Czy chcesz stać się zdrowym?

Zanurzeni w świecie, wśród wielu dźwięków, nie rozpoznajemy nieraz głosu Pana, jesteśmy jak ziarno rzucone między ciernie (por. Mt 13,22). Niejednokrotnie jakaś sprawa lub osoba stają się tak dominujące, że niejako przesłaniają nam Boga. A jednak, wracając do Słowa Bożego, rozpoznajemy głos Tego, który nas kocha. Spotykając się z Nim, odnajdujemy wreszcie pokój serca i nową nadzieję. Cicho! Ukochany mój! Oto On, oto nadchodzi! (…) Miły mój odzywa się i mówi do mnie (Pnp 2,8a.10a).

Potem nastąpiło święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy.

Kiedy rozważaliśmy to Słowo (J 5,1-14) na naszym spotkaniu modlitewnym, uderzyło mnie już pierwsze zdanie: Jezus udał się do Jerozolimy. Jerozolima to nie tylko miasto leżące na określonej szerokości i długości geograficznej. W ujęciu biblijnym to obraz narodu wybranego, a wreszcie – obraz mojej duszy. Jezus idzie do Jerozolimy – czyli do mnie. On sam chce się ze mną spotkać, chce wejść z moje życie. W Księdze Izajasza czytamy piękny obraz zrujnowanego miasta, które Bóg chce podźwignąć, odbudować: Za to, iż byłoś opuszczone, znienawidzone i bez przechodniów, uczynię cię wieczystą chlubą, rozradowaniem wszystkich pokoleń. (…) Sprowadzę złoto zamiast miedzi, a srebro – na miejsce żelaza, sprowadzę brąz zamiast drzewa, a żelazo – na miejsce kamieni. Ustanowię pokój twoim zwierzchnikiem, a sprawiedliwość twą władzą. Już się nie usłyszy o krzywdzie w twym kraju, o spustoszeniu i zagładzie w twoich granicach. Murom twoim nadasz miano „Ocalenie”, a bramom twoim „Chwała” (Iz 60,15.17-18). Nie będą więcej mówić o tobie „Porzucona”, o krainie twej już nie powiedzą „Spustoszona”. Raczej cię nazwą „Moje <w niej> upodobanie”, a krainę twoją „Poślubiona” (Iz 62,4).

To On sam chce przemienić smutek w radość, przynieść pokój wewnętrzny (a pamiętamy, że nazwa ‘Jerozolima’ znaczy ‘miasto pokoju’). Przestawmy części rozważanego zdania: „Jezus udał się do Jerozolimy, więc nastąpiło święto”. Czy cieszę się z obecności Boga w moim życiu, w mojej codzienności? Czy wręcz świętuję z tego powodu? Czy dziękuję Mu za drobiazgi, najmniejsze sprawy, o które przecież On się troszczy? Czy wierzę Mu, że skoro przyszedł, skoro jest Bogiem bliskim, to zajmie się nie tylko codziennymi, małymi sprawami, ale także rozwiąże to, co wydaje mi się nie do rozwiązania? Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! Oddalił Pan wyroki na ciebie, usunął twego nieprzyjaciela: król Izraela, Pan, jest pośród ciebie, nie będziesz już bała się złego (Sof 3,14-15).

W Jerozolimie zaś znajduje się sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych…

Święty Jan pokazuje nam, gdzie przychodzi Jezus w trakcie święta: nie ma go wśród zgiełkliwego tłumu na targu ani wśród radośnie świętujących. Idzie – jak zawsze – tam, gdzie są ci, którzy się źle mają (por. Mt 9,12). On zauważa to, co w Jerozolimie wymaga uleczenia: niewidomych – to, że nie widzimy prawdy, światła; chromych – te sprawy, które kuleją w naszym życiu, to, co się nie udaje; sparaliżowanych – te sytuacje, w których doświadczamy niemocy, bo powstrzymuje nas lęk, gniew lub żal. Sadzawka nazywa się Owcza – a oto przychodzi sam Dobry Pasterz: Ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę (Ez 34,11)

…którzy czekali na poruszenie się wody. Anioł bowiem zstępował w stosownym czasie i poruszał wodę. A kto pierwszy wchodził po poruszeniu się wody, doznawał uzdrowienia niezależnie od tego, na jaką cierpiał chorobę.

