Żebym tylko miłować umiała

Szukając woli Bożej

Zaczęło się od skandalu, i to na cały Wiedeń. Młodziutka hrabianka Józefina zerwała zaręczyny. „Pff! Patrzcie ją! – chichotały jej rówieśniczki, arystokratki, wymieniając porozumiewawcze uśmieszki za eleganckimi wachlarzami – Co ona sobie myśli? Na pewno zostanie starą panną!”. Józefina zdaje sobie sprawę z plotek, z obmawiania jej za plecami. Cierpi, ale... modliła się przecież o wolę Bożą. I wyraźnie czuje, że jej narzeczony – dobry, młody oficer – nie jest dla niej.

Czeka i modli się, choć nieraz nachodzą ją wątpliwości. Mając 30 lat jest już uważana za zdeklarowaną starą pannę (w końcu to XIX wiek). „Szkoda – mawiają niektórzy – taka energiczna, ładna, mądra kobieta i nikt jej nie chciał”.

Wtedy właśnie poznaje Antoniego. Jest wdowcem, starszym od niej. Ma trójkę małych dzieci i wciąż jeszcze przeżywa śmierć młodej żony. Ale... jest w nim coś takiego, co sprawia, że Józefina zaczyna bardzo intensywnie pytać: „Czy to jest wola Boża?!”. Pobierają się dwa lata później. Tworzą dobraną parę – łączy ich przede wszystkim miłość do Boga, ale też fascynacja krajem, którego wtedy nie ma na mapie – bo Antoni jest Polakiem (choć trzeba przyznać, że Józefina nigdy nie nauczy się porządnie polskiego i nawet mieszkając wiele lat w Lipnicy Murowanej będzie go nielitościwie kaleczyć). Nieraz przeżyją bardzo trudne chwile – Józefina jest w stanie błogosławionym aż dziewięć razy, ale dwójka maleństw umiera tuż po urodzeniu; spotka ich też nagła utrata majątku. Jednak pośród trudnych doświadczeń spływa na nich obficie Boże błogosławieństwo.

Czworo z ich dzieci jest dziś dobrze znanych. Słudzy Boży: Włodzimierz – jezuita i Ignacy – generał zmarły w obozie w Gross Rossen. Błogosławiona Maria Teresa – dama dworu, która została patronką misji. I Julia, która bardziej jest znana pod swoim zakonnym imieniem – św. Urszula Ledóchowska.

Żebym tylko miłować umiała!

Aż do szesnastego roku życia byłam rozpuszczonym łobuziakiem, wdrapywałam się na wszystkie drzewa, nie tylko w ogrodzie, ale nawet na spacerach szalałam jak głupia – przyznaje ze szczerością przyszła święta. Pomysłowa i tryskająca energią, co i rusz wymyśla niespodzianki czy zabawy dla młodszego rodzeństwa (które zresztą nazywa ją „drugą mamusią”, a rodzice – „promykiem”). Józefina i Antoni zachęcają dzieci do odważnego podejmowania wyzwań czy znoszenia niewygód. Nauka dzielenia się z innymi, poszanowania drugiej osoby, niestrzelania fochów czy kapryszenia w takiej gromadce przychodzi naturalnie. Dzieci widzą też, w jaki sposób pobożność rodziców wpływa na ich życie. Mama codziennie rano wychodzi na mszę świętą. Gdy patrzyłyśmy na matkę zawsze pogodną, spełniającą dobrze swoje obowiązki, to w naszych dziecięcych duszach wyczuwałyśmy, że to wynik jej obcowania z Bogiem – wspomina córka Franciszka. Potem, gdy już osiądą w Polsce (bo początkowo Ledóchowsccy mieszkają w miejscowości Loosdorf, w Austrii), kiedy dorastające dzieci nie będą już wymagać takiej opieki, Józefina zimą dzierga czapki, rękawiczki i skarpetki dla maluchów z ubogich rodzin. Czasem, kiedy mali Ledóchowscy ukradkiem zaglądają do gabinetu ojca, widzą go klęczącego przed wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej, zatopionego w modlitwie. To on zabiera ich na wycieczki, do teatru, na wystawy, uczy rysunku, w fascynujący sposób opowiada o świętych i oczywiście o rodzinnych bohaterach – a ma o kim opowiadać. Zresztą dewizą tego rodu jest zawołanie: „Bacz na obyczaje przodków!”. Wielu ich zacnych protoplastów wybierało służbę Bogu lub służbę Ojczyźnie. Co wybierze „szalona Julka” – bo tak dorastającą hrabiankę nazywają w Lipnicy, do której Ledóchowscy przenoszą się w 1883 r.? Skąd takie miano? Zaledwie osiemnastoletnia arystokratka jeździ po wsiach, troszczy się o biednych, chorych, katechizuje… a dwóch wiejskich chłopców dzięki jej opowieściom (a także wsparciu finansowemu) obierze w przyszłości stan duchowny. Trzy lata później, a w rok po śmierci ojca, Julia wstępuje do urszulanek w Krakowie. Co prawda nie bez pewnego wahania (zastanawia się jeszcze nad innym zgromadzeniem), ale im bliżej profesji zakonnej – podczas której przyjmie imiona Maria Urszula – tym bardziej jest przekonana, że pełni wolę Bożą. W liście do brata Włodzimierza tak pisze o swoich pragnieniach: Z tęsknotą wyglądam tego dnia szczęśliwego, który ma na zawsze połączyć mnie z Jezusem moim. Żebym tylko miłować umiała! Palić, spalać się miłością…

