Szaleniec z Granady

W jednym z listów napisał o sobie: Brat Jan Boży, najmniejszy ze wszystkich, gotów umrzeć, gdy Bóg zechce, który czeka w milczeniu, ma nadzieję w Bogu i pragnie służyć Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, którego jest niewolnikiem. Amen. Jezu. Jestem niewolnikiem gorszym niż inni ludzie, często łotrem i zdrajcą: bardzo tego żałuję, ale powinienem żałować więcej. Oby Bóg raczył mi przebaczyć i zbawić wszystkich!

To zaskakujące wyznanie może być potraktowane jako duchowe świadectwo człowieka, którego losy, choć trudne i splątane, pozwoliły mu dojrzeć do niezwykłego powołania – służby najbardziej chorym i potrzebującym, nie tylko na ciele.

Doświadczenie cierpienia

Życie św. Jana Bożego, choć to postać czasów odległego nam Odrodzenia, mogłoby być kanwą niejednego filmu. Nie ma chyba świętego, który doznałby tylu życiowych zawirowań i przygód. Dość wspomnieć, że już jako ośmioletni chłopiec, jedyne dziecko średniozamożnych sklepikarzy z portugalskiej mieściny zwanej Montemayor El Nuevo, został podstępem uprowadzony przez wędrownego studenta wabiącego go opowieściami o ciekawych krajach i ich bogactwie. Poszukiwania chłopca, wszczęte po jego tajemniczym, nocnym zniknięciu, nie odniosły skutku, zaś obietnica bogactw okazała się, oczywiście, fatamorganą. Wędrowny młodzieniaszek cynicznie korzystał z towarzystwa chłopca, bo - nazywając go wszędzie sierotą, którego przygarnął z przytułku - budził życzliwość u ludzi, zyskując po drodze większe jałmużny i dobre noclegi. Kiedy natomiast wędrowcy dotarli do Hiszpanii i coraz bardziej ciążyła mu obecność dziecka, porzucił je na rynku miasteczka Oropesa i uciekł. Dopiero nad ranem kolejnego dnia zainteresowano się chłopcem, który – jak się okazało - nie wiedział, skąd pochodzi, nie znał swojego nazwiska i na dodatek nie mówił w tutejszym języku. Próba zwrócenia dziecka rodzicom okazała się przez to daremna. Dopiero po prawie 30 latach Jan dotarł do rodzinnej miejscowości, gdzie spotkał sędziwego wuja i od niego poznał losy swoich rodziców. Okazało się, że wkrótce po jego ucieczce z domu matka umarła ze zgryzoty, zaś ojciec, straciwszy wszystkich swoich bliskich, wstąpił do zakonu franciszkanów w Lizbonie, gdzie też po kilku latach dopełnił żywota.

Choć ośmioletnim Janem zaopiekowała się w Oropesie rodzina tamtejszego zarządcy trzód i traktowała jak własne dziecko, próbując zrekompensować mu braki rodzicielskiego ciepła, jako dorastający młodzieniec nie czuł się on do końca szczęśliwy. Mimo wdzięczności i przywiązania do swoich opiekunów, którzy byli skłonni przekazać mu nawet rodzinne dobra i rękę zakochanej w nim ich własnej córki, czuł, że nie będzie spełniony, wiodąc spokojne, rodzinne życie. Głęboko w sercu przeczuwał, że pociąga go coś innego. Wykorzystując wojenne nastroje w Hiszpanii, po czternastu latach od uprowadzenia opuścił on Oropesę i zaciągnął się do wojska, by wziąć udział w starciach hiszpańsko-francuskich. Tam doświadczył trudów życia wojennego, pogardy i nieuczciwości ze strony przełożonych, pokus fachu żołnierskiego, cierpienia spowodowanego ranami, aż w końcu cudem uniknął kary śmierci za rzekome nieprzypilnowanie łupów wojennych, które zostały pod jego opieką wykradzione. Niespodziewana pomoc przyszła w momencie, kiedy wykonywano już egzekucję skazanego. Został zrehabilitowany, zwolniony ze służby i szczerze zniechęcony wojennym doświadczeniem powrócił do Oropesy. W jego sercu kołatało się wciąż pytanie o sens cudownego ocalenia: do czego Bóg miał go wyznaczyć, skoro nie dopuścił do jego śmierci? Po kilku latach spokojnego życia Jan - zapominając już o goryczy płynącej z poprzedniego wyboru - znowu przyjął mundur żołnierski i dotarł z wojskiem aż na Węgry, aby stawić czoła najazdowi tureckiemu. Z tych doświadczeń wojennych wyniósł lekcję o niegodnym traktowaniu człowieka i trudnym losie żołnierskim, słabości kondycji ludzkiej, ale także wzmocnił w sobie ducha walki i poszukiwania sensu własnego życia. Jego tęsknota za czymś, co go w głębi serca pociągało, a czego ciągle nie mógł jasno rozpoznać, wzmagała się.

