Zaufać Słowu

Dokąd idziesz?

Chcę wam zadać pytanie z Ewangelii: czy znacie drogę, którą w życiu idziecie? Tomasz nie znał. Patrzymy na Ewangelię z innej perspektywy niż Apostołowie. Wiemy, co się dokonało. Wiecie więc, gdzie idziecie? Tak jak mówiliśmy, Maryja bierze za cel to, żeby się spełniło Słowo i widzi swoje ubóstwo. Jest zaprzeczeniem wiary we własne siły.

Mamy nieraz moment takiej walki: ciągle wierzymy, że w wielu sytuacjach jesteśmy coś w stanie zmienić – okazuje się jednak, że nie. Kiedy uczniowie przyszli do Jezusa i powiedzieli: „Panie, w Twoje Imię wyrzucaliśmy złe duchy, uzdrawialiśmy chorych”, On odpowiedział: „To bardzo dobrze, ale cieszcie się raczej z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie” (por. Łk 10,17- 20). Wiele osób tutaj obecnych jeździ na rekolekcje charyzmatyczne, może jest we wspólnotach. Najbardziej by nas cieszyło, jakby były takie spotkania modlitewne czy msze z modlitwą o uzdrowienie, na których wszyscy wstawaliby z wózków, a chorzy na raka byli uzdrawiani. Tak się jednak nie dzieje i niekiedy czujemy się sfrustrowani. A Jezus mówi: „Nie z tego względu się cieszcie, że chorzy są uzdrawiani i złe duchy są wam posłuszne. Cieszcie się z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie” (por. Łk 10,20). Dodaje też: „Mówcie: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać (Łk 17,10)”. Maryja widzi siebie jako służebnicę. Żeby w naszym życiu była większa przestrzeń na działanie łaski, musimy najpierw zobaczyć swoje ubóstwo. Kiedy Ojciec Święty był w Rio de Janeiro, w trakcie spotkania z seminarzystami głosił homilię do kleryków. Zwrócił wówczas uwagę, że kapłan jest posłany po to, aby siać. Ze swojego kapłańskiego punktu widzenia wiem doskonale, że chciałbym siać, podlewać, patrzeć jak wzrasta i zebrać plon. Wtedy byłbym usatysfakcjonowany. Powiedziałbym: „Zrobiłem wszystko od początku do końca” i ciągle byłbym w centrum tego, co się dzieje. Ja, moje siły, moje umiejętności. Tymczasem jesteśmy posłani, żeby tylko siać. Nie my podlewamy, nie my dajemy wzrost.

Protoewangelia Jakuba – apokryficzny tekst – mówi, że Maryja była jedną z dziewic w świątyni jerozolimskiej służących przy liturgii. Tkała zasłony przybytku. To piękna opowieść, wprawdzie nigdy nie włączona do ksiąg kanonicznych, są jednak takie przekazy, które próbują wypełnić tę lukę. Przy tej czynności znalazł ją Gabriel w Nazarecie. Jej serce jest nieustannie przy Bogu i tak Ją widzieli pierwsi chrześcijanie. Kiedy prześledzimy Jej życie na kartach Ewangelii, wszystko w nim staje się objawieniem chwały Bożej.