O, jakie to musiało być frustrujące: dlaczego ktoś znów jest pierwszy? Dlaczego on, dlaczego znów nie ja? Dlaczego ciągle mi się w życiu nie udaje? Nigdy mi się nie uda, jestem do niczego, moje życie nie ma sensu. A może inaczej: muszę być pierwszy, muszę postawić na swoim, muszę rozpychać się łokciami, nieważne, że ludzie wokół będą cierpieć.

To nie tylko choroby fizyczne dręczyły zgromadzonych wokół sadzawki – ale i żal (z powodu niespełnionych nadziei, ale też i do bliskich, którzy umiejętnie pozbyli się kłopotu – niech chory czeka na cud), rozgoryczenie, brak poczucia sensu życia, skoncentrowanie na cierpieniu. I – co ciekawe – święty Jan milczy na temat tego, żeby ktokolwiek z leżących rozpoznał Jezusa i zawołał Go. To On wchodzi między nich i zwraca się do pewnego człowieka. Jak to możliwe, że w cierpieniu nie rozpoznajemy Tego, który leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany (Ps 147,3)? Obyśmy w takich momentach nie poddawali się myślom, które podsuwa nam zły duch, ale przylgnęli całym sercem do Boga. Wspomnienie udręki i nędzy – to piołun i trucizna; stale je wspomina, rozważa we mnie dusza. Biorę to sobie do serca, dlatego też ufam: Nie wyczerpała się litość Pana, miłość nie zgasła. Odnawia się ona co rano: ogromna Twa wierność. „Działem mym Pan” – mówi moja dusza, dlatego czekam na Niego (Lm 3,19-24).

Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: „Czy chcesz stać się zdrowym?”

Bóg wie, że taka jest nasza kondycja, że w strapieniu często Go nie rozpoznajemy. To On sam przychodzi, aby nas wspomóc, pokrzepić, sam odnajduje nas w tłumie. Poprzez różne wydarzenia, osoby, słowa chce nas dotknąć i uzdrowić. Jezus zatrzymuje się przy tym konkretnym człowieku, skupia się tylko na nim. Dla Niego zawsze jesteśmy jedyni.

Czy chcesz stać się zdrowym? – dziwne pytanie. Można nie chcieć? Można. Można tak przyzwyczaić się do swojego cierpienia, stylu życia, że człowiek boi się rozpocząć życie w zupełnie inny sposób. Można udawać przed sobą, że inni mają gorzej, że ze mną nie jest tak źle. Można nie wierzyć, że cokolwiek się zmieni w naszym życiu (chociaż słyszeliśmy, że Bóg uzdrawia, że czyni cuda… ale przecież wobec innych, nie mnie).

Odpowiedział Mu chory: „Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną”.