W trakcie powrotu z wojennej tułaczki dotarł do Portugalii, by poznać w rodzinnym Montemayor El Nuevo tragiczne losy swoich rodziców. Powróciły cierpienia, które przeżywał jako dziecko po ucieczce z domu. Pogłębiły je dodatkowo wyrzuty sumienia i poczucie winy za tragedię, której był nieświadomym sprawcą. Próbując poradzić sobie z tym dramatem duszy, a także szukając sposobu zadośćuczynienia za zło, jakie popełnił w życiu, Jan Ciudad – bo takie okazał się mieć nazwisko - wyjechał do Afryki, do Ceuty. Najął się tam do wycieńczającej pracy przy budowie murów obronnych miasta, a każde zarobione z trudem pieniądze oddawał pewnej rodzinie, skazanej na wygnanie, z którą zaprzyjaźnił się w trakcie podróży i której dramatyczna sytuacja wzbudziła w nim współczucie. Odmawiając sobie nawet podstawowych do przeżycia rzeczy, wielokrotnie przychodził z pomocą tym, którzy byli w większej potrzebie.

Ratować własną duszę

Trudne warunki życia oraz brak poszanowania, wolności i utrudnianie życia chrześcijan w tamtym miejscu były niejednokrotnie przyczyną ich apostazji. Szczególnie uderzyło w Jana przejście na mahometanizm jednego z jego towarzyszy ciężkiej pracy. Rozpacz z powodu zaparcia się wiary przyjaciela była wielka: O, ja biedny, co ja bym dał za tego brata, który odłączył się od wspólnoty ze świętą Matką Kościołem i wyparł się swojej wiary, byleby tylko trochę nie pocierpieć z powodu pracy! Pod wpływem cierpienia wewnętrznego zaczęły go dręczyć pokusy, jakoby sam stał się przyczyną tego grzechu. Gdy natarczywości diabelskie były coraz silniejsze, udał się do spowiednika, który nakazał mu - dla ratowania własnej duszy - wyjechać z Afryki i wrócić do Hiszpanii. Posłuszny nakazowi, Jan pożegnał się z zaprzyjaźnioną rodziną i niezwłocznie wsiadł na statek, którym dotarł do Gibraltaru. Tam pierwsze swoje kroki skierował do świątyni, w której się modlił: Bądź uwielbiony, Panie, albowiem, Twoja dobroć jest wielka, że wielkiego grzesznika, jakim ja jestem, a który na to nie zasłużył, raczyłeś uwolnić od wielkiego podstępu i pokusy, w jakie popadłem na skutek moich wielkich grzechów. Zaprowadziłeś mnie do bezpiecznego portu, gdzie ze wszystkich moich sił będę się starał Ci służyć, jeśli mi udzielisz swojej łaski. Błagam Cię przeto, jak tylko mogę, mój Panie, udziel mi jej i nie odwracaj ode mnie oczu Twojej łaskawości. Racz wskazać mi drogę, na którą mam wejść, żeby Ci służyć i na zawsze pozostać Twoim niewolnikiem. Użycz pokoju i ukojenia tej duszy, aby w nich znalazła to, czego bardzo gorąco pragnie.

