Życie we wspólnocie jest cudowną przygodą

Tak określił życie we wspólnocie Jean Vanier. Założył on w 1964 roku Arche – wspólnotę osób z niepełnosprawnością intelektualną. Z niej zrodził się ruch, który obejmuje obecnie 131 innych wspólnot na całym świecie. Po kilkunastu latach życia we wspólnocie Arche Vanier napisał książkę Wspólnota miejscem radości i przebaczenia. Można w niej znaleźć wiele uwag dotyczących zarówno osób żyjących w rodzinie, jak i spotykających się w grupie modlitewnej. 

Wiele osób do nich należy, inni zastanawiają się, po co im one, jeszcze inni odeszli od nich. Warto uczynić refleksję nad wspólnotą, nad swoimi motywacjami bycia w niej oraz przyjrzeć się etapom, jakie towarzyszą trwaniu we wspólnocie.

Wspólnota modlitewna to miejsce święte, bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich (Mt 18,20). Żywa obecność Jezusa przemienia, uświęca i prowadzi człowieka do pełni błogosławieństwa i wolności właśnie we wspólnocie. Już od początku Kościoła Apostołowie trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa, i braćmi Jego (Dz 1, 14).

Trwanie we wspólnocie jest procesem. Dla osób, które decydują się przyjść i w niej być, pierwszy okres jest prawie zawsze sielankowy. Wiąże się zazwyczaj z doświadczaniem miłości Boga i ludzi, z radością, zachwytem grupą. Wtedy wydaje się, że spotkania są stworzone dla nas, pieśni brzmią pięknie, modlitwa jest mocna, konferencje – ciekawe. Nie doświadcza się zazwyczaj trudności, aby co tydzień przychodzić na spotkanie modlitewne. Nie odczuwa się zmęczenia ani znużenia. Nie dostrzega się wad, a zauważa same zalety. To cudowny czas, ale, niestety, ten okres nie trwa wiecznie.

Na pewnym etapie bycia we wspólnocie pojawia się kryzys, rozczarowanie, na ogół związane z uczuciem osamotnienia i niezrozumienia. W tym czasie do głosu dochodzą wątpliwości, zaczyna się podważać wcześniejsze wybory, decyzje i autorytety, widać jedynie wady i słabości innych ludzi oraz braki wspólnoty. Pojawia się obmawianie, szemranie – jeśli nie zewnętrzne, to bunt ujawnia się choćby w sercu. W tym czasie odczuwa się zniechęcenie. Nie chce się uczestniczyć w spotkaniu wspólnotowym i łatwo usprawiedliwia się swoją nieobecność. A kiedy przychodzi się na spotkanie, to wszystko na nim drażni, poczynając od pieśni, gestów modlitewnych, słów modlitwy, interpretacji Słowa Bożego, nauczania, po prowadzącego spotkanie. Kłębią się myśli, że nic się nie zmienia, nic mi to nie daje. Pojawia się pytanie: odejść czy zostać?

Jeżeli odchodzimy, grozi nam zatrzymanie się na etapie miłości własnej, własnych wizji, na tym, że będziemy jak „niedokończone budowle” z poczuciem frustracji i niespełnionego powołania do wspólnoty.

Jeżeli zostajemy we wspólnocie i uda nam się przejść przez ten okres kryzysu, wchodzimy w trzeci etap – realizmu, prawdziwego zaangażowania we wspólnotę. Dokona się to, jeżeli w czasie kryzysu podejmiemy gorliwszą modlitwę i rozeznanie, co jest w moim sercu, od jakiego ducha pochodzą pojawiające się myśli. Gdy uczciwie zastanowimy się, po co jesteśmy we wspólnocie, rozpoznamy pragnienie bycia w niej dla Boga, dla oddania Mu chwały, a nie dla realizacji siebie i swoich planów. Jeśli po dokonanym rozeznaniu ostatecznie zdecydujemy się pozostać, wtedy zacznie się etap służby, wejścia w konkretne posługi. Kiedy już uświadomimy sobie, że nie jesteśmy we wspólnocie tylko po to, by brać, ale by dawać, będziemy zapuszczać w niej korzenie. Można to podsumować słowami, że do wspólnoty przychodzi się po to, żeby być szczęśliwym. Zostaje się w niej, żeby uszczęśliwiać innych. Jednak aby przejść do etapu zakorzeniania się we wspólnocie, potrzeba nam pokory, czyli znajomości prawdy o sobie w świetle Bożym.

