Nadeszła godzina miłowania Boga

Miejmy nadzieję! Wszak to dla nas Jezus przyszedł na świat… Bez Niego niewątpliwie byśmy zginęli… Miejmy nadzieję! Ponieważ niezależnie od naszych potknięć Jezus chce nas ocalić. Im bardziej grzeszni jesteśmy, im bliżej śmierci się znajdujemy, w im większym stanie rozpaczy ciała i ducha pozostajemy, tym bardziej - można powiedzieć - Jezus chce nas ocalić, ponieważ przyszedł na świat, by ocalić to, co ma zginąć…

Boże, jeśli istniejesz…

Odbywa niekończące się wędrówki po kościołach Paryża. Towarzyszy mu ciągle jedna myśl: „Boże, jeśli istniejesz, daj mi się poznać!”… W kościele pod wezwaniem św. Augustyna nachyla się nad niepozornym księdzem, siedzącym akurat w konfesjonale. „Opowie mi ksiądz coś o Bogu?”. „Spowiadaj się!” – słyszy w odpowiedzi. Posłusznie klęka u kratek konfesjonału. Ksiądz Huvelin nie liczy czasu. Po tej spowiedzi Karol będzie już innym człowiekiem: Gdy tylko uwierzyłem, że jest Bóg, zrozumiałem natychmiast, że nie mogę zrobić inaczej, jak tylko żyć dla Niego. Moje powołanie zakonne zrodziło się w tej samej godzinie, co i wiara: Bóg jest tak wielki.

Zanim dojdzie do tego przełomowego momentu, życie Karola jest - jak zwraca uwagę Lilla Danilecka – pełną rozpaczy próbą radzenia sobie ze stratą najbliższych. Rodzi się 15 września 1858 roku w Starsburgu w bogatej rodzinie szlacheckiej. Kiedy ma niespełna 6 lat, w ciągu kilku miesięcy umierają jego rodzice. Karolem i jego starszą siostrą zajmują się dziadkowie. Zgodnie z życzeniem dziadka uczy się w szkole oficerskiej, ale… należy do najgorszych uczniów. Kryzys pogłębia się jeszcze bardziej po śmierci ukochanego opiekuna. Otrzymawszy duży spadek, spędza czas na zabawach, ucztach, ma kochankę. Na skutek lektur współczesnych mu filozofów traci wiarę, otrzymaną w dzieciństwie. Napisze potem: Czyniłem zło, ale go nie pochwalałem ani też nie kochałem… Sprawiłeś, Panie, że odczuwałem głęboki smutek, bolesną pustkę, taki smutek, jakiego nie odczuwałem nigdy, tylko wtedy… powracał każdego wieczoru, kiedy znajdowałem się sam w swoim mieszkaniu… sprawiał, że pozostawałem niemy i przygnębiony podczas tego, co się nazywa zabawami: organizowałem je, ale gdy nadchodziły, spędzałem je w milczeniu, niesmaku i nieskończonej nudzie… Dawałeś mi, Panie, ten nieokreślony niepokój nieczystego sumienia, które, choć uśpione, nie jest całkiem martwe. Nigdy nie odczuwałem takiego smutku, niesmaku, niepokoju, jak wtedy, mój Boże, tak więc było to Twym darem… A ja zupełnie się tego nie domyślałem!…

Kiedy przebywa w garnizonie w jednym z miast Algierii, rozpala się w nim pragnienie przygód. Po jednej z awantur z dowódcą składa wymówienie i… w przebraniu żydowskiego rabina rusza na wyprawę badawczą po Maroku. Owocem jej jest książka „Rozpoznanie Maroka”, za którą Karol otrzyma nagrodę Francuskiego Towarzystwa Geograficznego. Tylko że… nawet to nie jest w stanie zaspokoić jego serca. Wszystko się zmieni dopiero rok później, w pewien październikowy dzień 1886 roku, kiedy nachyli się nad niepozornym kapłanem, siedzącym w konfesjonale.