Po kilku dniach przygotowań Jan Ciudad odbył spowiedź generalną. Często też wstępował do kościołów, by modlić się o dalsze rozpoznanie drogi, którą miałby kroczyć. Szukając tymczasem sposobu zarobkowania, najmował się do różnych prac, a za zaoszczędzone pieniądze kupił książki, którymi zaczął handlować. Starał się przy tym zachęcać do lektury tych pobożnych, jak Tomasza a Kempis O naśladowaniu Chrystusa. W czasie wędrówki od miasta do miasta doszło pewnego razu do niezwykłego spotkania. Idąc po kamienistej drodze, Jan spotkał małego chłopca, ubranego w łachmany i bosego. Początkowo, wzruszony jego niedostatkiem i widokiem pokaleczonych stóp, był gotów oddać mu własne buty. Okazały się one jednak za duże i uniemożliwiały małemu chodzenie. Przejęty chęcią pomocy Jan wziął więc go na ręce i niósł wraz ze swoim dobytkiem na plecach. Kiedy zatrzymali się przy jakimś źródle dla odpoczynku, spostrzegł, że postać chłopca jaśnieje niezwykłym blaskiem, a w ręku trzyma on owocu granatu, z którego wyrasta krzyż. Ku swemu zaskoczeniu usłyszał słowa: Janie Boży, Granada będzie dla ciebie krzyżem! W tym samym momencie chłopiec zniknął. Rzeczywiście, wkrótce potem Jan Ciudad trafił do Granady (w języku hiszpańskim nazwa tego miasta brzmi jak nazwa owocu granatu), gdzie przy bramie Elwiry ustawił na stałe swój stragan. Miał wówczas czterdzieści lat.

Usłyszeć wołanie

Można powiedzieć, że był to czas, w którym Jan prowadził dostatnie, stateczne i spokojne, nawet beztroskie życie, a sprzedaż książek zapewniała mu utrzymanie. Zadomowił się w tym mieście, był rozpoznawalny i wielu ludzi ceniło go i szanowało. Niespodziewany przełom nastąpił 20 stycznia 1539 r., kiedy to Jan usłyszał mowę znanego w owych czasach kaznodziei, który przybył do Granady. Jan z Avila - bo o nim tu mowa - zwany powszechnie „apostołem Andaluzji”, był franciszkaninem, kapłanem o niespotykanych talentach mówcy. Przyjaźnił się z takimi świętymi, jak Ignacy z Loyola i Teresa z Avila, wspierał też ich działalność. Biskup Sewilli, znając jego zapał ewangelizacyjny, wyznaczył go do misyjnej pracy wśród ludności swojej wielkiej diecezji. Stąd ten święty kapłan - dziś Doktor Kościoła - niestrudzenie wędrował i nawoływał do przemiany życia, rozprawiając o grzechu, potępieniu i miłosierdziu Bożym. Przyznać trzeba, że moc Boża towarzyszyła jego słowom, bo pod ich wpływem wielu przeżywało głębokie nawrócenie, jak na przykład Franciszek Borgiasz, wicekról Katalonii, który porzucił życie na wystawnym dworze, przywdział sutannę i wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

Jan Ciudad usłyszał więc w Granadzie kazanie słynnego Jana z Avila. Słowa, które wówczas wypowiedział święty kaznodzieja, wstrząsnęły nim: Gdy kazanie skończyło się, odszedł jakby od zmysłów. Zaczął głośno wołać i prosić Boga o miłosierdzie. Na znak pogardy wobec siebie (on, który już naprawdę szanował tylko to, co było godne szacunku), rzucał się na ziemię, bił głową w ściany, rwał sobie włosy z brody i brwi, a także robił inne rzeczy, skłaniając wszystkich innych do podejrzenia, że postradał rozum. Biegając po ulicach w otoczeniu śmiejących się i szydzących z niego dzieci i starszych, dotarł w końcu do swojego kramu z książkami i natychmiast rozdał wszystko, co tam miał. Pozbył się też całej swojej własności. Ogołocony, bosy i bez nakrycia głowy, biegał główniejszymi ulicami Granady. Wykrzykiwał, że chce iść ogołocony za ogołoconym Jezusem Chrystusem i stać się zupełnie ubogim dla Tego, który będąc ubogaceniem wszystkich stworzeń, stał się ubogim, aby ukazać im drogę pokory. (…) Gdy doszedł do głównego kościoła, padł na kolana, zaczął wołać i mówić: „Panie Boże, miłosierdzia! Okaż miłosierdzie wielkiemu grzesznikowi, który Cię obraził!”. Drapiąc sobie twarz, wymierzając policzki i rzucając się na ziemię, nie przestawał płakać i krzyczeć oraz prosić naszego Pana o darowanie mu grzechów.

