Jak rozpalić w sobie ogień?

Czy nie wydaje się nam czasem, że nasze życie jest zastygłe, monotonne, smutne i nie widzimy w nim światła działania Bożego? Patrzymy na ludzi wiary z ich żarem Bożej miłości w sercu i zastanawiamy się, jak rozpalili go w sobie. Co człowiek powinien uczynić, by taki ogień zapłonął w jego sercu i przemienił życie?

Siostra Ann Shields SGL – charyzmatyczka, prowadząca od lat konferencje i rekolekcje na całym świecie, także w Polsce, autorka książek z zakresu duchowości, gospodarz popularnego programu radiowego, „Pokarm na drogę”, który nadawany jest w Stanach Zjednoczonych w ponad 100 katolickich stacjach radiowych – w swoim nauczaniu pokazuje, jak sprawić, by miłość Boża rozlała się w naszych sercach. Wskazuje też, co często jest przeszkodą do tego, byśmy prowadzili życie w świetle Pana.

Remanent życia

Bóg nie oczekuje od nas perfekcjonizmu, ale hojności, miłości i woli zmiany – przekonuje s. Ann Shields. Zachęca tym samym do remanentu życia. Każdy grzech, nawet mały i powszedni, w jakiś sposób odwraca nas od promieni Bożego światła i zwraca ku ciemności. Aby trwać w jasności Pana, musimy więc odwrócić się od grzechu i stanąć przed Bogiem w czystości serca. Jak zrobić taki rozrachunek z własną słabością? Gdzie szukać cieni, miejsc, które w nas odwracają się od światła Boga? Siostra Ann proponuje objąć refleksją wszystkie płaszczyzny i sfery swojej codzienności, nie tylko życie modlitwy i praktyki religijne: Czego słucham, co czytam, co oglądam? Z kim się przyjaźnię? Czy moi znajomi przybliżają mnie do Boga, czy oddalają? Muszę zdawać sobie sprawę z tego, że albo inni mnie prowadzą do Boga, albo mnie od Niego odciągają. Nie ma niczego pośrodku. Nie bez znaczenia jest także to, co robię w wolnym czasie. Nie chodzi tutaj, by kwestionować konieczność odpoczynku, ale przecież możemy korzystać z niego na różne sposoby. Jak zatem spędzam ten mój czas? Popatrzmy na tych, którzy wiele wysiłku wkładają w to, by np. dbać o kondycję fizyczną, chodzą na siłownię. Akcent położony na troskę o sprawność tylko w tej sferze bywa niebezpieczny. Jesteście silniejsi na ciele – mówi s. Ann – jednak wasze umysły są wypełniane trucizną. I pyta: Czego słuchacie? Co oglądacie? Na co zwracacie uwagę? Co was otacza? To wszystko ma znaczenie. (…) Wszystko w życiu nas oddala lub przybliża do Boga. (…) Na co patrzysz, to dostaniesz – podkreśla.

Wybierając to, czego i kogo będziemy słuchać, co oglądać, czym się interesować, w rzeczywistości dokonujemy wyboru atmosfery, którą nasiąkamy. Jeśli chcemy być przeniknięci światłem Bożym, nie możemy na pewne rzeczy się godzić i przyzwalać, aby one miały udział w naszej codzienności. Bóg jest prawdą, Bóg jest pięknem, Bóg jest dobry. A piękno, prawdę i dobro potrzebujemy w dużych ilościach. Wcale nie oznacza to, że musimy ciągle przebywać w kościele. Przeciwnie – powinniśmy pozwolić, żeby wszystkie płaszczyzny naszego życia prześwietliła łaska Boża, aby to, jak działamy i myślimy, w klarowny sposób odzwierciedlało to, kim jesteśmy. Warto więc zadać sobie kolejne pytania z „remanentu”: Czy moje osobiste priorytety jako chrześcijanina są jasne? Co toleruję? Co powinienem tolerować? Co z relacjami? Z przebaczeniem? Co z gniewem? Co z rozgoryczeniem, niezależnością, milczeniem? Co ze znajomymi, z zazdrością, z plotkami, z zawiścią? Co z tymi sferami? Bóg prosi nas o poukładanie własnego życia. Abyśmy prowadzili uczciwe życie na każdym poziomie. Bez dwulicowości, podwójnego myślenia, bez drogi z jedną grupą i innej drogi z drugą grupą. Bóg zaprasza nas więc do hojności serca i zachęca, by zobaczyć półmroki i mroki swojej codzienności – bez lęku, bo On nas nie potępi. Często, stając wobec własnej słabości, sami będziemy się potępiali, z pewnością zechce to też zrobić szatan. Bóg natomiast chce, byśmy byli reformowani i formowani przez Jego Słowo. Czy chcę być formowanym i reformowanym przez Jego Słowo, przez prawdę Jego Słowa?

