ducha Świętego. 

Fragment wspomnianej Ewangelii wskazywał, że działo się to w dzień szabatu. Dla Żydów słowo „szabat” symbolizuje wszystkie ich prawa (a jest ich około 600), którym trzeba być posłusznym pod karą wykluczenia. Jezus dokonuje znaku właśnie w ten dzień, aby pokazać, że Izraelici wiedli swe życie w nieustannym lęku przed prawem, które - w przypadku niezachowania go - wyklucza poza obręb społeczeństwa. Ten fragment Ewangelii powinien zmusić nas do zastanowienia się: czy dzisiaj też nie jesteśmy niewolnikami prawa? Okazuje się, że w wielu sytuacjach nie postępujemy jak ludzie wolni, lecz zachowujemy się jak niewolnicy prawa, które nie pozwala nam patrzeć do góry, ponad martwe przepisy, sprawia, że żyjemy w lęku. Duch Święty zstąpił przecież na nas, czyniąc wolnymi, dlatego musimy zachować dar wolności w duchu. Z tego powodu powinniśmy uczyć się rozeznawania i szukania woli Bożej we wszystkim. 

Kobieta, o której mówi Ewangelia, była przez 18 lat pochylona, owładnięta duchem nieczystym, duchem choroby, który wziął ją w posiadanie. Zastanówmy się nad tym, co myśleli sobie o niej inni? Z pewnością, kiedy pojawiała się w tłumie, była postrzegana z niechęcią. Wielokrotnie w codziennym życiu na skutek swej choroby doświadczyła bólu izolacji, odrzucenia, smutku, ludzkiej złości, upokorzenia czy pogardy. Niesłuszne osądy na jej temat powodowały w niej liczne urazy i zranienia. Często brak poczucia bycia kochanym powoduje, że i my się pochylamy - nie zawsze fizycznie, ale z pewnością wewnętrznie. Reflektując nad historią własnego życia możemy przekonać się, że w rzeczywistości każdy z nas jest tą kobietą pochyloną, która nie ma odwagi wyprostować się i patrzeć na ludzi. Każdy z nas cierpi z powodu poczucia bycia oddzielonym od innych, jest pełen dotkliwych zranień, które tkwią w duszy od szeregu lat. 

A jednak Jezus dostrzega tę kobietę w wielkim tłumie i przyzywa ją do Siebie, każde stanąć pośrodku, na widoku innych. Wobec niej zachowuje się inaczej niż wobec tych, których uzdrawiał. Mówi do niej bowiem: „Wstań, wyprostuj się!”, a ona musi uwierzyć, oddać Mu całą swoją przeszłość. To spojrzenie Jezusa jest równocześnie zatrzymane na każdym z nas. Ono wzywa do wyjścia z tego zakamarka, w którym się ukrywamy, może nawet przez wiele lat. Dlaczego Bóg tak właśnie czyni? Ponieważ wobec życia każdego z nas ma On wyjątkowe marzenie. Jezus nie kocha wszystkich ludzi ogólnie. On kocha każdego z nas z osobna, patrzy na każdego, mówi: „Jesteś drogocenny w Moich oczach!”. 

Nikt nie może służyć dwóm panom 

Nie warto gromadzić skarbów, które mogą nam być skradzione: nie możemy polegać na rzeczach, które przemijają. Diabeł - jak podkreślali misjonarze - często sobie z nas żartuje, chcąc zredukować człowieka właśnie do rzeczy (jak tego mężczyznę, który myślał, że jest ziarnkiem pszenicy i uciekał z lękiem przed kurą, by go nie zjadła). Szatan chce skoncentrować nasze myślenie i wszystkie wysiłki właśnie na tym, co zewnętrzne, co przemija i jest nietrwałe: na pracy, jedzeniu, przesadnym zabieganiu o swój wygląd. Zależy mu na tym, by człowiek nie miał większego sensu w życiu. Słowo Boże chce nas przebudzić z tego letargu. Ono mówi. Benedykt XVI stwierdza podobnie, że wielu z nas szuka radości tam, gdzie radość się kończy, gdzie ulega zniszczeniu. Musimy więc na nowo uświadomić sobie nasze powołanie. Każdy bowiem z nas jest marzeniem Boga, ale diabeł chce przekonać człowieka, że pieniądze, alkohol, narkotyki nieuporządkowane życie seksualne są jedynym sensem życia. Przez to tracimy jego prawdziwy sens i smak. Aby go odzyskać, powinniśmy odkryć radość należenia do Jezusa, bycia ubogim ze względu na Niego, a także służby potrzebującym. 