Poruszone tym widokiem osoby - przekonane, że źródłem zachowania Jana była moc Boża płynąca ze słów kaznodziei - zaprowadziły go do Jana z Avila, który stał się odtąd jego spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Przekazał mu wówczas słowa umocnienia: Bracie Janie, nabierz odwagi w Panu Jezusie Chrystusie i zaufaj Jego miłosierdziu, albowiem On, który rozpoczął to dzieło, dokończy je. Bądź wierny i wytrwały w tym, co rozpocząłeś. Nie wracaj wstecz ani nie dawaj przystępu diabłu. Wiedz o tym, że ci, którzy do końca walczą w wojsku Pana jako dobrzy rycerze, będę radować się z Nim w chwale. Ci zaś, którzy odwrócą się od Niego plecami, jako tchórze, wpadną w ręce Jego nieprzyjaciół i zginą na zawsze. Gdy natomiast będziesz czuł się smutny i przygnębiony (czego nie może zabraknąć) z powodu różnych trudności i pokus, jakie zwykły przytrafiać się tym, którzy na nowo rozpoczynają toczyć walki Pańskie, przychodź do mnie. Znając twoje sińce i rany, sprawiające ci największy ból, oraz pułapki, przy pomocy których będzie z tobą walczył nieprzyjaciel, z łaską i pomocą naszego Pana znajdziesz zbawienne lekarstwo, dzięki któremu uleczysz duszę i nabędziesz nowych sił, by walczyć ze swoimi wrogami. Teraz natomiast idź z Bogiem i moim błogosławieństwem. Mam nadzieję, że Pan nie odmówi ci swego miłosierdzia.

Odkrycie drogi

Byli też i tacy, którzy zachowanie się Jana - publiczne oskarżanie się z win, tarzanie się w błocie, wyrywanie włosów z głowy, radosne przyjmowanie szyderstw i niezrozumiałe dlań napady śmiechu - potraktowali jako oznakę szaleństwa i umieścili go w miejscowym szpitalu na oddziale psychiatrycznym. Tam stał się on świadkiem nieludzkich warunków pobytu i traktowania najbardziej chorych. Doświadczył jako pacjent ówczesnych metod postępowania w szpitalach psychiatrycznych, spośród których za skuteczne narzędzie rekonwalescencji uznawano dotkliwą chłostę, oblewanie lodowatą wodą czy wrzucanie do surowej izolatki. Właśnie w tym czasie i w tak nieludzkim miejscu Jan Ciudad odkrył w sobie pragnienie - które okazało się głosem jego powołania - by stworzyć taki szpital, w którym chorzy będą traktowani z miłością i poszanowaniem i który nie odmówi pomocy nikomu, kto do niego przyjdzie. Doświadczywszy w całym swoim życiu wielokrotnie smaku cierpienia, osamotnienia, ubóstwa, stawał się wrażliwy na potrzeby ludzi przeżywających to samo. Wreszcie zrozumiał, że Bóg dał mu się poznać jako miłosierny i ukrzyżowany w ludzkiej nędzy, aby teraz on stał się narzędziem Jezusa współczującego i podnoszącego człowieka z wszelkiej choroby i upadku.

