Potrzebujemy Ducha Świętego!

O. Emilien Tardif MSC to jeden z najbardziej znanych charyzmatyków XX wieku (zmarł w 1999 roku w wieku 71 lat), autor tak znanych książek, jak Jezus żyje i Jezus jest Mesjaszem. Dziś uznany jest za Sługę Bożego. Swojego nawrócenia i przemiany życia doświadczył po 16 latach kapłaństwa, kiedy zdiagnozowano u niego zaawansowaną gruźlicę płuc. Podupadły na zdrowiu, przygotowujący się psychicznie na śmierć, doświadczył łaski uzdrowienia podczas modlitwy charyzmatycznej pięciorga świeckich, którzy odwiedzili go wówczas w szpitalu.

Odtąd sam rozpoczął posługę ewangelizacyjną, nawiedzając ponad 70 krajów na świecie, także Polskę. W książce zatytułowanej Dary Ducha Świętego i Nowa Pięćdziesiątnica, która w większości jest wywiadem-rzeką z o. Emilienem, odkrywa przed nami własne doświadczenie mocy i działania Ducha Świętego we współczesnym Kościele. To fascynująca przygoda kroczenia śladami Bożego prowadzenia i impuls do refleksji nad własnym miejscem w Kościele, który ożywiony został nowym powiewem Ducha Bożego.

Charyzmaty

Dzisiejszy świat jest świadkiem Nowej Pięćdziesiątnicy, którą charakteryzuje także rozkwit różnego rodzaju charyzmatów. Przyjmowane są one często z oporem i sceptycyzmem. Z pewnością ma na to wpływ szerząca się współcześnie tendencja – jak zauważa o. Tardif – do pelagianizmu, który zachęca do tego, by w realizacji dzieła Bożego zawierzyć tylko „zasobom ludzkim” i siłom natury. I dodaje: Zbyt często gubimy się w skomplikowanych analizach rzeczywistości, zapominając, że nasza jedyna prawdziwa siła pochodzi od Tego, który przywrócił do życia Jezusa! Dzieło Kościoła to misja, która znacznie przekracza możliwości człowieka. Nie sposób wyobrazić sobie jej spełnienia bez pomocy Ducha Świętego. A czy można się zastanawiać nad zastąpieniem działań Ducha Świętego przez naukę i technikę? Rzeczywiście jest tak, że wzywamy w modlitwach i hymnach Trzecią Osobę Trójcy, jakby miała przybyć z daleka, a przecież jest On obecny w Swoim Kościele od jego początku, stanowi o jego trwałości i mocy przepowiadania. Powinniśmy zatem codziennie wołać i przyzywać Go z prostotą, by wziął w posiadanie nasze życie, nasze usta, ręce – nas całych, a wówczas będzie się On mógł przez nas objawić. Chociaż mieszka w nas ze wszystkimi darami od chwili chrztu, to ujawnia się w szczególny sposób, manifestuje Swoją obecność, gdy stajemy się dyspozycyjni i otwarci na Niego. Takie manifestacje Ducha to właśnie charyzmaty. Jednym ujawnia się On poprzez dar prorokowania, innym poprzez dar uzdrawiania, jeszcze innym poprzez dar poznania. Ujawnia się na różne sposoby, w zależności od potrzeb Kościoła, a ponieważ potrzeb tych jest wiele, także wśród charyzmatów występuje wielkie bogactwo różnorodności. Nie powinno nas zatem to dziwić, że skoro Jezus zapowiedział, że będziemy świadkami jeszcze większych znaków i cudów, to tak się rzeczywiście stanie.

Być obdarzonym charyzmatem – mówi o. Tardif – to znaczy doświadczyć objawienia Ducha Świętego. Skutki takiego objawienia możemy porównać do światła przechodzącego przez pryzmat – jeśli odpowiednio ustawię pryzmat, rozszczepione w ten sposób światło rozbłyśnie różnymi kolorami. (…) Dziś charyzmaty Ducha Świętego mają swoje źródła w różnych Jego darach. Na przykład „charyzmat mówienia językami” to zewnętrzne objawienie daru modlitwy, otrzymanego na chrzcie; „charyzmat uzdrawiania chorych” i „czynienia cudów” to przejaw daru męstwa; „słowo poznania” wiąże się z darem poznania otrzymanym na chrzcie; korzeni „słowa mądrości” należy szukać w darze mądrości.

