Weźcie udział w trudach dla Ewangelii

Czterdzieści czy sto lat temu kaznodzieje zaczynali od słów: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, a potem dodawali: „A teraz pomódlcie się za mnie”. I lud odpowiadał, na przykład modlitwą „Zdrowaś Maryjo”.

To inspiracja, którą mamy od św. Pawła. Niedawno obchodziliśmy rok jemu poświęcony. Czy w tym czasie przeczytaliśmy wszystkie jego listy? Taki rok jest zachętą, żeby do nich powrócić. Na pewno zauważyliście, że kiedy pierwszy raz się coś czyta, sporo się rozumie. Drugi raz – jeszcze więcej. Trzeci raz – okazuje się, że wiele rzeczy nam wcześniej umknęło. Trzeba wytrwałości i uporu do tego, żeby poznawać Boga. Jak Go poznajemy? Święty Hieronim mówił, że jeśli ktoś nie zna Pisma Świętego, nie zna tym samym Chrystusa. Ale to nie znaczy, że mamy studiować jak bibliści, a potem napisać grubą książkę, którą niewielu ludzi przeczyta, może tylko specjaliści. Mamy czytać trochę inaczej. Kiedy byłem w nowicjacie, dali nam do lektury książkę, w której było napisane: „Należy czytać na kolanach” – czyli z pokorą, jako Słowo Boże. O tym właśnie mówił św. Paweł. Wiele razy, kiedy pisał do swoich uczniów, do chrześcijan, których doprowadził do Ewangelii, podkreślał, że przyjęli Apostołów jako głosicieli Boga, a to, co mówili – jako Słowo Boże, a nie ludzkie. Jak więc podchodzimy do Pisma Świętego i poznawania Boga?

Jeżeli poznajemy Boga, chcemy potem Go przekazać innym i tak jak św. Paweł bierzemy udział w trudach dla Ewangelii. Każdy jednak inaczej to realizuje. Ksiądz ma swoje trudy, zakonnik inne,   kobieta ma dziecko niepełnosprawne albo dwoje – czy podejmuje w ten sposób trud dla Ewangelii? Moi drodzy, każdy wysiłek, jaki wykonujemy, to jest coś, co może być użyte przez Boga dla Ewangelii. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus została patronką misji, a nie opuszczała swojego klasztoru. Kiedy szła do chóru (kaplicy zakonnej), a była już chora na gruźlicę, zajmowało jej to 40 minut, choć miała do pokonania 50 czy 60 metrów drogi. Trzymała się ściany i mówiła: „Może jakiś misjonarz przeżywa trudności, chcę mu w ten sposób pomoc”. W Warszawie, gdzie w tej chwili jestem, był brat oddelegowany jako referent misji, czyli załatwiał rożne sprawy administracyjne misjonarzy – w Gabonie, w Szwecji, na Łotwie, na Białorusi, w Ameryce Środkowej, organizował im wakacje, zbierał środki na misje. Przyszli do niego ludzie i pytali, co mogą zrobić dla misji. I co wymyślili? Chór misyjny. Pięknie śpiewają na mszy świętej. Przychodzą godzinę wcześniej, ćwiczą, rozgrzewają głosy, w innym dniu tygodnia mają próby. Można więc i w ten sposób pomagać misjom. Jeżeli się bierze udział w trudach dla Ewangelii, to jakikolwiek wysiłek, jeśli jest przez nas ofiarowany Panu Bogu, służy misjom.

Jesteśmy wezwani do ewangelizacji. O świętej Katarzynie Laboure – tej od Cudownego Medalika – siostry w zakonie nie wiedziały, że miała objawienia. Po nowicjacie wysłano ją na wieś, żeby się zajmowała krowami. I pracowała w gospodarstwie. W zakonie była znana jako „siostra od krów”, a nie jako siostra, która miała objawienia Matki Bożej, która przekazała jej tak wielką nowość, jaką był Medalik, nazwany potem cudownym – bo czynił cuda, ludzie się nawracali. Słyszeliście na pewno o Żydzie Ratisbonnie, który się nawrócił, bo przyjaciel jego brata dał mu ten medalik i powiedział, żeby go nosił. Ratisbonne przyjął go, a ów się modlił wraz z innymi za niego i potem w kościele św. Andrzeja w Rzymie ukazała mu się Matka Boża. Przypominając to wydarzenie, o. Maksymilian Kolbe odprawiał przy tym ołtarzu swoją mszę prymicyjną, a Medalik stał się jego amunicją ewangelizacyjną. Kto może go rozdawać? Wszyscy. Czy tylko rozdawać? To za mało. Ojciec Maksymilian założył pismo, wy też je macie. Ale ośmiuset braci w Niepokalanowie modliło się, żeby to dzieło przynosiło owoce. Teraz jest ich mniej, około dwustu, kiedyś było ich aż tylu. Żyli w wielkiej biedzie. Rozmawiałem z jednym bratem, który pamiętał jeszcze ojca Maksymiliana. Mówił, że mieszkali w barakach, w których było strasznie zimno, głodno, ale ci bracia mieli udział w trudach dla Ewangelii. Jeden był piekarzem, drugi strażakiem, trzeci robił coś innego – wszystko zorganizowano na wzór miasta. Sposobem ewangelizacji stał się medalik i pismo, ale oni wzięli udział w trudach, znosząc cierpliwie te warunki. Trudno było je przyjąć.