Po opuszczeniu szpitala Jan nie wrócił już do handlu książkami, lecz udał się w pielgrzymkę do Gwadelupy, aby zawierzyć Matce Bożej swoje życie i powołanie. Powrócił z niej do Granady, aby - jak usłyszał z ust dziecka w tajemniczym spotkaniu - w tym miejscu podjąć krzyż swej posługi ubogim i cierpiącym. Biografia podaje, że ten powrót do miasta, w którym wszyscy go znali i pamiętali, nie obył się bez wewnętrznej walki i zmagania z samym sobą. Jan, kiedy zbliżył się do znajomych stron, swoim zwyczajem, ponieważ było rano, po wysłuchaniu Mszy świętej, poszedł na górę po wiązkę drzewa. Wracając z nią, odczuwał tak duży wstyd, żeby wejść z nią do miasta, że w żadnym wypadku nie potrafił przejść przez bramę Młyńską, znajdującą się dosyć daleko od miejskiego targowiska. Dlatego oddał ją pewnej ubogiej wdowie, która, jak mu się wydało, potrzebowała drzewa. Kolejnego dnia sytuacja się powtórzyła. Tchórzostwo, wstyd, poczucie upokorzenia paraliżowały go całkowicie. W końcu Jan, aby przełamać własną niemoc i stoczyć ostateczny bój ze swą naturą, powiedział sobie: Ty, panie ośle, który nie chcesz wejść do Grenady z drzewem z powodu wstydu i honoru, teraz je stracisz. Zaniesiesz drzewo aż na główny plac, gdzie wszyscy, którzy cię znają, zobaczą cię i poznają, a wtedy stracisz posiadany animusz i pychę. Tak też się stało.

Początkowa nieufność i podejrzliwość co do stanu zdrowia i intencji Jana z czasem przemieniła się w ludzką życzliwość. Mieszkańcy miasta, obserwując niegasnący zapał i podziwiając wytrwałość Jana, dostrzegli, że szaleństwem, które ogarnęło jego serce i umysł jest prawdziwa i głęboka miłość Boża. Nią kierowany codziennie wychodził na ulice i szukał tych najbardziej potrzebujących, dzielił się z nimi wszystkim, co miał. Chodził od domu do domu w żebraczych łachmanach i zbierał jałmużnę na ich potrzeby. Jeszcze przed świtem wychodził z miasta, by zebrać chrust, który mógł sprzedać, aby jego prośba o wsparcie nie wydawała się niewdzięczna. Zdobywając swą postawą poważanie u miejscowego biskupa i z pomocą możnych ufundował wkrótce pierwszy szpital-przytułek, a potem kolejne. Spośród tych, które istniały w tamtym czasie, wyróżniały się one nowoczesnym  - dziś powiedzielibyśmy: ludzkim - podejściem do pacjenta, poszanowaniem zasad higieny i troską o potrzeby duchowe chorych.

Bracia, czyńcie dla siebie dobrze!

To była treść nietypowego zawołania, które Jan Boży - bo tak zaczęto go wkrótce nazywać - używał wobec tych, których prosił o jałmużnę na wsparcie swojego dzieła. Każdego ranka wychodził wcześnie na ulice miasta i wołał: Kto chce spełnić dobry uczynek? W ten sposób zachęcał ludzi do ofiarności i wskazywał, że czyniąc dobro innym, przede wszystkim czynią dobrze samym sobie, bo akty miłosierdzia są kluczem do nieba i szansą zbawienia własnej duszy. Choć pozyskał dla swojej sprawy znakomitych i wspaniałomyślnych przedstawicieli bogatych rodów, jednak potrzeby szpitala wzrastały, bo przybywało doń coraz więcej szukających różnorakiego wsparcia. Sam Jan Boży nie odmawiał nikomu, co więcej – szukał i przyprowadzał do przytułku tych, o których wszyscy zapomnieli, którzy sami nie mieli już sił prosić o pomoc. Troską jego serca było odnajdywanie osób, którzy nie ośmielają się szukać wsparcia z powodu wstydliwości albo żyjących w jawnym grzechu. Niejednokrotnie oddawał im własne, marne odzienie, a użebrane pieniądze rozdzielał wszystkim, nie zostawiając niczego sobie. Przynosząc je do potrzebujących, mawiał: Bóg nas ratuje, bracia. Proście Pana za tych, którzy czynią wam dobrze.