Czy można powstrzymywać moc Boga i Jego łaskę, gdy chce udzielić konkretnych darów na konkretne potrzeby i sytuacje? Z pewnością nie, umiar konieczny jest natomiast wtedy, gdy charyzmaty odrywane są od kontekstu, przesadnie izolowane od podstawowej ich funkcji – mają one bowiem współtowarzyszyć przepowiadaniu Dobrej Nowiny i potwierdzać prawdziwość nauczanych słów. Służą więc wzmacnianiu i ożywianiu wiary zarówno tych, którzy charyzmatami posługują, jak przede wszystkim wspólnocie, której dar jest ukazany. Czy są zatem one koniecznie niezbędne? O. Tardif podkreśla dobitnie, że wycięcie z Ewangelii tak kluczowego rozdziału, jak ten mówiący o uzdrowieniach i cudach, oznacza niewątpliwie zdradzenie jej, zubożenie, zredukowanie do poziomu zwykłej ludzkiej księgi, a przecież to jest Słowo Pańskie! Ubolewa nad tym, że w Kościele jest wielu ludzi, którzy znają Jezusa tylko z teorii, z przeczytanych o Nim książek, zasłyszanych konferencji. Brakuje im osobistego doświadczenia spotkania z Jezusem, poznawania Go jako żywego, działającego i przemieniającego życie. Jeśli tego nie będzie nam dane zasmakować już tu, na ziemi, to jak mamy obcować z Bogiem twarzą w twarz, gdy się z Nim spotkamy w niebie? Trzeba pozwolić, by Jezus działał – nie wystarczy o tym mówić. Dopuszczamy Jego działanie, kiedy zgadzamy się na ukazanie Jego cudów. (…) Poza tym nie można zapominać – dodaje o. Tardif – że często nie dopuszcza się cudów, ponieważ wymagają one zaakceptowania Jezusa i Jego wymagań. (…) Każdy znak ma na celu ukazanie czegoś. Oto cel dokonanych przez Pana uzdrowień: w epoce, w której skuteczność i pragmatyzm stały się niemal bożkami, On przypomina nam o Swojej obecności wśród nas oraz o możliwości czynienia cudów. W ten sposób ukazywana jest nam moc i władza Boga, abyśmy oddali się Mu w zupełności, w każdej życiowej sytuacji.

Fanatyzm?

Częstym argumentem zniechęcającym do udziału w różnego rodzaju spotkaniach charyzmatycznych jest objawiający się w ich trakcie szczególny entuzjazm, spontaniczne wyrażanie emocji. O. Tardif stwierdza, że często jest świadkiem religijności, której nie określiłby mianem fanatyzmu ani histerii, jak sugerują niektórzy, ale słusznego entuzjazmu, wywołanego zbawczą obecnością naszego Pana. Warto zwrócić uwagę na to, że ów entuzjazm nazywany jest przez o. Tardifa „słusznym”. Bezsprzecznym dla każdego wierzącego powinno być przecież to, że Jezusowi należy się wszelkie uwielbienie i cześć. Czy już nie Dawid w Psalmach skierowanych ku Bogu wyrażał w sposób spontaniczny swe okrzyki radości i wszelkie inne emocje, które stawały się jego doświadczeniem? Czy nie powinno nas zawstydzać to, że właśnie uczeni w piśmie i faryzeusze oburzali się, słysząc wołania: „Hosanna Synowi Dawidowemu”? Dlatego zastanawiam się – mówi o. Emilien – jak to jest: kiedy ludzie wyrażają szalony entuzjazm na stadionie, na którym gra ich ulubiona drużyna piłkarska, wszystko jest w porządku, nikt nie wysuwa żadnych obiekcji; biada natomiast, jeśli ktoś, zupełnie spontanicznie, zapragnie wyrazić trudne do powstrzymania emocje, stojąc w obliczu jedynej Osoby, która zwyciężyła śmierć. Nikt nie śmieje się z tego, co przeżywa wiele osób wobec dzieła jakiegoś artysty, a nie wolno płakać z radości przed Panem nas wszystkich? Myślę, że bez wątpienia są ludzie, którzy nie panują nad sposobem okazywania emocji, jednak nie mniej prawdziwe wydaje mi się stwierdzenie, że jest wiele osób, którym zdecydowanie brakuje umiejętności swobodnego wyrażania uczuć. Być może również tę cechę miał na myśli Jezus, kiedy wskazywał słuchaczom dziecięctwo jako postawę do naśladowania.

W czasach, kiedy przychodzi nam konfrontować się z nienaturalnym spychaniem religijności – jako sprawy niemal wstydliwej – do ściśle prywatnej sfery życia, otwarte i nieskrępowane wyrażanie swoich relacji wobec Stwórcy jest także rodzajem świadectwa wobec innych. Dziać się to może również na wielkich spotkaniach i staje się formą ewangelizacji. Wzbudzić nas do refleksji na ten temat powinno jedno z doświadczeń takiego spotkania charyzmatycznego z udziałem o. Tardifa: W pewnej wiosce na Haiti w czasie zaledwie jednej nocy, 13 listopada 1973 roku, ogłoszono świadectwa dwudziestu dwóch uzdrowień, po czym zaprzestano ich spisywania, ponieważ „było ich zbyt wiele”. Kiedy powróciłem tam po kilku latach, zapytałem, czy Pan objawia się tam nadal tak często. Odpowiedzieli mi z rozbrajająca prostotą: „Nie, już nie tak często, dlatego że teraz nie ma tu już tak wielu chorych”.