Jeśli chory był chromy czy sparaliżowany, to naturalne jest, że potrzebował kogoś do pomocy. Nieraz jednak zdarza się, że pokładamy w drugiej osobie zbyt duże nadzieje. Tak, Bóg potrafi dać nam prawdziwych przyjaciół, którzy stają się lekarstwem życia (por. Syr 6,16), więcej, czyni nieraz takie cuda przebaczenia, że odnajdujemy ich wśród tych, których kiedyś trudno nam było kochać. A jednak nawet najlepszy przyjaciel może nas nie zrozumieć, a czasem może tak zranić, że nie wiemy, co zrobić, jak się zachować: z jednej strony bylibyśmy nawet gotowi przebaczyć, bo to przecież droga nam osoba, z drugiej jednak kipi w nas gniew na wspomnienie krzywdy. Nieraz mamy też takie relacje, w których jesteśmy powodowani lękiem. Wtedy też możemy postawić drugą osobę na pierwszym miejscu, które jej się nie należy (o tych zależnościach pisze o. Augustyn Pelanowski w książce Wolni od niemocy). Jedynym, który nigdy nie zawiedzie w miłości i w przyjaźni, jest Bóg. To nie są tylko piękne, pobożne słowa. O tym doświadczeniu mówi wielu świętych, ale tej wiernej miłości może doświadczyć każdy: Otwórz z bezgraniczną ufnością Twe serce na działanie Tego, który sam może Cię pocieszyć i zbawić. Nie bój się przyszłości, ponieważ Bóg jest z Tobą i jest najwierniejszy! (św. o. Pio). Gdy nie rozumieją nas najbliżsi, gdy sami siebie nie rozumiemy, zwróćmy się do Jezusa jak chory nad sadzawką. Nie obawiajmy się odrzucenia, niezrozumienia. Bóg jest ostatnim, który mógłby źle z nami postąpić – nie tak bowiem człowiek widzi <jak widzi Bóg>, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce (1 Sm 16,7b).

Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje łoże i chodź!”. Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził.

Uzdrowienie nie nastąpiło tak, jak się tego spodziewał chory. Nie został wprowadzony do sadzawki jako pierwszy. Jezus zajął się nim osobiście, to było uzdrowienie właściwe tylko jemu. Został uzdrowiony natychmiast. Żydzi dziwili się na jego widok, bo w szabat niósł swoje łoże. Jezus jednak już kiedyś, kiedy uzdrowił kobietę od kilkunastu lat pochyloną, pokazywał im, jak dobry jest Bóg, który uwalnia swoje dzieci z więzów właśnie w dzień szabatu, w dzień, który On ustanowił jako odpoczynek i święto. Dlaczego chory ma wziąć swoje łoże, czy nie mógłby już go zostawić nad sadzawką, tak jak zostawił za sobą cierpienie, zacząć wszystkiego od nowa? Nieraz jest tak, że po nawróceniu i uzdrowieniu Bóg posyła nas do osób, które doświadczają cierpienia podobnego do naszego, do środowisk, z których zostaliśmy wyrwani: byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga (2 Kor 1,4). Obyśmy byli dobrymi świadkami Jego zwycięstwa w naszym życiu, nawet jeśli nie zobaczymy natychmiastowego owocu u tych, do których będziemy posłani.

Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzekł do niego: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”.

Uzdrowiony – całkiem słusznie – idzie podziękować Bogu za otrzymaną łaskę. I tu także Jezus go odnajduje – widzimy więc, że jest z nami w każdym czasie, tak jak obiecał (por. Mt 28,20). W strapieniu pokrzepia nasze serca, a w pocieszeniu, kiedy łatwiej jest nam wybierać Jego wolę, chce, abyśmy ją dobrze rozeznali i wykonali. Zwraca uwagę na słabość człowieka, możliwość powrotu do grzechu. A ja powiedziałem pewny siebie: „Nigdy się nie zachwieję”. Z łaski Twojej, Panie, uczyniłeś mnie niezdobytą górą, a gdy ukryłeś swe oblicze, ogarnęła mnie trwoga (Ps 30,7- 8). Życie na własną rękę, w odłączeniu od Boga, który nas miłuje, może stać się wkrótce – wbrew pozorom – źródłem cierpienia nie do uniesienia. Szukajmy więc naszego najlepszego Przyjaciela i dajmy Mu się odnaleźć, abyśmy mogli mówić jak Psalmista: Chcę wielce dziękować Panu swoimi ustami i chwalić Go w pośrodku tłumów; bo stanął po prawicy biednego, aby go wybawić od sądzących jego życie (Ps 109,30-31).  

Renata Czerwińska

Konferencja z "Posłania" 1/2016