Z jednej strony wspólnota jest miejscem, gdzie doświadczamy miłości, mocy Boga, radości i otwartości innych ludzi, gdzie wnosimy swoje obdarowania, talenty i umiejętności. Z drugiej strony, przychodząc do wspólnoty, wnosimy też wszystko to, co nie jest święte w naszym życiu, swoje słabości, grzechy, ograniczenia. Kiedy zaczynamy przebywać z innymi, to odkrywamy swoje słabości, trudności w komunikacji, swoje zahamowania oraz pragnienia, które są nie do spełnienia przez kogokolwiek. Dopóki jesteśmy sami lub pozostajemy w zdystansowanych relacjach z innymi lub tylko przebywamy w gronie najbliższych osób funkcjonujących w dobrze utartych schematach, możemy wierzyć, że jesteśmy mili i że wszystkich kochamy, ale angażując się we wspólnocie, zaczynamy widzieć, jak bardzo jesteśmy niezdolni do miłości.

Wytrwamy we wspólnocie, gdy zaakceptujemy prawdę o słabościach i zranieniach natury ludzkiej i gdy przejdziemy od postawy „wspólnota dla mnie” do „ja dla wspólnoty”. Aby serce mogło przejść tę drogę od egoizmu do miłości (…), niezbędne są czas i liczne oczyszczenia, ciągłe umieranie po to, by zmartwychwstawać na nowo. Aby kochać, trzeba nieustannie umierać dla swoich poglądów, swojej wrażliwości, swojej wygody. Droga miłości utkana jest z ofiar. Korzenie egoizmu, głęboko tkwiące w naszej podświadomości, wyzwalają często pierwsze reakcje obrony, agresji i szukania własnej przyjemności.

Trzeba być świadomym, że we wspólnocie istnieją ludzie do siebie podobni i wtedy bardzo szybko się odnajdują. Lubimy być w pobliżu kogoś, kto się nam podoba, kto ma ten sam sposób patrzenia na życie. We wspólnocie funkcjonują również „antypatie”. Zawsze znajdują się tam osoby, z którymi się nie rozumiem, które mnie hamują, przeciwstawiają się mi i dławią moją energię życiową i wolność. Ich obecność zdaje się mi zagrażać i wywołuje we mnie agresję (…). Inni budzą we mnie uczucie zazdrości i zawiści; są tym, kim ja chciałbym być, a ich obecność przypomina mi, że tym nie jestem. Ich promieniowanie i inteligencja potwierdzają moje własne ubóstwo. Inni znowu żądają ode mnie zbyt wiele. (...) Wszystkie te osoby są moimi „wrogami”. To właśnie konfrontacja z „wrogiem” uświadamia nam własne słabości i wady oraz wyzwala przejawy braku dojrzałości. Jest rzeczą naturalną, że istnieją w nas zahamowania wobec nieprzyjaciela, jednak chodzi o to, aby nie kierować się uczuciami, ale świadomie zdecydować się przełamywać bariery. W chrześcijańskich wspólnotach Bóg jak gdyby upodobał sobie wzywać do tej samej grupy osoby po ludzku bardzo różne, pochodzące z bardzo różnych środowisk, o różnych osobowościach i temperamentach. Zmusza to każdego do przekraczania sympatii i antypatii po to, by kochać drugiego człowieka z jego odmiennością. Osoby te nigdy by nie wybrały życia wspólnego z innymi. Po ludzku wydaje się to wezwaniem niemożliwym, ale właśnie dlatego, że jest niemożliwe, osoby te uzyskują wewnętrzną pewność, iż Bóg wybrał je do życia w tej wspólnocie. Niemożliwe staje się wówczas możliwe. Nie jest to już wybór oparty o własne, ludzkie zdolności ani o sympatie, lecz osoby te są przekonane, że Ojciec je wezwał do życia wspólnego. (…) Jezus wybrał do życia z Nim w pierwszej wspólnocie Apostołów różniących się między sobą: Piotra, Mateusza (celnika), Szymona (zelotę), Judasza... Nigdy nie chodziliby razem, gdyby Nauczyciel ich nie wezwał.