Dlaczego Jezus czyni tak wiele znaków i cudów? Dlaczego chce się właśnie w ten sposób objawiać pośród Swego ludu? O. Emilien odpowiada z prostotą: Jeśli Pan jest cudowny, jak mógłby nie czynić cudów? Przed wniebowstąpieniem Jezus powiedział: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. Ewangelia jest pełna cudów Pana (…), a Pan posyła nas z misją ewangelizacji, obiecując, że będzie nam towarzyszył właśnie poprzez znaki. Dodaje przy tym wymownie: Wobec realnego ryzyka popadnięcia w fanatyzm cudów, my wybieramy drugą skrajność, często groźniejszą od tej pierwszej: zapominamy, że Bóg jest Panem niemożliwego. Jezus jest ten sam, wczoraj, dziś i zawsze. To On jest Panem historii i działa tak, jak chce, nie pytając nas o zdanie ani o pozwolenie na dokonanie cudu. Za kogo się uważamy, że chcemy Mu się sprzeciwiać lub ograniczać dzieło Boże? Czy nie jest tak, że przyzwyczailiśmy się do chrześcijaństwa na naszą miarę? Poprzez znaki Pan chce nam pokazać, że żyje i przybywa, by z nami porozmawiać; a skoro On żyje, obowiązują nas wszystkie Jego wymagania.

Ewangelizować!

Papież Paweł VI podczas katechezy z 16 marca 1974 roku stwierdził w tym samym duchu: To wola Boża, że Pan wciąż powiększa deszcz charyzmatów, aby uczynić Kościół bardziej urodzajnym, pięknym i cudownym, zdolnym do działania także w świecie świeckim, laicyzującym. To Duch Boży jest motorem i natchnieniem wszelkich dzieł ewangelizacyjnych. Bez Niego nie jest możliwa żadna przemiana i trwałość. Czasem Jego tchnienie może jednak zaskoczyć, kiedy posyła nas w niespodziewane miejsca lub każe wykorzystać konkretne sytuacje, by słowo o Dobrej Nowinie rozprzestrzeniało się. Przykładów tego miał w swoim posługiwaniu o. Emilien wiele. Jedno z nich dotyczyło wywiadu, którego udzielił dziennikarzowi z bardzo popularnego francuskiego tygodnika „VSD”. O. Tardif po ukazaniu się tego numeru pisma został zaatakowany przez „wszystkich dyżurnych moralizatorów” za to, że zgodził się na rozmowę dla takiego niepoważnego, światowego pisemka, tym samym przyzwalając na to, by jego zdjęcie wydrukowano w sąsiedztwie światowych sław i treści artykułów zupełnie nie mających nic wspólnego z wiarą. Nie odpowiadałem na te słowa krytyki – wspomina o. Emilien – przekonany o tym, że skoro Jezusowi nie przeszkadzało towarzystwo celników i prostytutek, to i ja nie muszę się niczego bać. Kiedy rok później o. Tardif był z posługą ewangelizacyjną w Strasburgu, okazało się, że pewien mężczyzna ze wspólnoty, która go tam gościła, doznał nawrócenia po lekturze wspomnianego wywiadu. Odkrył on cudownego Boga, zupełnie mu nieznanego. Natychmiast zdecydował się zapoznać z ruchem Odnowy i w ten sposób żywe doświadczenie Jezusa przemieniło całkowicie jego życie. (…) A więc gdyby wywiad został opublikowany w „Rocznikach Szerzenia Wiary”, Roger (…) nigdy, przenigdy nie spotkałby Pana, ponieważ to nie jest to pismo, po które sięgnąłby dla rozrywki.

Nowa Ewangelizacja ma być zatem poddaniem się pod działanie Ducha Świętego i słuchaniem Jego natchnień do głoszenia Ewangelii wszystkimi dostępnymi środkami. Trzeba szukać nowych sposobów głoszenia Ewangelii, ponieważ to, co zrobiono dotychczas, nie może wystarczyć. Trzeba modlić się na stadionach i docenić te narzędzia, które wcześniej nie były przez Kościół uważane za przydatne, jak mass media. Zgodnie z radą i świadectwem papieża, trzeba pozwolić się prowadzić własnej kreatywności, aby odkryć nowe sposoby wyrażania Ewangelii poprzez muzykę, sztukę, kulturę. Wszystko to ma służyć przekazaniu osobistego doświadczenia spotkania z Jezusem zmartwychwstałym i żyjącym. Naszym celem ma być bowiem tworzenie królestwa Bożego w świecie i sianie pragnienia Ducha Świętego w sercach ludzkich, by On sam mógł w nich działać w całej Swojej mocy. Bez Niego wszystkie nasze wysiłki nie mają znaczenia. 

Agnieszka Kozłowska

Na podstawie: o. Emilien Tardif i Marino Parodi, Dary Ducha Świętego i Nowa Pięćdziesiątnica  

Artykuł z "Posłania" 4/2013