Świadek nadziei

Sachsenhausen, kwiecień 1940 r.

Na rozkaz blokowego wszyscy więźniowie z bloku nr 20 czołgali się brudnymi i obłoconymi ulicami obozowymi ku drutom kolczastym. Tuż przed ogrodzeniem, przy którym czaiła się śmierć, wygłosił zbrodniarz Hugo następujące słowa: „Oto za chwilę zobaczycie waszego Boga osobiście, ale abyście tam na pewno doszli, jeden z księży musi udzielić wam rozgrzeszenia i błogosławieństwa”. Po czym zwrócił się do leżących na ziemi: „Który z was jest księdzem?”.

Poderwał się z nimi leżący na przedzie ks. Wincenty i dobitnie zameldował: „Ja jestem księdzem katolickim!”. Blokowy rozkazał mu: „Udziel im ostatniego błogosławieństwa, bo za chwilę zginą na tych elektrycznych drutach”. Trzeba było widzieć w tej chwili Wicka: nie było dla niego wówczas ani obozu, ani blokowego, nie było drutów kolczastych ani karabinów maszynowych, ale byli przyjaciele – leżący w brudzie i poniewierce, którym błogosławieństwo Boga, właśnie w tej ciężkiej chwili, sproszone ręką kapłana, mogło dać nowe siły i dużo łask do wytrwania. Nic to, że potem z powodu gorliwie spełnionej posługi blokowy zbił go i skopał, wdeptując swymi twardymi buciorami w błoto. Z radością wspominał Wicek tę chwilę, że właśnie nim, jako swym narzędziem, posłużył się Bóg, by w tak ciężkiej chwili pomóc towarzyszom niedoli obozowej (ks. Bernard Czapliński)

Szaleniec Boży, bł. Ks. Stefan Wincenty Frelichowski, w piekle obozowego życia trzymał wysoko pochodnię wiary. Wybrany przez Pana, by w tym nieludzkim czasie i miejscu być z Jego umęczonym ludem. Przez swoją modlitwę i postawę życiową dodawał innym odwagi, by w tych strasznych warunkach nie poddać się złu, by nie dać się mu zwyciężyć. Oprzeć się silnej pokusie z jednej strony beznadziejności, apatii, rozpaczy prowadzącej niekiedy do targnięcia się na swoje życie, a z drugiej bezwzględnej walki o przetrwanie nawet kosztem drugiego człowieka.

Na osobę tego błogosławionego pierwszy raz zwróciłam uwagę, kiedy w dzienniku lekcyjnym natknęłam się na pozostawiony przez katechetkę fragment konspektu lekcji religii. Z przytoczonych tam wyjątków z jego Pamiętnika wyłoniła się postać niezwykłego młodego człowieka  o gorącym i szczerym sercu, rozmiłowanego w Bogu. Stworzył mnie Bóg. Dla siebie, dla swojej chwały. Nie jest celem moim życie dla innego człowieka czy dla mnie samego. Celem moim, sensem mego życia jest Bóg. Jest to zaszczyt i najwyższy cel, sens, jaki może istnieć. Dzisiaj takie słowa mogą szokować, bo ostro kontrastują z kreowanym przez współczesną kulturę i nachalnie wtłaczanym w serca wielu, zwłaszcza młodych ludzi, modelem człowieka. Człowieka wyzutego z pobożności, całkowicie zanurzonego w dobrach tego świata i w nich pokładającego swą nadzieję, dla którego nadrzędną wartością jest przyjemność i zaspokajanie swoich ambicji. Człowieka zagubionego, o umyśle przesiąkniętym półprawdami i kłamstwem, po omacku szukającego szczęścia, pokoju i wolności tam, gdzie ich znaleźć nie można, poza Tym, który jest ich źródłem. To zbiorowe szaleństwo może doprowadzić do utraty nadziei. Jak uchronić siebie i innych przed ta powszechną degrengoladą? Jak zachować godność osoby ludzkiej pośród tego zepsucia i przewrotności? Bł. Ks. Frelichowski zbudował swoje życie na jedynym prawdziwym fundamencie, którym jest Chrystus i to właśnie Jezus poprowadził go na wyżyny człowieczeństwa i świętości. 

Pamiętnik pisany jeszcze w liceum i seminarium daje świadectwo krystalizowania się jego powołania. W tamtym okresie Wicek już odkrył w sobie pragnienie zostania kapłanem, ale przeżywał również liczne rozterki i wątpliwości. Przejście zwycięsko przez kolejne próby i pokusy umocniło jego powołanie i wybór. Już wtedy miał świadomość, że kapłaństwo to wielka godność, ale i zadanie, bo kapłan może tylko do tego stopnia duchowego doprowadzić dusze, na jakim sam jest. Chciał być kapłanem według Serca Jezusowego i o to się gorąco modlił. 