Święty Paweł nazywa Kościół, wspólnotę wierzących, ciałem mistycznym. We wspólnocie wszyscy wzajemnie do siebie należymy. Ta przynależność nie wypływa z więzów ciała i krwi, z poczucia wzajemnej sympatii, ale z Bożego powołania. Każdy z nas został osobiście powołany do konkretnej wspólnoty. To wezwanie jest podstawą naszego rozeznawania i angażowania się z innymi i dla innych.

Wspólnota jest miejscem, gdzie doświadczamy przebaczenia i jednocześnie jesteśmy wzywani do przebaczania. Mimo całego szacunku i zaufania, jakie możemy mieć wzajemnie do siebie, zawsze pojawią się słowa i zachowania, które zranią. Dlatego życie wspólnotowe zawiera w sobie pewien krzyż, nieustanny wysiłek i akceptację polegającą na codziennym wzajemnym przebaczaniu. Święty Paweł wzywa nas: Jako więc wybrańcy Boży — święci i umiłowani — obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy (Kol 3, 12-13). Nieustannie musimy uczyć się bycia we wspólnocie i przyzywać Ducha Świętego, aby przeniknął całą naszą osobę i uzdolnił nas do miłości wzajemnej. Nie jesteśmy panami naszych wrażliwości, poczucia sympatii czy antypatii, jakie pochodzą z głębi naszego bytu. Kontrolujemy je w mniejszym lub większym zakresie. Musimy ufać, że Duch Święty przyjdzie z przebaczeniem oraz oczyści i przytnie nieco pokręcone gałęzie naszej istoty. Naszą wrażliwość od wczesnego dzieciństwa formowały tysiące lęków i egoizmów, podobnie jak tworzyły ją gesty miłości i dar Boga. (…) Nie wyprostuje się jej w jeden dzień. Wymaga to tysiąca oczyszczeń i przebaczeń, codziennych wysiłków, a przede wszystkim daru Ducha Świętego, który wewnętrznie nas odnawia.

Zbyt wiele osób przychodzi do wspólnoty po to, żeby rozwiązać osobiste problemy, należeć do prężnej grupy, odpocząć od codzienności, poznać ciekawe towarzystwo. A kiedy wspólnota nie spełnia ich oczekiwań, pojawia się rozczarowanie. Jean Vanier pisze: Coraz bardziej zaskakują mnie we wspólnocie ludzie niezadowoleni. Kiedy znajdują się w małych wspólnotach, chcieliby być w większych, gdzie człowiek ma słabsze oparcie, gdzie jest więcej zajęć wspólnotowych, gdzie się celebruje piękniejszą i lepiej przygotowaną liturgię. Gdy natomiast są w dużych wspólnotach, marzą o tej idealnej, małej. Ci, którzy mają dużo zajęć, marzą o długich chwilach modlitwy; ci, którzy mają dużo czasu dla siebie, wydają się znudzeni i usilnie szukają jakiegokolwiek zajęcia, które nadałoby sens ich życiu. Czyż nie marzymy wszyscy o takiej idealnej, doskonałej wspólnocie, gdzie żylibyśmy w zupełnym pokoju, doskonałej harmonii, znajdując równowagę pomiędzy życiem wewnętrznym i zewnętrznym, gdzie wszystko byłoby radością?

Trudno jest ludziom wytłumaczyć, że ideał nie istnieje, że osobista równowaga i ta wymarzona harmonia przychodzą dopiero po długich latach walk i cierpień i że nawet wtedy przychodzą jako dotknięcie łaski i pokoju. Jeżeli szuka się zawsze swojej równowagi, powiedziałbym nawet — jeśli zbyt szuka się własnego pokoju, nigdy się tego nie osiągnie, bo pokój jest owocem miłości, a więc służby dla innych. Wielu członkom wspólnot, którzy szukają tego nieosiągalnego ideału, chciałbym powiedzieć: „Nie trzeba już tracić czasu na poszukiwanie doskonałej wspólnoty. Żyj dziś w pełni w swojej wspólnocie. Przestań patrzeć na wady, jakie posiada (całe szczęście, że je ma) drugi, przyjrzyj się raczej swoim własnym wadom i wiedz, że ci przebaczono, że możesz przebaczać innym i wejść dzisiaj w proces nawrócenia przez miłość”.