Różowe sukienki

Kolejnych dwadzieścia jeden lat spędza w Krakowie, zgodnie z charyzmatem zgromadzenia zajmując się wychowaniem dziewcząt. Z myślą o studentkach zakłada dla nich internat (pierwszy w Polsce!). Dzięki jej staraniom rozkwita też Sodalicja Mariańska. Jedna z uczennic pisze: Miała wspaniałe podejście do młodzieży: proste, pełne miłości i szacunku dla każdej. Uczennice kochały ją i ceniły prawdziwie głęboko, bo też w ponurych murach zakładu była im słońcem przez uśmiech i radość, jakie wkoło rozsiewała. Widziałyśmy w niej wzór pracy obowiązkowej i pociągający przykład pobożności. Bardzo ceniona, przez kilka lat jest nawet przełożoną domu. Czy domyśla się, że Duch Święty chce ją posłać jeszcze dalej, do zupełnie nowych zadań?

U progu XX wieku w krakowskich urszulankach rodzi się coraz większe pragnienie, aby zająć się młodzieżą w zaborze rosyjskim. W Petersburgu, przy gimnazjum św. Katarzyny jest internat dla dziewcząt, którego prowadzenia mogłyby się podjąć – szkopuł w tym, że zgromadzenia zakonne w Rosji są nielegalne. „Niech noszą nawet różowe sukienki, byleby pracowały dla dobra dusz!” – zapala się Ojciec Święty, Pius X. Urszula więc wraz z dwiema towarzyszkami w 1907 r. wyjeżdża do Petersburga w stroju świeckim, jako hrabianka Ledóchowska, obywatelka galicyjska. Dziewczęta szybko przekonują się do nowych wychowawczyń: Matka Urszula nie narzucała nam praktyk pobożnych ani ascetycznych. Mówiła tylko, czym można sprawić przyjemność Panu Jezusowi, jak Mu okazać miłość, jak Go przeprosić. I to wszystko wydawało się takie potrzebne, że z własnej woli zaczynałyśmy dawać wszystko, na co nas było stać.

Apostolstwo uśmiechu

Niedługo potem na skutek pomówień i represji siostry muszą opuścić Petersburg. Wówczas nad Zatoką Fińską Matka Urszula wykupuje kawałek ziemi, by tam także wybudować gimnazjum i internat dla dziewcząt. Na cześć Maryi nazywa ośrodek Merentähti (‘Gwiazda Morza’). Siostry opracowują własny system pedagogiczny. Kładą duży nacisk na naukę języków (Urszula, w przeciwieństwie do własnej mamy, ma do nich ogromny talent), a jednocześnie chcą wychowywać młode pokolenia – jak same mówią – dla Boga i dla społeczeństwa. Co jest źródłem sukcesów apostolskich Matki Urszuli? Uśmiech – przy czym, jak sama zaznacza, jej wewnętrzna radość, łagodność, spokój, życzliwość nie wynikają jedynie z typu osobowości czy z wzrastania w kochającej się rodzinie (nawet po śmierci rodziców młodzi Ledóchowscy, rozproszeni w różnych częściach Europy, mają ze sobą świetny kontakt i są dla siebie wsparciem). Apostolstwo uśmiechu – do którego zachęca – ma swoje źródło w zjednoczeniu z Bogiem. Uśmiech na twarzy pogodnej mówi o szczęściu wewnętrznym duszy złączonej z Bogiem, mówi o pokoju czystego sumienia, o beztroskim oddaniu się w ręce Ojca niebieskiego, który karmi ptaki niebieskie, przyodziewa lilie polne i nigdy nie zapomina o tych, co Jemu bez granic ufają. Uśmiech na twej twarzy pozwala zbliżyć się bez obawy do ciebie, by cię o coś poprosić, o coś zapytać – bo twój uśmiech już z góry obiecuje chętne spełnienie prośby. Nieraz uśmiech twój wlać może do duszy zniechęconej jakby nowe życie, nadzieję, że nastaną lepsze czasy, że nie wszystko stracone, że Bóg czuwa. Uśmiech jest nieraz tą gwiazdą, co błyszczy wysoko i wskazuje, że tam, na górze bije serce Ojcowskie, które zawsze gotowe jest zlitować się nad nędzą ludzką. Nie dziwi więc, że do kaplicy zakonnej przychodzą się modlić także pozbawieni niemal całkowicie opieki duszpasterskiej Finowie – luteranie. A ona… specjalnie dla nich uczy się języka, tłumaczy pobożne pieśni i urywki katechizmu. W tym, bądź co bądź, trudnym życiu na fińskiej pustyni to, co nas trzyma, co nam życie rozjaśnia – to nasza wspólna miłość, to jedność i wzajemne zaufanie.