Świadomość Obecności

Siostra Ann Shields odwołuje się do pewnej opowieści o plemieniu Indian w Ameryce, w których istniał rytuał wprowadzania dwunastoletnich chłopców w dojrzałość. Dotychczasowa nauka i treningi koncentrowały się na owym dniu, a właściwie nocy, podczas której młodzi byli poddawani określonym próbom, po przejściu których uznawano ich za wojowników plemiennych. Ogniska, bębny, tańce rytuał. Przede wszystkim jednak oczekiwanie na nadchodzącą ciężką próbę i pytanie huczące głęboko w sercu każdego chłopca: „Czy jestem wystarczająco dobry? Czy sprostam?”. Wreszcie rytuały zakończyły się i nadszedł czas na ostateczną próbę. Każdy chłopiec odprowadzany był w ciemność, aby spędzić noc w głębi lasu, w samotności, mając ze sobą jedynie nóż i swoje ubranie. Doświadczenie takiego dwunastolatka możemy sobie jedynie wyobrazić: ciemność, poczucie opuszczenia, wyobraźnia podpowiada w mroku niebezpieczeństwo, oczy prowokują złudne obrazy czyhających zza zarośli drapieżników, kurczowe ściskanie w dłoni noża i bicie serca, które w tym momencie jest głośniejsze niż odgłosy lasu. Z pewnością była to bezsenna noc. W ciemnościach chłopiec wybadał pień ogromnego drzewa, o które mógłby się oprzeć i które chroniłoby go chociaż z tej jednej strony przed czającym się wokół niebezpieczeństwem. Każda minuta wydłużała się w nieskończoność. Wszystkie zmysły i mięśnie napięte były do granic możliwości. Po pewnym czasie, który wydawał się trwać pół życia, chłopiec zauważył, że ciemność zaczyna ustępować. Wkrótce jedna strona nieba zaczęła się rozjaśniać i w różowym świetle świtu widział otoczenie coraz wyraźniej. Skały, drzewa i krzewy, które w nocy go przerażały, przybierały znów normalne rozmiary i stawały się znowu sobą. Teraz serce chłopca zaczęło łomotać jeszcze mocniej, lecz tym razem nie z lęku, ale z triumfu połączonego z niewypowiedzianą ulgą. Było po wszystkim. Dał radę. Po przetrwaniu nocy mógł wrócić do wioski. Wtem chłopiec usłyszał trzask pękniętej gałęzi. Serce stanęło mu z przerażenia, kurczowo chwycił nóż i uniósł go do góry. Wtedy na szczycie dużej skały, tuż za drzewem dostrzegł stojącą na tle porannego słońca sylwetkę mężczyzny. Był on ubrany w strój wojownika i trzymał w ręku łuk i strzałę. (…) Gdyby wojownik chciał pozostać niezauważony, z łatwością mógł to uczynić. Jednak on celowo dał się delikatnie usłyszeć, ponieważ chciał, aby chłopiec go zauważył. Chciał również, aby go rozpoznał. Gdy znikał za gałęziami drzew, chłopiec w przelocie ujrzał jego twarz i rozpoznał ją. To był jego ojciec. Stał tam, strzegąc go przez całą noc, gotowy w razie potrzeby pospieszyć mu na ratunek. Jego ojciec był tam przez cały czas.