Orzeł czy kura? 

Wymowny przykład życia w zakłamaniu i manipulacji szatana ilustruje historia pisklęcia orła, które wychowywało się z kurczętami, próbując naśladować ich zachowania. Miało świadomość, że jest inne od pozostałych, przez co doskwierało mu niskie poczucie własnej wartości. Różnorodni specjaliści, zaangażowani w niesienie pomocy, nakazywali mu ćwiczenie zachowań wbrew jego naturze, aby mógł upodobnić się do ptactwa domowego, z którym przebywał. Aż pewnego dnia przyszedł do kurnika alpinista i zobaczył orła siedzącego na drążku razem z kurami, nieudolnie próbującego gdakać jak one. W nocy, kiedy orzeł spał, alpinista pochwycił go do worka i zawiózł w wysokie góry. Na jednym ze szczytów uwolnił ptaka i wyrzucił w powietrze. Orzeł - zrozpaczony - zaczął spadać w przepaść, aż w którymś momencie rozłożył swoje wielkie skrzydła. Ku swej radości przekonał się, że może latać, widzieć świat z wysoka, wznosić się w stronę słońca. Z góry spostrzegł też błotniste miejsce, w którym szukały jedzenia kury z „jego” zagrody, do których usilnie chciał się upodobnić… Bóg nie stworzył mnie po to, bym żył jak one - wołali brazylijscy ojcowie. Stworzył mnie po to, bym marzył o rzeczach wielkich, miał zdolność patrzenia w górę, ku słońcu, ćwiczył umiejętność latania i zdobywania przestworzy. 

Zapytajmy samych siebie, czy chcemy być orłami, czy kurami? Latać wysoko, by widzieć piękno Ducha Świętego, czy patrzeć tylko na ziemię i grzebać w błocie przyziemnych spraw? Bóg stworzył nas Swoimi dziećmi nie po to, byśmy na tej ziemi żyli w brudzie, patrząc tylko na swoje stopy, nie mogąc wznieść głowy ku górze. On chce nas w świętości, czystości, pragnie, byśmy byli wolni jak orły, byśmy należeli tylko do Jezusa. Byśmy byli szczęśliwi. Prawdziwie chwalić Pana możemy tylko wtedy, gdy będziemy trwali w świętości i szukali życia w Bogu. Pan stworzył nas wielkimi i chce, byśmy byli wielcy. Chce, byśmy tę prawdę przekazywali wszystkim. 

Żyć dla innych 

Najgorsza rzecz, która może się ci przydarzyć, to gdy w dzień swojej śmierci przekonasz się, że nie oddałeś swojego życia innym, że nie służyło ono nikomu. Najpiękniejszą rzeczą, której może się doświadczyć, to dać życie swoje innym, w wolności służyć im do końca. Młoda misjonarka umierająca na raka na chwilę przed śmiercią wyznała swej matce, że jest pełna radości, bo oddała swe życie Jezusowi, oddała swe cierpienia również za Polskę, by nie poddała się konsumizmowi, nie oddała swej wiary, radości i misji, jaką ma do spełnienia wobec Europy i świata. Lekarze, widząc radość tej misjonarki na łożu konania, płakali i nawracali się, bo dotąd nie spotkali takiej postawy. Święci - przekonywali o. Enrique i o. Antonello - nie byli inni od ciebie! Oni mieli to pragnienie, by latać. „Nie pozwól, by demon zredukował cię do roli kury! Nie lękaj się oddać swego życia, by zmienić historię!” - wołali z zapałem misjonarze. 