Chociaż przebywają w zaborze rosyjskim incognito, Rosjanie doskonale wiedzą, kim są siostry w świeckich strojach. Z wybuchem I wojny światowej Matka Urszula dostaje nakaz opuszczenia Rosji.

Bóg z tymi, którzy Go miłują…

Wybiera osiedlenie się w Sztokholmie, aby być blisko pozostawionych w Petersburgu i Merentähti sióstr, jednak, jak pisze w liście do brata: Jak mi strasznie ciężko było, wypowiedzieć się nie da. Sama, zupełnie sama jadę do obcego miasta – żywej duszy tam nie znam, język obcy… Czy mogła się spodziewać, że wtedy właśnie nastąpi niezwykle płodny okres w jej życiu? Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra (Rz 8,28). Po początkowym okresie zwątpienia Bóg odbudowuje w niej nadzieję. Matka Urszula zaczyna uczyć się nowego języka – szwedzkiego (ostatecznie będzie porozumiewać się w siedmiu językach europejskich!). Wkrótce włącza się w życie Kościoła katolickiego nie tylko wśród miejscowej Polonii, ale i rodowitych Szwedów. Zakłada szkołę językową dla dziewcząt – prowadzą ją przybyłe z Finlandii siostry urszulanki. Doświadczona w formowaniu młodzieży, inicjuje (po raz pierwszy w dziejach Szwecji) Sodalicję Mariańską, a wkrótce potem pierwsze w tym kraju pismo katolickie „Solglimtar” („Promyki słońca”). Wkrótce potem na zaproszenie Henryka Sienkiewicza włącza się w działania Szwajcarskiego Komitetu Generalnego Pomocy Ofiarom Wojny. Odczyty, których wygłasza ponad 80 na terenie całej Skandynawii, dotyczą historii i kultury polskiej, a kiedy z serca woła: Jesteś nieśmiertelny, kraju moich przodków! Jesteś nieśmiertelna, Ojczyzno ukochana, Polsko moja!, słuchacze nie mogą powstrzymać łez. W 1917 roku dzięki jej staraniom ukazuje się książka Polonica – w trzech językach skandynawskich równocześnie – zawierająca teksty o historii, literaturze i sztuce polskiej. Zbiera datki dla ofiar wojny na ziemiach polskich i zachwyca się hojnością prostych ludzi, ale swoim czarującym uśmiechem potrafi też wpłynąć na wielkie osobistości ówczesnej Skandynawii – poetów, artystów, a nawet głowy królewskie. Choć ciągle podejrzewana jest o nieczyste zamiary, szpiegostwo, a legacje Niemiec i Austrii zrywają z nią wszelkie kontakty, odpowiada prosto: Moją polityką jest miłość. Jakby na potwierdzenie tych słów w 1918 r., na zaproszenie o. Sassena, kamilianina, wraz z innymi siostrami wyjeżdża do Danii, aby zorganizować ochronkę dla sierot po polskich emigrantach. Tam też zastaje ją koniec wojny i odzyskanie przez Polskę niepodległości.