Teraz, po 50 latach, jest tam wygodnie, ciepło, pobudowano wszystko nowe, ale to nie znaczy, że trudu nie ma. Może być trud taki, jak był kiedyś, że się chodziło boso i marzło. Pierwsi franciszkanie nie mieli klasztoru, spali, gdzie się dało, byleby nie padało na głowę. Ale potem wszystko stało się bardziej wygodne. I gdzie podział się ten trud? Jest nim na przykład cierpliwe znoszenie braci; w małżeństwie – cierpliwe znoszenie swojej żony albo męża. To wszystko można ofiarować dla Ewangelii, nawet dla konkretnego dzieła, czyli wspólnoty, w której jesteśmy. Możemy należeć do niej ściśle, a możemy być choćby sympatykami. Kiedyś prowadziłem trzeci zakon. Na spotkania przychodzili też ludzie z zewnątrz, żeby posłuchać. Przyjmowaliśmy ich i nazywaliśmy sympatykami. Niektórzy wstąpili potem do trzeciego zakonu, niektórzy nie. Ale robili bardzo dobre rzeczy. Niektórzy z nas nie mieli pewnych umiejętności, a tam był nauczyciel, ktoś inny miał zdolności graficzne, i to działało.

Jeżeli mamy wziąć udział w trudach dla Ewangelii, to popatrzmy, jakie jest nasze życie. Czy jest ono łatwe i szukamy łatwizny? Czego szukamy? Jeśli porównamy się z innymi, to stwierdzimy, że mają gorzej. Jeżeli jednak nawet ktoś mieszka w pałacu, to musi sprzątać – a sprzątać duży dom jest trudniej niż małe mieszkanie w bloku. We wszystkim możemy znaleźć jakiś trud. Nie szukamy go specjalnie, on już jest. To, co jest w tym istotne, to nasza czysta intencja. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła, że trzeba oczyszczać intencje. Na czym to polega? Pomyślmy: dla kogo to robimy? Teresa dostała kiedyś polecenie, żeby postawić bukiet kwiatów przed figurą Serca Pana Jezusa. Było to jakoś dla niej ciężkie do wykonania. Doświadczaliśmy czegoś takiego? Czasami drobna rzecz jest niesamowicie trudna do realizacji. Żona mówi: „Zrób to czy tamto”, a wydaje się, jakby trzeba było wejść na Mont Everest. Teresa powiedziała sobie: „Robię to dla Pana Jezusa”. I nagle poczucie ciężaru odeszło, postawienie bukietu kwiatów stało się łatwe. Do św. Katarzyny Laboure Matka Boża powiedziała: „Pan Jezus dał ci wielkie zadanie, wielką misję do spełnienia. Wykonasz ją, jeśli będziesz czyniła wszystko na chwałę Bożą”. To jest właśnie misja ewangelizacyjna – działanie dla chwały Bożej. Dla chwały Bożej św. Katarzyna myła krowy, ścieliła im w oborze, wynosiła gnój, doiła i robiła inne rzeczy, które się robi przy krowach. Ale jej czysta intencja działała w całym Kościele. Tak samo czyniła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. I my tak samo możemy robić. Ksiądz odprawia msze, a siostry zakonne wykonują zwykłe prace: sprzątają, piorą, gotują, cerują – to wszystko, co się robi w domu – ale w jakim duchu, dla kogo? Dla chwały Bożej. Dlaczego intencja jest taka ważna? Bo wtedy łączymy się z samym Bogiem. Jeżeli robimy coś dla Boga, stawiamy bukiet przed figurą Pana Jezusa czy sprzątamy kościół, a mamy tę intencję, to działamy dla chwały Bożej. No dobrze, ale ktoś sprząta kościół, bo proboszcz jest przystojny, bo go lubi, bo mówi ładne kazania, jest miły w obejściu. Czy to jest dobre? Mogłoby być lepsze. W sumie ksiądz powinien być taki. Pan Jezus powiedział, że kto da szklankę wody prorokowi dlatego, że jest prorokiem, uczniowi dlatego, że jest uczniem, otrzyma nagrodę proroka, otrzyma nagrodę ucznia. Dlaczego? Ponieważ wziął udział w ewangelizacji.