Jak pączek w maśle

Pielgrzymuje do Ziemi Świętej. Tam przeżywa mocno tajemnicę Wcielenia Syna Bożego, Jego upodobnienie się do człowieka: Skoro zaś przyszedł na ziemię i by nas wykupić, i by nas pouczyć, i by dać się poznać oraz umiłować, to zależało Mu, od pierwszych chwil przyjścia na świat i podczas całego Swego życia dać nam lekcję wzgardzania tym, co wielkie w oczach ludzkich, lekcję zupełnego oderwania od ludzkiego uznania… Narodził się, żył, umarł w największym poniżeniu i w całkowitym pohańbieniu, zajmując raz na zawsze tak ostatnie miejsce, że nikt nigdy nie zdołał zejść niżej od Niego… Fascynuje go myśl właśnie takiego naśladowania życia Jezusa: Całe Jego życie było niczym innym, jak „schodzeniem”: „schodził” wcielając się, „schodził” stając się małym dzieckiem, „schodził” będąc posłusznym, „schodził” stając się ubogim, opuszczonym, wygnanym, prześladowanym, skazańcem, zajmując zawsze ostatnie miejsce (…). Nie chcę przejechać przez moje życie w pierwszej klasie, podczas gdy Ten, którego kocham, przebył je w ostatniej. Wstępuje do klasztoru trapistów w Syrii. „Karol zawsze buduje, często cieszy, ale czasami przeraża” – mówią o młodym, radykalnym mnichu współbracia. Mimo surowości życia zakonnego, Karol ciągle czuje, że nie do końca naśladuje ubogie życie Jezusa. Po kilku latach przełożeni decydują, aby - zgodnie ze swoją prośbą - nie przyjmował ślubów wieczystych. Wyczuwają, że jego powołanie nie jest powołaniem trapisty. Wysyłają go do sióstr klarysek w Nazarecie, aby pomagał przy gospodarstwie. Karol prosi siostry o jak najskromniejsze warunki. Śpi w komórce na narzędzia z kamieniem pod głową, pracuje jako ogrodnik, murarz i stolarz, pości i… - jak pisze do swoich przyjaciół – „czuje się jak pączek w maśle”. Czemu? Codziennie może adorować Chrystusa w Eucharystii.

Ojcze, powierzam się Tobie…

Bóg z nami, Bóg w nas. Bóg, w którym poruszamy się i jesteśmy. Bóg o dwa metry ode mnie w tabernakulum, o mój Boże, czego więcej nam trzeba? Jakże jesteśmy szczęśliwi! Emmanuel, „Bóg z nami” – oto, inaczej mówiąc, pierwsze słowa Ewangelii… „Jestem z wami aż do skończenia świata” - to ostatnie. Jacy jesteśmy szczęśliwi! Jaki Ty jesteś dobry… To właśnie tam, u stóp tabernakulum, pisze rozważania o życiu Jezusa na podstawie Ewangelii oraz medytacje nad psalmami. Pragnie – jak sam mówi – nasycić się Duchem Jezusa. Pisząc o modlitwie, zaprasza do wejścia w relację pełną miłości: Kiedy się kogoś kocha, to chce się bezustannie na niego patrzeć, nie odrywając od niego oczu i myśląc tylko o nim… to miłość. W rozmowie z Bogiem wystarczyć ma prostota dziecka i zasłuchanie w głos Ducha Świętego: Ty uczysz mnie, jak się modlić, mój Boże, modlić się bez uczonych rozważań, bez pięknych zdań, bez wyszukania, prostym krzykiem serca (…). Istnieją dwa sposoby modlitwy: pozwolić wołać własnemu sercu, prosić Boga z prostotą dziecka o to, czego się pragnie... albo mówić tylko: bądź wola Twoja. Posługujmy się jedną lub drugą formą modlitwy, zgodnie z tym, co Duch Święty nam podpowiada. (…) W modlitwach nie kryjmy przed Bogiem swoich cierpień…, nie obawiajmy się poskarżyć, przeciwnie, ukazujmy je w prostocie i otwartym sercem, jak syn Ojcu, jak kochające serce, mające nieodpartą potrzebę zawierzenia wszystkich przeżyć komuś ogromnie kochającemu… i prośmy Go o pomoc: kiedy się kocha, chce się osobę kochaną prosić o pomoc, chce od niej zawsze coś przyjmować! Tu wreszcie, w trakcie adoracji, powstaje znana modlitwa zawierzenia Bogu Ojcu. Człowiek, który doświadczył opuszczenia poprzez śmierć najbliższych, odnajduje wreszcie swoją tożsamość: Mój Ojcze, powierzam się Tobie, uczyń ze mną, co zechcesz. Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko, aby Twoja wola spełniała się we mnie i we wszystkich Twoich stworzeniach; nie pragnę nic więcej, mój Boże. W Twoje ręce powierzam ducha mego z całą miłością mego serca. Kocham Cię i miłość przynagla mnie, by oddać się całkowicie w Twoje ręce, z nieskończoną ufnością, bo Ty jesteś moim Ojcem. W Nazarecie też, po długich namowach ksieni klarysek, przyjmuje wreszcie święcenia kapłańskie. Mały Brat Gian Carlo Sibilia wyjaśnia, jak brat Karol rozumie naśladowanie życia Jezusa ukrytego w Nazarecie: Nazaret to życie pośród zwykłych ludzi, życie wspólne wszystkim chrześcijanom, którzy modlą się z miłości do swego Pana, „miłowanego ze względu na Niego samego”, modlą się do Niego również poprzez swe codzienne radości, trudy, spotkania. I w tym nazaretańskim życiu już są misjonarzami, bo pragną, by na podstawie ich codziennego życia według Ewangelii ludzie mogli poznać Jezusa. Jednak chociaż czuje, że w jakiś sposób naśladuje ukryte życie Jezusa, ma pragnienie czegoś więcej, pragnienie pójścia do najbardziej opuszczonych, zapomnianych, gdyż, jak twierdzi, tam właśnie poszedłby Chrystus. W 1901 roku wyrusza do Algierii, by zamieszkać w Beni-Abbes, u stóp saharyjskiej pustyni, wśród biednych, muzułmańskich wieśniaków.