Jam wasza

W 1920 roku siostry wraz z wychowankami przyjeżdżają do Polski – do Pniew koło Poznania. Opatrznościowo konsul norweski w Danii postanawia wspomóc nową fundację Matki Urszuli i z radością przeznacza na ten cel… 20 tysięcy koron. Okazuje się, że siostry pracujące za granicą różnią się doświadczeniem i sposobem posługiwania od macierzystych urszulanek. Za zgodą papieża powstaje więc nowa gałąź tego zgromadzenia – Siostry Urszulanki Serca Jezusa Konającego, od koloru habitu zwane szarymi (notabene jego krój, według pomysłu Matki, przypomina fartuchy szwedzkich służących). A sama Matka Urszula? Wciąż pracuje intensywnie. Niektórzy nazywają ją… męczenniczką korespondencji, bo na tak wiele listów odpisuje. Ale, jak sama wyznaje: Mam miłować bliźnich, jak Jezus mnie umiłował. Bierzcie i jedzcie me siły, bo one są do waszej dyspozycji (...). Bierzcie i jedzcie moje zdolności, moją umiejętność (...), me serce – niech swą miłością rozgrzewa i rozjaśnia życie wasze (...). Bierzcie i jedzcie mój czas – niech on będzie do waszej dyspozycji. Jam wasza, jak Jezus jest mój. Siostra Franciszka Popiel, późniejsza przełożona generalna zgromadzenia, wspomina: Czasem Matka była zmęczona tak, że prawie już sił do mówienia nie miała i wtedy patrzyła uśmiechając się tylko, a to spojrzenie tak pełne głębokiej dobroci nieraz duszę na wskroś przemieniało, rozgrzewając to, co zimne jakimś ciepłem, jasnym promieniem. Pamiętała Matka o każdym powierzonym sobie bólu, kłopocie i nawet w listach dopytywała się, jak z tym lub owym idzie, radząc, pocieszając, dodając sił.

Pisze książki dla dzieci i młodzieży (które do dziś są wznawiane, np. Z urwisa bohater czy Wspomnienia dzikusa), zajmuje się cały czas pracą wychowawczą. Na przestrzeni lat z inicjatywy szarych urszulanek utworzone zostały 24 przedszkola i dziecińce, 14 świetlic, 9 domów dziecka, 7 burs i internatów, 2 internaty akademickie oraz 8 szkół różnego typu. Urszulanki prowadzą też kuchnie dla ubogich, wspomagają bezrobotnych, a zgromadzenie w krótkim czasie rozrasta się tak intensywnie, że jeszcze za życia założycielki liczy 780 sióstr w 30 wspólnotach w Polsce, Francji i we Włoszech. Mimo ogromu pracy, jako przełożona generalna Matka Urszula zachęca siostry, aby zawsze miały „kąciki ust w skierowane w górę”. Kiedy dowiaduje się, że jedna z jej byłych uczennic cierpi na depresję… zostawia sprawy domu zakonnego, aby z nią pobyć.

Co nieustannie uderza w jej postawie? Łagodność, cierpliwość, wyrozumiałość… i kontemplacja Chrystusa. Jest zakochana w Eucharystii: Do Jezusa w tabernakulum się uciekaj, a gdy ci ciężko i smutno, Jego się radź w wątpliwościach, Jego proś o światło, o siłę – i będzie dobrze. W 1925 r. przenosi na grunt polski Krucjatę Eucharystyczną – ruch dla dzieci, zainicjowany kilka lat wcześniej we Francji.

Umiera w Rzymie 29 maja 1939 r., podczas wizytacji domu sióstr. Beatyfikuje ją, a w kilka lat później kanonizuje Jan Paweł II. Ciało Urszuli Ledóchowskiej, dobrze zachowane, znajduje się w domu macierzystym urszulanek w Pniewach. Po jej śmierci czasami wystarcza już samo spojrzenie na fotografię „siostry o dobrym spojrzeniu”, „siostry z radosnymi oczami”, żeby ktoś doświadczył uzdrowienia wewnętrznego. Czasem zwykłe westchnięcie do Matki Urszuli ukazuje potęgę Bożej Opatrzności – tak było chociażby z kościołem na toruńskich Stawkach, który dzięki wstawiennictwu świętej był gotów dla parafian w ciągu zaledwie sześciu lat (a działo się to w czasach komunizmu), bez długów, wypadków czy pożarów podczas budowy. W kościele znajduje się dziś witraż św. Urszuli. Pewien chłopiec został uratowany przez nią po porażeniu prądem, robotnikom zdrowiały ręce czy palce na skutek wypadku zagrożone odcięciem…

Renata Czerwińska

Na podstawie: strona poświęcona św. Urszuli Ledóchowskiej: www.urszula.ovh.org; Maria Olszewska, Duch służby Bogu, Kościołowi i bliźnim w przekazie św. Urszuli Ledóchowskiej; Małgorzata Żebrowska, W domu Ledóchowskich, „Głos ojca Pio” 34/2005 

Artykuł z "Posłania" 4/2016