Można by pomyśleć, że dzieło, do którego Jan Boży odkrył powołanie, rozwijało się bez trudności i było pasmem sukcesów. A jednak wielokrotnie doświadczał on, mimo ciężkiej pracy i gorliwości w zbieraniu jałmużny, niedostatku i braku potrzebnych środków na utrzymanie chorych i szpitala. Bóg ćwiczył go w wytrwałości i nieustannym zawierzeniu. W liście do przyjaciela, Guttiere Lasso, Jan zwierzał się: Ubodzy, którzy tu napływają, są bardzo liczni, tak że pytam nieraz sam siebie zdumiony, jak zdołam ich wszystkich wyżywić. (…) Kiedy jałmużny nie wystarczają na zaspokojenie wszystkich potrzeb, biorę na kredyt. Czasami też zdarza nam się pościć. Oto, w jakich długach i niewoli znalazłem się dla Jezusa Chrystusa. Winien jestem ponad 200 dukatów za koszule, płaszcze, buty, prześcieradła, kołdry i wiele innych rzeczy, niezbędnych w tym Bożym domu, a także za pożywienie dla małych dzieci, które tu porzucono. (…) Zdarza mi się, że na myśl o tak ciężkich długach nie ośmielam się wyjść z domu, zaś widząc cierpienia tylu ubogich, mych braci i bliźnich, ich wielkie potrzeby cielesne i duchowe, smucę się bardzo, że nie mogę im pomóc. Jednakże pokładam całą moją ufność w Jezusie Chrystusie: On uwolni mnie od długów, gdyż widzi moje serce. Dlatego powtarzam: przeklęty człowiek, który ufność, zamiast w Jezusie Chrystusie, pokłada w ludziach, którzy zawodzą. Jezus Chrystus jest wierny i stały. Troszczy się o wszystko. Wszyscy i wszystko niech ustawicznie oddaje Mu cześć. Amen. Jezu! Zaufanie Opatrzności Bożej było więc wieloletnią próbą nie tylko wytrwałości ciała, ale i ducha dla świętego.

Trwanie w pokorze

Pamięć o własnych występkach z przeszłości i świadomość ułomności ludzkiej natury, która niejednokrotnie buntuje się przed tym, do czego dusza jest pociągana, stymulowały Jana Bożego do nieustannej pracy nad sobą. Ascetyczne życie objawiało się u niego na wielorakie sposoby. Sam karmił chorych, zmywał po nich naczynia, pomieszczenia higieniczne, nie wymijając się od żadnej posługi. Spał na słomianej macie na poddaszu szpitala lub pod schodami. Jako ostatni udawał się na spoczynek, a budził się jeszcze przed świtem, aby doglądać wszystkich potrzeb i wychodzić do lasu po chrust na sprzedaż. Był czuły i litościwy wobec wszystkich, wobec siebie zaś twardy i wymagający. W jednym z listów pisał do wspomnianego przyjaciela, Guttiere Lasso: Nie przestawaj nigdy, całym sercem, ukochany mój Bracie w Panu, modlić się za mnie do Jezusa Chrystusa, aby obdarzył mnie siłą i męstwem do zwycięskiego zwalczania świata, złego ducha i ciała. Aby udzielić mi raczył pokory, cierpliwości, miłości bliźniego oraz odwagi do szczerego wyznawania moich grzechów i posłuszeństwa względem spowiednika mojego, do pogardzania sobą i miłowania samego tylko Jezusa Chrystusa. (...) W tym nieszczęśliwym życiu - żyć dobrze - to posiadać klucz do zbawienia. Wszystko inne jest niczym (8 stycznia 1550 roku).

Znana jest historia, kiedy to do Granady przybył młodzieniec z bogatego rodu, markiz de Tarifa, Piotr Enriquez i spędzał wieczór w towarzystwie swoich kompanów, kiedy z prośbą o jałmużnę zapukał do drzwi Jan Boży. Młodzieniec chciał zakpić z żebraka i wystawić go na próbę. Darował mu więc pokaźną sakiewkę dukatów, ale w chwilę potem przebrał się w łachmany, dogonił go w ciemnych uliczkach miasta i poprosił o pomoc, opowiadając zmyśloną historię swojego ubóstwa. Jan Boży, nie zastanawiając się długo, oddał mu wszystko, co przed momentem otrzymał i poszedł swoją drogą. Na drugi dzień markiz przybył do szpitala, by spotkać się z Janem, którego gest zrobił na nim wielkie wrażenie. Wówczas też zapytał go, czy przypadkiem nie został w drodze okradziony z sakiewki, którą od niego wieczorem otrzymał. – Na Boga, nikt mnie nie okradł – odpowiedział na to Jan Boży. Wtedy markiz zdradził mu swój podstęp i wręczył ponownie dar znacznie większy, niż poprzedniego dnia, dodając, aby uważał na to, komu pomaga, bo nie wszyscy mają szczere intencje. Jan Boży na taką uwagę zawsze odpowiadał prosto: Mnie nie oszukuje. Niech raczej uważa na siebie, bo ja daję mu z miłości Bożej.