Nie chodzi o nas

Jest parę takich momentów, przedstawiających dialog Maryi z Jezusem. Pamiętacie słowa z Kany Galilejskiej, kiedy Maryja przychodzi zatroskana o sytuację, która się dzieje w trakcie tego wesela i słyszy: Czy to moja lub twoja sprawa, Niewiasto? (J 2,4). A kiedy natomiast mówią o Jezusie w kontekście Jego Matki: Błogosławione łono, które Cię nosiło i piersi, które ssałeś, On odpowiada: „Tak, ale błogosławieni ci, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je” (Łk 11,27-28). Gdy zaś Maryja przychodzi wraz z krewnymi i ludzie mówią Mu o tym, Jezus odpowiada: Kto pełni wolę Bożą, ten jest mi bratem, siostrą i matką (Mk 3,35). Po ludzku patrząc na te reakcje Jezusa, zastanawiamy się, jak Ona to wytrzymała. To tak, jakbyś swojemu synowi, córce, wnuczce, uczniowi w szkole, dziecku sąsiadów zwrócił uwagę, że trzeba coś zrobić, jest jakiś problem, a ono by odpowiedziało: „Czy to moja lub twoja sprawa, Niewiasto?” czyli… „Co Cię to obchodzi?”. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że w tym, co mówi Jezus, jest jakaś nuta ignorancji. Pamiętajmy jednak, że Maryja odczytuje Swoje życie w świetle Słowa Bożego, co oznacza tyle, że Ona wie, że nie o Nią tu chodzi. Czy mamy w sercu to przekonanie, że nie chodzi o nas? Nie chciałbym powiedzieć, że nie jesteśmy ważni, bo w oczach Bożych tak nie jest, ale że w naszym życiu, w tym, co robimy, gdzie nas Pan Bóg stawia, nie chodzi o nas. Maryja umiała zinterpretować to wszystko, co się działo, w świetle Bożego Słowa. Nam jest trudno to zrobić. Kiedy przychodzi nam to z łatwością? Gdy jest super, Pan nam błogosławi, mamy czas pokoju, łaski, duchowej błogości, namacalnej obecności Boga w naszej modlitwie. Jednak gdy pojawia się cierpienie, samotność, odrzucenie, niezrozumienie, pustka, prześladowanie, choroba, ciemność, noc zmysłów, noc ducha, inne kryzysy, często mówimy w sercu: „To jest bez sensu!”. Nie widzimy światła w takich sytuacjach. Nie rozumiemy, po co to nas dotyka. Możemy przeżywać naprawdę wielki dramat. Wielu właśnie na tym etapie życia duchowego odchodzi, i to zawiedzionych Bogiem. Kiedy przychodzi moment trudu, cierpienia, wycofujemy się. Kończy się doznanie duchowe, już nas to tak nie łechce, nie „pompuje”. Gdy podnoszę ręce, to z przyzwyczajenia, już nie dotykam trzeciego nieba jak święty Paweł, nie ma duchowego „haju”. Ludzie wtedy odchodzą, twierdzą, że nie ma Boga. To wielka pokusa początkujących charyzmatyków i wszystkich nowonawróconych. Jak jest pocieszenie, to ewangelizuję świat 24 godziny na dobę. Ale kiedy przychodzi moment pustki, kryzysu, cierpienia, to nic nie widzę, mówię coś, ale nie wiem, co, odmawiam różaniec, a moja dziesiątka ma 15 zdrowasiek, bo się zawiesiłem jak komputer. Żeby w ogóle być w stanie zrozumieć to doświadczenie, wszystkie przeciwności, trzeba mieć żywą relację z Bogiem. Musimy odczytać całą historię swojego życia w świetle Słowa Bożego.

W ruchu charyzmatycznym mamy tendencję, by udawać, że cierpienia nie ma albo że zasadniczo z wszystkiego Pan Bóg uzdrowi. Może to zrobić, ale wielokrotnie tak się nie dzieje. Jak to przyjąć? Jezus nadaje sens także temu, co jest cierpieniem, kiedy bowiem przeżywamy kryzysy, to chcielibyśmy wówczas dać sobie ze wszystkim święty spokój. Muszę ci powiedzieć, że Słowo Boże zrealizuje się przez ciebie czy tego chcesz, czy nie – ale lepiej, żebyśmy mieli w tym udział. Pan Bóg i tak przeprowadzi swój plan. Orszak Baranka w Apokalipsie to ci, którzy pozostali wierni Słowu Bożemu. Możemy robić wszystko, co chcemy, ale nie możemy iść na kompromis ze światem. Orszak Baranka to orszak męczenników, którzy opłukali swe szaty i w krwi Baranka je wybielili (Ap 7,14) – pozostali wierni Jego Słowu, pomimo że wielu je porzuciło. Widzimy, co się dzieje wokół nas, w Europie. Patrzymy na Francję, pierwszą córę Kościoła, która dzisiaj jest zupełnie kimś innym. Święty Paweł napisał: [chodzi o to], abyśmy już nie byli dziećmi, którymi miotają fale i porusza każdy powiew nauki na skutek oszustwa ze strony ludzi i przebiegłości w sprowadzaniu na manowce fałszu (Ef 4,14). Często w duchowości u ludzi nie ma żadnej stałości, działają od powiewu do powiewu. Tak nie wygląda życie charyzmatyczne, bo ono łączy się z wiernością. Maryja interpretuje wszystkie swoje doświadczenia i spotkania z Jezusem – które po ludzku mogą nam się wydawać ignorowaniem – jako wydarzenia Boże i temu Słowu jest posłuszna. Wszystko jest u Niej okazją do oddania chwały Bogu.