Czy nie taki sam jest nasz Bóg? Musimy uświadomić sobie, że kiedy przeżywamy chwile prób, ciemności, słabości, lęku i innych trudnych doświadczeń, On jest obok i czuwa. Chroni, byśmy nie zabłądzili, nie stracili życia, nie poddali się. Jest blisko, ponieważ to nasz Ojciec, który kocha nas miłością ojcowską. Każdego z nas obdarza taką samą miłością, którą ma wobec swego Syna, Jezusa. Nie otrzymujemy miłości drugiej kategorii. Jesteśmy objęci tą doskonałą miłością, którą Ojciec miłuje Syna, a Syn Ojca. Bóg także chce być w naszym życiu obecny, dlatego daje się poznać, w pewnych momentach możemy zauważyć, że On zawsze jest obok. Ta świadomość obecności rozpala nasze serca wdzięcznością i wnosi do niego światło, otwiera na miłość.

Radosny obowiązek

Kolejnym sposobem na rozpalenie w sobie ognia Bożego jest modlitwa. Siostra Ann Shields przyznała, że minęło wiele czasu, zanim odkryła wartość i moc modlitwy. Stało się to wówczas, kiedy zmieniło się jej podejście do niej. Odkryła, że nie jest to trudny, monotonny ciężar, który nakładamy na siebie codziennie: Nie jest ona jedynie czymś, co robię wtedy, „gdy” mam ochotę, „ponieważ” właśnie mam ochotę. Jest czymś, co „powinnam” robić, ponieważ Bóg „powołał” mnie do tego, abym się modliła i ponieważ zostałam do tego stworzona. Zostałam stworzona do tego, aby się modlić. Bóg stworzył mnie, abym go poznawała, kochała Go i służyła Mu, najgłębszym zaś sposobem poznawania, miłości i służby ze strony człowieka wobec Boga jest właśnie modlitwa. Nie wystarczą do tego słowa i uczucia, konieczne są czyny, akty woli. Zatem modlitwa jest naszym obowiązkiem jako stworzenia wobec Stwórcy, ale jest to obowiązek podejmowany z radością, ponieważ przynosi nam wiele błogosławieństw.

Modlitwa jest też wyrazem naszego oddania Bogu. A ta postawa powinna przejawiać się przez wierność. Wyobraź sobie matkę – tłumaczy s. Ann Shields – która mówi: „Oczywiście, że jestem oddana swoim dzieciom. Jednak nie mam dzisiaj ochoty im służyć. Nie chce mi się gotować obiadu ani robić prania. Nie czuję się w nastroju, aby siedzieć z dziećmi i słuchać o tym, jak minął im dzień, czy je przytulać i mówić im, że je kocham”. Albo wyobraź sobie ojca, który mówi: „Oczywiście, że jestem oddany swojej rodzinie, ale nie mam ochoty iść do pracy, aby zapewnić jej byt”. (…) Zrozumiałam, że tak samo jest w relacji pomiędzy Bogiem a mną. (…) Oznaką i wyrazem mojego oddania się Mu jest modlitwa. Moim obowiązkiem jest przychodzić do Niego w modlitwie bez względu na moje uczucia w danym dniu.