Parafia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu byłą pierwszą, do której został posłany, ale z powodu wybuchu wojny pracował tam tylko około roku. 18 października 1939 r. został aresztowany przez gestapo i osadzony w Forcie VII, rozpoczynając w ten sposób pierwszy etap swojej drogi krzyżowej. Potem obozy koncentracyjnej w Stutthofie, Grenzdorfie, Sachsenhausen i Dachau to jej kolejne stacje, a także paradoksalnie kolejne „parafie” tego młodego księdza. Od początku wyróżniał się, nawet spośród innych kolegów kapłanów (współwięźniów) siłą swego kapłańskiego ducha, tak że nawet starsi kapłani uznawali jego prymat nad sobą. Z narażeniem życia organizował wspólne modlitwy, stał się duszą życia religijnego. Ta modlitwa przełamywała strach, który paraliżował nawet okruchy dobra, wyprowadzała z beznadziei i marazmu. Posługiwał również jako spowiednik, dla niektórych była to ostatnia spowiedź przed śmiercią. Specjalną opieką otaczał młodych, których dusze były szczególnie zagrożone w warunkach życia obozowego. Wykorzystywał każdą okazję, by zadbać o ich rozwój duchowy i intelektualny, organizował pomoc osobom starszym, chorym i słabym. Troska o zbawienie dusz nieustannie przynaglała go do poszukiwania człowieka potrzebującego. 

Ostatnią jego misją były zarażone tyfusem plamistym bloki obozu Dachau (osławionego miejsca kaźni i matki obozów koncentracyjnych). Władze obozowe w celu zahamowania epidemii, która rozprzestrzeniała się w zastraszającym tempie, ograniczyły się tylko do oddzielenia zakażonych bloków od reszty obozu i wywożenia ciał zmarłych, których z każdym dniem było coraz więcej. Ksiądz Frelichowski nie mógł zostawić tych ludzi, skazanych na pewną i rychłą śmierć. Nie zważając na niebezpieczeństwa ze strony esesmanów oraz zagrożenie zarażenia się tą choroba (która w warunkach obozowych była śmiertelna) i to w momencie, gdy losy wojny były już przesądzone i wszyscy mieli nadzieję doczekania wolności, omijając cudem czujne straże, przekradał się czołgając pod drutami kolczastymi do odizolowanych bloków, do tych opuszczonych, poniżonych, czekających tylko na śmierć ludzi, by ich spowiadać, namaszczać, udzielać komunii świętej. Zanosił im też żywność i zdobyte gdzieś cudem lekarstwa, a nade wszystko swoją troską i obecnością przynosił im miłość Jezusa, która przywracała im godność i pokój serca.

Z powodu zarażenia tyfusem 23 lutego 1945 r., dosłownie parę dni przed wyzwoleniem obozu, ks. Wicek, jak go nazywali najbliżsi, zmarł. Wśród współwięźniów panowała powszechna opinia o jego świętości, dlatego ta śmierć napełniła smutkiem wiele osób we wszystkich prawie blokach. Zabiegano usilnie, by oddać cześć zmarłemu. I miało miejsce zdarzenie niezwykłe, coś, czego jeszcze w obozie koncentracyjnym nie było. Władze wyraziły zgodę, by jego zwłoki wystawić na widok publiczny. Odszedł kochany, święty kapłan, a towarzysze niedoli, jego podopieczni – młodzi i starzy, Polacy i cudzoziemcy, żegnali go w modlitewnym skupieniu. Znalazły się nawet kwiaty! Zapewne jako wyraz wielkiej wdzięczności, ale także jako symbol zwycięstwa.

Ten wielki świadek nadziei, tak mężny, bo zjednoczony z Chrystusem, jest darem Boga również na nasze czasy, które chociaż nie tak ekstremalne, przecież nie są łatwe. Wskazuje nam śród tego współczesnego ideowego zamętu jedyną drogę, prawdę i życie, tzn. Jezusa. Daje także dobitne świadectwo, że nie ma takiej sytuacji, tak strasznego położenia, żeby zawiódł się ten, kto zaufał Bogu, że nawet w najcięższych warunkach można dać świadectwo prawdzie.

Tyś nam dał łaskę, że kroplą być mamy,

Co brzegu dopełni kielicha ofiary

Polskiej lat dwustu, a największej teraz…

Że pohańbienie kroplą tą być może,

Radosnym, Boże!

(ks. Wincenty Frelichowski, 1943 r.)

 

Ewa Leszczełowska

 

Cytaty za: K. Podlaszewska, Sługa Boży ks. Stefan Wincenty Frelichowski, bł. S. W. Frelichowski, Pamiętnik, H. Ormiński, Sługa Boży ks. Stefan Wincenty Frelichowski

Konferencja z "Posłania" 2/2005