Często mamy takie oczekiwanie – to jest ludzkie – żeby moc Boża objawiła się tu i teraz, na żądanie. To jest nasz plan. Może być dobry: na przykład, żeby na nasze spotkania czy na msze z modlitwą o uzdrowienie przybywali chorzy i wszyscy wychodzili zdrowi. Wiecie, ilu ludzi by wtedy przyszło? A jeśli on się nie realizuje, dyskretnie się wycofujemy. Nie chcemy wtedy mówić o uzdrowieniu, żeby nie zapeszyć, bo znowu nie wyjdzie. A kiedy znowu nie zrealizuje się moje „ja”, przeżywamy kryzys. Mamy bardzo pobożne oczekiwania. Maryja natomiast nie przechodzi kryzysu. Prawdziwe Ain Karim naszego serca, czyli Źródło Winnicy, jest tam, gdzie w centrum jest Pan, a nie my. Dlatego Maryja wskazuje na Jezusa, mówiąc: „Zróbcie wszystko, co On wam powie – nie ja” (por. J 2,5). Takie jest ubóstwo Służebnicy Pańskiej.

Nie wiem, czy ktoś z was zwrócił uwagę na słowo „służebnica”. Grecki wyraz, który tam jest użyty, nie powinien być tłumaczony w ten sposób. To taki polski eufemizm. Dosłowne tłumaczenie brzmi: „niewolnica”. Maryja jest niewolnicą Pańską. Co to znaczy? Że Twoja wola jest moją, moja wola jest całkowicie Tobie poddana. A my cenimy naszą wolność. Kiedy ktoś wchodzi jej w strefę i chce nam coś zabrać, od razu budzi się nasz gniew. Maryja nie działa w świetle jupiterów, ucieka od popularności. Służy z miłości. Nie buduje na tym poczucia własnego „ja”, lepszego samopoczucia, spełnienia, ale czyni tak dlatego, że Pan tego oczekuje. To chwała Pana ma się w tym wszystkim objawić.

Oczyszczenie

Kiedy spojrzymy na naszą drogę duchową, możemy powiedzieć, że Pan Bóg prowadzi nas ku zjednoczeniu z Sobą. Ojcowie duchowi, mistycy mówili o etapach w naszym życiu: oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. Pisał o tym o. Reginald Garrigou–Lagrange, ale wcześniej św. Jan od Krzyża. Jak one wyglądają?

Pierwszy etap, nawrócenie, to czas wielkiej łaski. To doświadczenie, że zostaliśmy odnalezieni przez Pana. Bóg nas znalazł – to coś niesamowitego. Pamiętamy takie chwile, stoją nam przed oczyma. Doświadczyliśmy Bożej miłości, akceptacji, uzdrowienia. Okazuje się jednak, że ten moment w naszym życiu często mija i zaczyna się zupełnie inny etap: oczyszczenia. To bardzo trudny czas życia duchowego. Wtedy to, co było łaską, dotknięciem Jezusa, namacalnym doświadczeniem Jego bliskości, chwały, zostaje nam zabrane. Wszystko, co było dla nas jasne, staje się niejasne, trudne do przyjęcia, przełknięcia. To, co kiedyś było dla nas proste do akceptacji, staje się coraz trudniejsze. Może być to taki moment w twoim życiu, kiedy wrócą nawet stare grzechy: „Stan pacjenta okazuje się gorszy niż przed nawróceniem”. Przychodzą momenty depresji, poczucie bezsilności, bezradności, niemocy. Masz wrażenie, że nie postępujesz duchowo, gdzieś się zatrzymałeś – kiedyś to szło, modlitwa przychodziła z ochotą, a teraz, kiedy masz stanąć do niej, nic ci się nie chce. To taki etap w życiu, w którym Pan Bóg chce nas wyzwolić z tego wszystkiego, co jeszcze nie jest w nas Boże, byśmy byli zdolni służyć z miłością, tak jak czyniła to Maryja, byśmy mogli zejść ze sceny, schować się bez poczucia straty czy braku wartości dla tego świata. Możemy nic nie znaczyć dla wielu ludzi, ale mamy przekonanie, że w odniesieniu do nas realizuje się wola Boża. Jesteśmy więc w stanie przyjąć nawet prześladowanie, niezrozumienie, odrzucenie, byle tylko objawiła się chwała Boża. To jest właśnie ta winnica, która ma się w nas zrodzić, nasze Ain Karim, gdzie spotkamy moc Bożą, która nas wydobędzie ze słabości.