Jak życie każdego człowieka jest inne, różne są powołania i okoliczności życiowe, tak też inaczej może wyglądać u niego modlitwa, s. Ann wskazuje jednak, że nie powinno w niej zabraknąć kilku ważnych elementów. Przede wszystkim przypomina o potrzebie uwielbienia Boga: Bez względu na to, kim jesteśmy, (…) na jakim etapie życia jesteśmy, mamy przede wszystkim wychwalać Pana, naszego Boga, Króla i Stwórcę i oddawać Mu cześć. Psalmista mówi: „Chcę błogosławić Pana w każdym czasie, na ustach moich zawsze Jego chwała” (Ps 34,1). Gdy mówi „w każdym czasie”, z pewnością ma na myśli „w każdym czasie”: w dobrym czasie, złym czasie, szczęśliwym czasie, smutnym czasie, pracowitym czasie, w czasie odpoczynku. Powinniśmy wychwalać Boga w sercu i ustami nieustannie. W jaki sposób to czynić? Jakich słów używać? Z pomocą w tym przychodzi nam Słowo Boże, a szczególnie Księga Psalmów. Tam znaleźć możemy słowa natchnione, które staną się naszą inspiracją w uwielbieniu. Bardzo prawdopodobne, że sam Jezus opierał większość swoich modlitw właśnie na tej księdze. Wychwalać możemy zarówno atrybuty Boga (Miłuję Cię, Panie, Mocy moja,/ Panie, Ostojo moja i Twierdzo, mój Wybawicielu,/ Boże mój, Opoko moja, na którą się chronię,/ Tarczo moja, mocy zbawienia mego i moja Obrono! – Ps 18), jak i wywyższać Go za rzeczy, które nam uczynił (On odpuszcza wszystkie twoje winy,/ On leczy wszystkie twe niemoce,/ On życie twoje wybawia od zguby,/ On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,/ On twoje dni nasyca dobrami,/ odnawia się młodość twoja jak orła – Ps 103). Kiedy często powtarzać będziemy słowa natchnione, „nasiąkniemy” nimi, zakorzenią się one w nas i pobudzą do osobistego uwielbienia, które wyrażać możemy także własnymi słowami. Siostra Ann proponuje, aby uwielbieniu towarzyszył śpiew, muzyka, zaznaczając przy tym, że Bóg nie oczekuje od nas, abyśmy wszyscy byli wirtuozami. Wzywa nas do tego, byśmy „sławili Go z radością”, „wśród okrzyków radości stawali przed Nim” (zob. Ps 66, Ps 100), i cieszy się naszymi wysiłkami, które mają na celu wysławianie Go, nawet jeśli będą one skrzekliwe czy wyrafinowane.

Siostra Ann zachęca także do studiowania Pisma Świętego, regularnego czytania go, nie tylko wybranych, ulubionych fragmentów, ale całości, ponieważ odnajdziemy w nim ważne dla nas słowa, których w inny sposób moglibyśmy nie odkryć. Chodzi bowiem o to, byśmy mieli regularny kontakt ze wszystkim, co Bóg ma nam do powiedzenia w swoim słowie. Mamy więc nie ograniczać Go tylko do niektórych elementów, ale ujrzeć Objawienie w całej pełni, która jest nam dostępna. W ten sposób pozwolimy się formować i reformować Bogu. Na poparcie tej zachęty w Liście do Tymoteusza odnajdujemy wskazanie św. Pawła, które skierowane jest także do nas: Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości – aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu (2 Tm 3,16-17). Siostra Ann Shields wskazuje też sposoby, by Słowo Boże zakorzeniało się w naszym sercu, w szczególności medytację (na wzór Maryi, która zachowała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu – Łk 2,19) oraz studium, czyli pogłębioną analizę wybranego fragmentu Pisma Świętego. Nie muszą być one stosowane codziennie, ale regularnie, w określonych odstępach czasu. Nasycając się w ten sposób Słowem Bożym, będziemy mogli chodzić w świetle Pana i w nim znajdziemy też siłę do odpierania wszelkiej ciemności, która będzie nas atakować.

Sposobów na podjęcie życia w Bożym świetle jest z pewnością więcej. Można zacząć od tych, które zaproponowała s. Ann. Jednak podkreślić należy, że to, czy rozpalimy w sobie ogień, zależy od naszej hojności, miłości i woli zmiany. Musimy zatem zapytać samych siebie, jakiej jakości życia pragniemy i otworzyć się na łaskę Pana, by móc z nią współpracować, byśmy nią przemienieni stawali się światłem dla innych i prowadzili ich do Jezusa.

Agnieszka Kozłowska

Cytaty za: s. Ann Shields, Ogień w moim sercu. Klucz do życia pełnego miłości i modlitwy; s. Ann Shields, Światło w burzy życia [konferencja audio][dostęp:] www. budujemyludzi.pl  

Artykuł z "Posłania" 1/2017