Walka o dusze

Nad potrzeby ciała swoich podopiecznych Jan Boży stawiał potrzeby duszy, troszczył się o zbawienie nawet tych, którzy otwarcie szydzili z niego i nauki Kościoła. Święty miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej i piątek był dniem, kiedy z większą gorliwością wychodził na ulice miasta, by sprowadzać na drogi wiary tych, którzy z różnych powodów pobłądzili. Szedł ewangelizować nawet prostytutki, z których wiele udało mu się sprowadzić na dobrą drogę, stały się oddanymi żonami i pobożnymi niewiastami, a nawet pustelnicami, wiodącymi pokutnicze życie. Walka o dusze i próby ewangelizacji kobiet upadłych nie zawsze przynosiły jednak wielkie owoce. Gdy jakąś z nich wydobywał, inne wyzywały go, zniesławiały i wypowiadały wiele wyzwisk oraz szkalowały, że czynił to w złym zamiarze. Znana jest historia, kiedy to postanowił wraz z bratem posługującym w szpitalu pomóc czterem kobietom z domu publicznego, które skłonne były – pod wpływem jego zachęty – zmienić swoje życie. Nie wiedział, że zmówiły się one, aby wystawić go na pośmiewisko i wymyśliły historię, jakoby aby zakończyć z dotychczasowym życiem, muszą udać się do Toledo i załatwić tam pewne sprawy. Jan zgodził się im w tym pomóc, widząc w tym poświęceniu szansę na pozyskanie dusz dla Pana, zorganizował zwierzęta i zapasy do drogi, a sam szedł przy nich pieszo. Podróżni spotykający ich po drodze, niejednokrotnie szydzili i drwili na widok czterech kobiet w towarzystwie dwóch mężczyzn w łachmanach. Towarzysz Jana Bożego, zniecierpliwiony ilością obelg i niedwuznacznych pomówień, tracił cierpliwość, za to sam Jan trwał w milczeniu i pokorze. Po drodze jedna z kobiet niespodziewanie odłączyła się i uciekła od nich, natomiast w samym Toledo dwie następne również zbiegły. Na ten widok towarzysz Jana Bożego zaczął mu gwałtownie wyrzucać naiwność i marnowanie czasu oraz wysiłku na bezowocne działania. Święty odparł na te słowa: Czyż nie pomyślałeś o tym, że gdybyś pojechał do Motril po cztery skrzynki ryb i po drodze trzy z nich zepsułyby się, i tylko jedna została dobra, czy wyrzucając trzy zepsute, wyrzuciłbyś z nimi także dobrą? Jeśli z czterech, które wyprowadziliśmy, pozostaje nam jedna, która okazuje dobre zamiary, na twoje życie, bądź cierpliwy, aż wrócimy z nią do Granady. Miejmy nadzieję w Bogu, że jeśli nam ona zostanie, nasza podróż nie będzie daremna ani nie będzie to mała korzyść. Kobieta, która pozostała, poruszona postawą Jana Bożego, przemieniła swoje życie, uczciwie wyszła za mąż, a po śmierci małżonka wiodła życie pobożne i cnotliwe.

Gorliwość i świadomość potrzeb, jakie dostrzegał wokół siebie wśród zagubionych ludzi, ich zniewolenie i trudności w powrocie na dobrą drogę, nie pozwalały Janowi Bożemu spać spokojnie. Wielokrotnie walczył on też o dusze ludzkie z diabłem, który starał mu się przeszkodzić na różne sposoby, również fizycznie mszcząc się za dobro, które czynił. Wiele razy widziano Jana poturbowanego, jego towarzysze, wspierający go w pracy pośród chorych, byli czasami świadkami tych walk, które toczył z szatanem pojawiającym się pod różnymi postaciami. Mimo dotkliwych razów na ciele, wychodził z nich zwycięsko.