Pamiętam, że kiedy idea niewolniczego oddania się Maryi, którą zainicjował św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, zaczęła się rozwijać w Polsce, wiele osób zakładało na dłonie łańcuszki. Miało to przypominać, że są niewolnikami Maryi, a razem z Nią – niewolnikami Boga. To niewolnictwo nie jest jednak przymusem ani gwałtem zadanym przez Boga. To pragnienie, żeby Pan Bóg nas wypalił. Jest taka piękna pieśń: Pomódl się, Miriam. W trzeciej zwrotce słyszymy: Przyspiesz, przyspiesz, moją śmierć. Pragnę umrzeć, aby żyć. Zwróćcie uwagę, że gdziekolwiek na spotkaniach modlitewnych pojawia się ta pieśń, to często bez tej zwrotki. Nie śpiewamy jej, bo jej nie lubimy, „bo, nie daj Boże, to nastąpi”. Chcemy, żeby Pan Bóg wypalił w głębi naszych serc to, co jest egoistyczne, ale boimy się śmierci – niekoniecznie fizycznej, ale umierania w nas starego człowieka. To się dzieje z największym bólem, bo ciągle chcemy mieć, posiadać, być w centrum uwagi, realizować swój plan. Masz jakiś program na życie, nawet bardzo dobry, i on się nie urzeczywistnia. Wtedy od razu mówisz: „Gdzie jesteś, Boże? Tak świetnie to wymyśliłem, tak ładnie to rozpisałem”.

Pan może nas przemienić

Cały czas jest w nas obecna dychotomia i mówię o tym nie po to, żeby nam zrobić przykrość, ale żebyśmy zobaczyli prawdę, jak funkcjonujemy: nie godzimy się na umieranie, z drugiej jednak strony jest w nas głębokie pragnienie, by w nas się całkowicie objawiło życie Boże, żebyśmy byli podobni do Chrystusa, zdolni kochać jak On. Trwamy w tym rozdarciu, ta tęsknota nas utrzymuje, bo to jest Boża tęsknota za tym, by Pan zatriumfował w naszym sercu już na zawsze, byśmy mogli znieść każde doświadczenie, byśmy byli w stanie głosić Go, nie patrząc, jak przyjmą to ludzie, byśmy byli gotowi rezygnować dla Niego z tego, co jest dla nas cenne. Mamy w sobie to autentyczne pragnienie, bo Pan nas kiedyś dotknął i dał posmakować, czym jest ten raj wolności w Nim. Kiedy Bóg objawił swoją miłość wobec nas, rzeczy niemożliwe nie były dla nas niemożliwe. To był ten moment spotkania, kiedy byłeś gotowy poświęcić wszystko dla Jezusa Chrystusa, bo On przebaczył twoje grzechy, założył na ciebie nową szatę, sandały i pierścień na palec. Wiedziałeś, że nie zasługujesz na nie, bo nic w tobie nie było dobrego, kiedy doświadczałeś grzechu. Pan mimo wszystko widział głębiej i powiedział, że cię kocha i to Jego zapewnienie o miłości – tak jak Maryja usłyszała: „Jesteś pełna łaski” – dało ci tak wielką nadzieję, siłę, kiedy doświadczyłeś Bożego przebaczenia. Wtedy miałeś to pragnienie i teraz, kiedy przychodzi moment kryzysu, niemocy, dramatu, zawiedzionych nadziei, rozczarowań, pustki, nieskuteczności twojej modlitwy, gdy modlisz się w ważnych sprawach i za ważne dla ciebie osoby, które kochasz – nie odchodź od Pana. On i tak zrealizuje swoje Słowo, tak jak będzie chciał, choć nie według twojego pomysłu. Widzisz w sobie tęsknotę? Trzymaj się jej. To jest ta pierwotna miłość, o której powie św. Jan w Apokalipsie. Wiesz, że nie możesz wrócić do niej uczuciowo, bo w uczuciach pojawia się zupełnie coś innego. Najgłębsza tęsknota twojego serca mówi ci jednak, że Pan ma moc przemienić ciebie, byś był zdolny kochać na Jego obraz. Tego trzeba się uchwycić.