O narzekaniu 

Powinniśmy prosić, by wypełniała się w naszym życiu łaska Boża. Miłującym Boga wszystko służy ku dobremu. Od czasu do czasu Pan musi jednak mocniej zainterweniować, musi coś odciąć, abyśmy wydali lep-sze owoce. Przyznajmy, że potrzebujemy uzdrowienia i ciągle musimy się przemieniać. Co ta przemiana powinna objąć? Okazuje się, że najczęściej popełniane grzechy dotyczą języka, szczególnie zaś powszechny jest grzech szemrania, narzekania, lamentowania. To ciężki grzech. Musimy uświadomić sobie to, że ten sam język, którym chwalimy Boga, prowadzi nas do mówienia źle o swoich bliźnich. Codziennie narzekamy na wiele rzeczy. Nie potrafimy chwalić Pana za to, co mamy. Kaprysimy. A przecież nasze życie powinno być nieustannym oddawaniem chwały Panu! Prośmy o łaskę, by żyć w życiu uwielbieniem. Jeśli nadejdzie coś smutnego, jeśli płaczemy, powinniśmy chwalić Pana. Szatan, zanim został aniołem zbuntowanym, był przecież aniołem światła, stał przed Bogiem i chwalił Go. W pewnym momencie zaczął mieć wątpliwości. Anioł światłości stał się w ten sposób diabłem, aniołem ciemności i robi teraz wszystko, aby ludzie nieustannie narzekali, byli niezadowoleni z siebie, swojego wyglądu, innych, swojej sytuacji. Szatan ciągle wkłada do naszego serca truciznę, byśmy negowali wszystko i wszystkich. 

Musisz widzieć - przekonywali ojcowie - ile w ciągu dnia szemrałeś, a ile chwaliłeś Pana, bo tylekroć jesteś tego dnia w piekle albo w niebie. Czy od rana zaczynasz chwalić Pana, czy dzień zaczynasz od narzekania? Czy nie zdarza ci się usprawiedliwiać swoich grzechów grzechami innych (np. swój brak cierpliwości wobec nich), a twoja spowiedź staje się wyznaniem grzechów cudzych, a nie własnych? Z taką łatwością dostrzegamy i krytykujemy ułomności innych, a nie umiemy dziękować bliźnim za dobro. Zauważmy, że szczególnie wtedy, kiedy spotykają nas trudności i przeciwności, szatan powoli, małymi krokami stara się zrobić z naszego serca serce z kamienia. Zależy mu na tym, byśmy mieli smutną twarz. A przecież zostaliśmy stworzeni, aby całym życiem chwalić Boga Ojca. Św. Paweł w Liście do Filipian poucza: „czyńcie wszystko bez szemrań, bez roszczeń, by stać się niepokalani i jaśniejący pośród zagubionego pokolenia” (por. Flp 2,14-15). Dzieje Apostolskie po wielekroć opisują historie uczniów Chrystusa, którzy, choć prześladowani, więzieni, bici, wychodzą z tych sytuacji pełni radości w Duchu Świętym, bo uznali siebie za godnych, by cierpieć dla Jezusa. Pan chce, byśmy byli święci pośród tego pokolenia, dlatego oczyszcza nas i doświadcza. 

Uzdrowienia, łaski przychodzą właśnie wtedy, gdy uwielbiamy Boga. Prawdziwe uwielbienie nie jest zaś wtedy, gdy dziękujemy za to, że wszystko jest dobrze. Chodzi tu raczej o chwalenie Boga dla Niego samego. Wówczas to bardziej otwieramy się na Jego moc i obecność, stajemy się poruszeni Jego obecnością pośród nas. Kiedy chwalimy Pana, On działa z mocą, a duchy złe uciekają. Mocą takiego uwielbienia mogą zostać przełamane nawet przekleństwa całych rodzin i miast. 

Niech nasze życie - podkreślali na końcu ojcowie z Brazylii - będzie zatem nieustanną pieśnią uwielbienia za wielkie rzeczy, które Pan czyni każdemu z nas każdego dnia.

Agnieszka Kozłowska

Reportaż z "Posłania" 5/2010