To, co Pan Jezus powiedział, jest ważne. Jeśli ktoś pomaga proboszczowi, to dostanie nagrodę proboszcza – idąc tym tokiem rozumowania. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie może sam ewangelizować. Proboszcz, biskup, papież sami nic nie zrobią. Cały Kościół działa. W tym właśnie organizmie taka pomoc, choćby szklanka wody podana z czystą intencją, na chwałę Bożą, dlatego, że ktoś jest uczniem, prorokiem, powoduje, że pomagający otrzyma taką samą nagrodę, jak ten prorok czy uczeń. Dlaczego tak jest? Bo Pan Bóg jest dobry, hojny. Nie będzie odliczać: „No, za jedną szklankę dam ci jedną milionową część przyjemności królestwa Bożego”. Daje całość, ale za czystą intencję. Czytałem w pewnym objawieniu, że ktoś widział świętych, którzy mieli pewne zasługi i byli ozdobieni nimi w niebie. Dzisiaj ozdoby to medale, ordery, a w niebie to coś innego. Ale widział też ludzi, którzy byli ozdobieni tymi samymi zasługami, które mieli ci święci, ale oni nie dokonali tych czynów, co tamci. Ten ktoś, kto to widział, zastanawiał się, jak to możliwe. Jego przewodnik czy mentor odpowiedział: „Oni się modlili o kanonizację tego świętego, dlatego są ozdobieni jego zasługami”. Ten święty już dokonał swego, przeżył własne życie, jest w niebie i ma swoje miejsce i chwałę, ale jego misja na ziemi jest kontynuowana. A ten, kto się modli o jego beatyfikację czy kanonizację, wspiera dzieło, które powinno się rozszerzać w całym Kościele. Jeżeli ktoś uczestniczy w ewangelizacji, której dokonał ten święty, potem w niebie jest ozdobiony jego zasługami, bo Pan Bóg jest wspaniałomyślny. Tak jak w przypowieści ewangelicznej, kiedy za godzinę pracy – bo niektórzy przyszli późno – przy winnicy Pańskiej wynagradza tak samo, jak tych, którzy pracowali od samego rana, 12 godzin. Dlaczego? Bo Bóg jest dobry i nie będzie nam wyliczał. Kiedy idziemy do pracy, to za godzinę pracy jest tyle, za 8 godzin – tyle. Pan Bóg jednak tak nie kalkuluje, dlatego warto wziąć udział w trudach dla Ewangelii, a każdy może to zrobić przez czystą intencję. Ktoś, kto nie wychodzi z domu, tylko zajmuje się dziećmi, praniem, gotowaniem, ale ma czystą intencję, wspomaga tych, którzy pracują bezpośrednio w ewangelizacji, np. zespół pracujących przy czasopiśmie, składających je, robiących wywiady. To trud. Zapytajcie ich, czy to łatwe złożyć to czasopismo.

A ile się na co dzień napotyka trudności. Dlaczego ich doświadczamy? Idziemy coś załatwić – urzędnik ma słaby dzień. Załatwimy? Może nawet nie. Pójdziemy do księdza – to samo, ma zły dzień. Kiedy idziemy do niego w jakiejś sprawie, to czy odmówimy najpierw trzy Zdrowaś Maryjo w jego intencji? A przecież to ewangelizacja. Czy on jej nie potrzebuje? Słyszałem, że jakiś ksiądz mówił, że właśnie to dało mu do myślenia. Człowiek w ten sposób bardziej dojrzewa. Doświadczamy tego na każdym kroku. A w rodzinie czy może być ewangelizacja? Żona ewangelizuje męża, mąż – żonę. Od czego jednak zależy skuteczność? Najpierw trzeba uwierzyć, że małżeństwo to jest instytucja Boża, że w nim cały czas jest obecny Chrystus i to, co robi mąż czy żona, jest wpisane w plan Boży. Trzeba uwierzyć, że żona jest dana jako odpowiednia pomoc dla mężczyzny, jak jest napisane w Księdze Rodzaju. Ale czy mężczyzna w to wierzy? Ona coś powie i to może być bardzo dobra rzecz, ale on nie uwierzy, powołując się na to, że maż jest głową, a żona powinna być posłuszna, więc niech nic nie mówi i siedzi cicho. A nie może ona służyć dobrą radą? Wątpiącym dobrze radzić to jeden z uczynków miłosierdzia co do duszy. Czy mąż może zapytać żonę? Ona jest też po to, żeby poradziła. A żona powinna powiedzieć dobrze? Tyle, że musi się też modlić, żeby to było od Boga. Powinna wierzyć w to małżeństwo. Jest powiedziane, że mąż jest głową rodziny, a żona ma być mu posłuszna. Sara nazywała swojego męża panem – święty Paweł to przypomina. Inne jest działanie męża, a inne żony, ale wzajemnie się oni uzupełniają, upodobniają. Święty Paweł przyrównuje to do Chrystusa i Kościoła. Chrystus jest Głową, a Jego Oblubienicą – Kościół. On jest posłuszny Chrystusowi. A w jaki sposób Bóg postępuje wobec niego? Oddaje Swoje życie. Tak kocha Kościół, aż do końca. Wyrażenie św. Jana: „do końca ich umiłował” oznacza, że bardziej już nie mógł. Tak więc mąż powinien kochać swoją żonę tak, że bardziej już nie można. Życie oddaje się też w codziennym trudzie, od rana aż do wieczora. W ten sposób bierzemy udział w trudach dla Ewangelii, każdy na swoim miejscu. Ktoś jako mąż, ktoś jako ojciec, jako żona, jako matka, córka, studentka, lekarz, nauczyciel, robotnik, dyrektor, policjant – każdy powinien wziąć w tym udział.