Zaufać Słowu

Maryja zrozumiała to od razu w doświadczeniu Zwiastowania, dlatego kiedy usłyszała od Syna pozornie lekceważące słowa, nie przyjęła ich jako obrazy. Wiedziała, że przez to, co mówi Jezus, ma się dokonać coś znacznie większego, skoro On sam wskazuje, że te więzi ludzkie, które są tak ważne, wobec chwały królestwa Bożego i życia wiecznego są niczym. Czy masz takie myślenie w swoim sercu, taką tęsknotę za Panem? Czy masz takie przeświadczenie, że to, co najlepsze w życiu cię czeka, to wcale nie emerytura, tylko chwała Boża, moc Boża, która się objawi, życie wieczne, które będzie królowało? Ona miała to przekonanie w sercu. Cała sceneria wydarzeń ewangelicznych jest niczym innym jak skoncentrowaniem na Jezusie. Weźcie wszystkie fragmenty Pisma Świętego, które mówią o Maryi – w ich centrum jest Jezus. Po ludzku byłoby to bardzo trudne, żeby wznieść się nad ludzkie relacje, które łączyły Ją z Jezusem jako Matkę Dziecka, dlatego też anioł powiedział do Niej: „Jesteś pełna łaski” – to znaczy „poradzisz sobie z tym”. My zaś nie jesteśmy jeszcze pełni łaski. Otwieramy się na nią i wszystko w naszym życiu ma się dokonać w czasie. To jest nasza droga duchowa. Maryja posłuszna Bożemu Słowu idzie tam, gdzie ono Jej każe. Popatrz oczyma wyobraźni na scenę Krzyża. Pamiętasz, kiedy chorowało twoje dziecko i sytuacja była podbramkowa. Ostatnio zachorowała córka moich znajomych i w pewnym momencie przestała oddychać. Jej ojciec przytomnie zaczął jej robić sztuczne oddychanie i tylko krzyczał do Boga: „Boże, nie zabieraj nam jej, bo tego nie wytrzymamy”. Na szczęście wróciła jej akcja serca, zanim przyjechała karetka, inaczej byłoby za późno. Zobaczcie, jak rozdarte musi być serce w takiej sytuacji. W tym cierpieniu, które Maryję dotyka na Golgocie, jest jednocześnie poczucie głębokiego pokoju, że sytuacja nie wyszła spod kontroli, że Pan Bóg nad tym czuwa, że realizuje się Słowo Boże. Czasami, kiedy Słowo spełnia się w twoim życiu, jest to bolesne, ale musi tak być. Na pewno Maryja słyszała, co Jezus mówił o Swoim zmartwychwstaniu, ale był w tym ból i pokój zarazem, że w tym wszystkim jest Pan. Czy kiedy przychodzi taki moment twojego cierpienia, kryzysu finansowego, psychicznego, rodzinnego, myślisz sobie: „Panie, zawierzam Ci, Ty w tym jesteś. Daj mi tylko, żebym nie zwariował w tym bólu”? To jest relacja ze Słowem, to jest zaufanie Słowu, temu wypowiedzianemu przed laty w świątyni jerozolimskiej, kiedy Matka Boża usłyszała zapowiedź, że Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą (Łk 2,34). Pozostała wierna Słowu do końca. Ojciec Raniero Cantalamessa w jednej ze swoich homilii opisuje pewien obraz zesłania Ducha Świętego, który przedstawia scenerię z Wieczernika: Apostołowie modlący się, na których zstępuje Duch Święty w postaci języków ognia i ich ogromnie zdziwione twarze, kiedy to się dzieje oraz Maryja, która niczym nie jest zaskoczona. Ona wierzy, że Pan zrealizuje to, co zapowiedział. Prośmy więc Go, byśmy byli zdolni słuchać Jego Słowa i być Mu wierni tak jak Ona. Amen.

ks. Artur Szymczyk

Homilia wygłoszona 12 maja 2017 r. podczas rekolekcji w Toruniu, tekst został autoryzowany.  

Opublikowana w "Posłaniu" 3/2017