W trwaniu i służbie we wspólnocie jest również potrzebna nasza zgoda, aby i nas otoczono opieką oraz aby inni nam pomagali, towarzyszyli duchowo, nauczali. Wymaga to czasami ogromnego wysiłku przełamania się, aby przyjąć od kogoś wyraz troski, na przykład w postaci napomnienia. Będąc we wspólnocie, należy zgodzić się na wzajemną współzależność, na nawiązanie bliższych kontaktów, więzi. Jest to trudne i wymagające, gdyż zakłada ujawnienie własnych słabości. Łatwiej jest zachować wygodny dla nas styl życia i nie rezygnować ze swojej wolności. Jednak wówczas zatrzymuje się rozwój osobisty i duchowy i następuje zamknięcie się we własnych granicach, w swoich sprawach, we własnym wygodnictwie.

Aby wejść do wspólnoty i zakorzenić się w niej, trzeba porzucić w pewien sposób dotychczasowe środowisko, wartości, przyzwyczajenia. Wielu osobom to się nie udaje, gdyż nie chcą z niczym zrywać. Żyją kompromisem, ale w ten sposób pozostają w rzeczywistości nieokreśleni i sami. Niektóre osoby obawiają się, że wspólnota ograniczy ich wolność. To prawda, że poślubiając jedną kobietę, rezygnuje się z miliona innych! Wolność jednak nie jest czymś abstrakcyjnym, ale rozwija się w określonym miejscu, czasie, wśród konkretnych ludzi. Potrzeba nam większej miłości do Jezusa: Kto kocha ojca lub matkę, bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10, 37). Powołanie do wspólnoty przez Boga jest często bardzo subtelnym doświadczeniem. Trzeba umieć je rozpoznać, a potem konsekwentnie wybierać te wartości, osoby, wydarzenia, które prowadzą nas do pozyskania nowej jakości życia w Duchu Świętym.

Rozważając o wspólnocie, warto pamiętać, że jesteśmy wezwani przede wszystkim do współpracy z dobrem, które jest w nas, w drugim człowieku i które jest realizowane przez grupę. Po pierwsze, musimy być przekonani o dobru, które wnosimy do wspólnoty w postaci jakiegoś daru. Ważne jest, aby każdy z nas znał swój dar, posługiwał się nim i czuł się odpowiedzialny za jego wzrost. Wtedy budujemy siebie nawzajem. Święty Paweł kładzie nacisk na dary charyzmatyczne w dziele budowania wspólnoty, ale istnieje wiele innych darów związanych bezpośrednio z miłością bliźniego i służbą. Są to różne rodzaje posługiwania konieczne we wspólnocie: poskramianie języka, pokora i łagodność, umiejętność słuchania, stała gotowość świadczenia pomocy w różnorakich sprawach życiowych, znoszenie i podtrzymywanie braci, obdarowanie uśmiechem, modlitwą. Każdy posiada swój dar i powinien nasłuchiwać, jak Duch Święty wzywa go do służby nim. Gdybyśmy byli dostatecznie przekonani o naszym własnym darze, nie zazdrościlibyśmy cudzego daru, który zawsze wydaje się piękniejszy.

Wspólnota jest miejscem osobistego spotkania z Bogiem. Jeśli zachowamy wierność, będziemy troszczyć się o relację z Jezusem, staniemy się otwarci na natchnienia i prowadzenie Ducha Świętego, otwarci na służbę drugiemu, to przejdziemy przez wszystkie etapy zwycięsko i doświadczymy, jak dobrze i miło, gdy bracia mieszkają razem (…), bo tam udziela Pan błogosławieństwa, życia na wieki (Ps 133, 1.3b) Trwanie we wspólnocie jest Bożym błogosławieństwem. W ten sposób Pan prowadzi nas do pełni uzdrowienia, wolności oraz pokoju i radości serca.

Izabela Surmacz

Cytaty za: Jean Vanier, Wspólnota miejscem radości i przebaczenia  

Konferencja z "Posłania" 6/2016