Trzeba jednak przyznać, że nie brakowało też przeciwników działalności „żebraka z Granady”, którzy mu ubliżali i szemrali przeciwko niemu, mówiąc, że była to pewna odmiana szaleństwa, jaka mu pozostała od czasu, gdy chodził po ulicach pozbawiony rozumu. Twierdzili, że szybko upadnie, bo nie ma fundamentu. Dlatego mieli go na oku i podpatrywali, do jakich wchodzi domów, dowiadując się, co tam mówi i robi. Śledzili go także z ukrycia. Mimo uciążliwości i niesprawiedliwości, której doświadczał ze strony osób nieżyczliwych, zachowywał spokój i radość i nigdy nie widziano go wzburzonego lub podnieconego gniewem. Pan udzielał mu wielkiej cierpliwości do znoszenia tych utrapień. Z czasem też wrogo nastawieni do niego ludzie przekonywali się, że to człowiek święty i zawstydzeni zaprzestawali rozpowszechniania plotek i oszczerstw. Niektórzy mimo woli chwalili go i dawali mu jałmużnę, kiedy go spotykali. Kiedyś też zdarzyło się, że kobieta, którą wyprowadził z grzesznego życia i pomógł dobrze wyjść za mąż, nieustannie naprzykrzała mu się, przychodząc do niego co chwila po prośbie. On za każdym razem pomagał jej, a gdy zdarzyło się, że nie miał jej już co dać i ofiarował jej własny płaszcz, wówczas ona napadła na niego i zaczęła mu publicznie ubliżać. Jan Boży odparł na to: Wcześniej czy później i tak muszę ci przebaczyć. Zatem przebaczam ci już teraz. Ta sama kobieta w dniu pogrzebu świętego szła na czele procesji żałobnej, lamentując nad swoją grzesznością, spowiadając się publicznie ze swoich złości i chwaląc przykład Jana Bożego, dzięki któremu zrozumiała swe postępowanie.

Wielkie dzieło

Pan wezwał do siebie Jana Bożego 8 marca 1550 roku, po 55 latach życia. Jego śmierć wiązała się również z aktem miłosierdzia, gdyż, chcąc ratować chłopca, którego porwał nurt rzeki, bez wahania wskoczył w lodowate fale i wyłowił go. Przypłacił to ciężką chorobą. Zanim pożegnał się z tym światem, zdążył jeszcze ostatkiem sił odwiedzić wszystkich swoich dobroczyńców i podziękować im za pomoc oraz dokładnie spisać wszelkie należności, które zalecił spłacić swym współpracownikom. Umarł w nocy, zatopiony w głębokiej modlitwie i pozostał w postawie klęczącej przez następne 6 godzin po śmierci.

Nikt nie widział wcześniej takich tłumów, jak w dniu pogrzebu Jana Bożego. Przybyli na niego osoby z różnych stanów od najuboższych i chorych, którymi się zajmował, po dostojników kościelnych i możnych panów, których przedstawiciele zapragnęli w hołdzie nieść trumnę zmarłego. Pozostawił on w duchowym testamencie swoim współpracownikom, którzy kontynuowali rozpoczęte przez niego dzieło, troskę o tych najbardziej potrzebujących nie tylko w szpitalu, ale w jadłodajni, przytułku i wszędzie tam, gdzie będzie to potrzebne. Kanonizacja świętego z Granady odbyła się w 1690 r., zaś Zakon Braci Miłosierdzia, który zainspirował swą działalnością Jan Boży, powstał w roku 1572, za zgodą papieża Piusa V. Bonifratrzy, bo tak też są dziś nazywani, jak obiecał Jezus ich założycielowi, posługują od wieków wiernie temu samemu charyzmatowi.

Agnieszka Kozłowska

Na podstawie: Francisco de Castro, Historia życia i świątobliwe dzieła Jana Bożego; Wilhelm Hunermann, Żebrak z Granady; www.bonifratrzy.pl  

Artykuł z "Posłania" 2/2014