Społeczeństwo nie jest z przypadku. Wszystko to zorganizował Bóg, tylko Jego myśl nie zawsze jest realizowana, bo ludzie próbują to, co On ustanowił, modyfikować. Mówią, że Pan Bóg to stworzył, ale nie do końca dobrze, więc zrobimy to lepiej. Tak też się modyfikuje małżeństwo i wiele innych rzeczy. Dlatego jest potrzebna ewangelizacja, żeby powrócić do prawdy, do początku, uwierzyć w to wszystko, co Pan Jezus uczynił. A przyszedł, żeby dokonać nowego stworzenia. On sam to mówi do Apostołów: wy, którzy byliście przy nowym stworzeniu (zob. Ef 2,1-10; 2 Kor 5,17). Tak nazywa ewangelizację, bo z grzeszników stwarza świętych. To, co zostało zepsute przez grzech pierworodny, teraz się naprawia. Pan Bóg doprowadza nie tylko do stanu pierwotnej niewinności, nie tylko ziemskiej – dochodzimy do czegoś więcej, do nieba, do oglądania samego Boga. Pierwsi rodzice w raju mieli z Nim kontakt, poznanie, ale znacznie mniejsze niż teraz. Współcześnie dokonuje się coś więcej, a my bierzemy w tym udział, kiedy uwierzymy i podejmiemy się trudu głoszenia Ewangelii, każdy na swój sposób – czy to śpiewając, czy to wychowując swoje dzieci. Każdy jest niezwykle cenny. Jeżeli coś robimy święcie, zmieniamy świat, choćby modlitwą. „Modlitwa rządzi światem” – powiedział św. o. Pio. Kiedyś Pan Jezus objawił się św. Małgorzacie Marii Alacoque i powiedział: „Za grzechy Europy wydam ją pod władzę Turków na 500 lat”. Na to ona w każdy czwartek od 11 do 12 w nocy, w godzinę świętą, leżała krzyżem przed Najświętszym Sakramentem, wynagradzając za grzechy Europy. Po roku Pan Jezus ukazał się jej na nowo i powiedział: „Przyjmuję twoje wynagrodzenie. Nie wydam Europy pod władzę Turków, tym bardziej że znajdzie się król, który, pokonawszy ich, nie przypisze sobie tego zwycięstwa”. To był Jan III Sobieski, który napisał z pola bitwy: „Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Ale od czego się to zaczęło? Od modlitwy jednej siostry zakonnej. Czy to było łatwe leżeć krzyżem od 11 do 12 w nocy? Pan Jezus kazał też modlić się Apostołom w Ogrójcu, a oni zasnęli. Stało się to dla naszego pouczenia. Musimy robić inaczej. Wszystko zaczyna się od modlitwy, potem jest działanie. Święta Małgorzata nic nie zrobiła, nie wyszła z klasztoru, nie walczyła mieczem ani szablą. Ktoś inny to zrobił, kto wziął udział w tym dziele. Możemy zacząć od tego, że zmieniamy samych siebie. To jest najlepsze. Patrzymy na ten świat i narzekamy: to źle, tamto źle, to niedobrze, biskupi – szkoda gadać, papież – rożnie mówią, ksiądz proboszcz to już w ogóle. Przychodzi kiedyś dziennikarz do Matki Teresy z Kalkuty i mówi: „Matko Tereso, co trzeba zmienić w Kościele, żeby było dobrze?”. A ona na to: „Mnie i ciebie”. Od tego się zaczyna. Zmieniamy się sami, uświęcamy się, a potem coś wielkiego się dzieje w świecie.

Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.  

o. Andrzej Dejer OFM Cap

Konferencja wygłoszona 16 II 2015 r. w Toruniu podczas spotkania modlitewnego wspólnoty Posłanie, wydrukowana w "Posłaniu" 3/2015