Nadeszła godzina miłowania Boga

W swojej pustelni wiedzie skromne życie, przepełnione modlitwą i pracą, ale i spotkaniami z ubogimi, chorymi, troszczy się o niewolników, sprzeciwia się niesprawiedliwości kolonizatorów francuskich wobec miejscowej ludności. Pisze: Przedłużać w sobie życie Jezusa: myśleć Jego myślami, mówić Jego słowami, spełniać Jego uczynki… Niech On żyje we mnie… Być obrazem Pana naszego w Jego życiu ukrytym. Życie swoje zmienić w wołanie głoszące Ewangelię… Veni - Przyjdź! Trzeba, żeby odwaga stanęła na wysokości woli… Nadeszła godzina miłowania Boga, szukania Boga samego. Mimo wewnętrznych walk, konsultując też decyzję z ks. Huvelinem, który od czasów pamiętnej spowiedzi pozostaje jego kierownikiem duchowym, decyduje się wyruszyć jeszcze dalej, w głąb pustyni, do osady Tamanrasset, zamieszkanej przez koczownicze plemię Tuaregów. Nie wydaje się, by kiedykolwiek pojawił się tu garnizon, telegraf lub jakiś Europejczyk, i długo jeszcze nie będzie tu misji. Obieram to opuszczone miejsce i osiedlam się w nim, błagając Jezusa, żeby błogosławił temu przedsięwzięciu; chcę tutaj żyć, przyjmując za jedyny przykład Jego życie w Nazarecie.

Rzeczywiście, jedyne, co może, to dawanie świadectwa przykładem własnego życia. Nawet przez jakiś czas w swojej pustelni nie będzie mógł przechowywać, a tym samym adorować Jezusa Eucharystycznego, co przyjmie z bólem. Dla Tuaregów jest przede wszystkim bratem, sługą ubogich. Poświęca wiele czasu na modlitwę kontemplacyjną i wstawienniczą, ofiarowując swoje życie za ludy Sahary. Jak mawia – jego apostolstwo to „apostolstwo przyjaźni”. W czasie choroby, kiedy sąsiedzi znajdują go w pustelni bliskiego śmierci, uczy się, że przyjaźń to jednak nie tylko dawanie, ale i przyjmowanie: Odkrył, jak bardzo Tuaregowie czekali na sposobność, aby okazać mu swoją pomoc i przyjaźń. Nosili go na rękach, karmili jak niemowlę kozim mlekiem i wyciągali z depresji. Z gorliwością zapisuje całe zeszyty miejscowymi przysłowiami, legendami, tworzy słownik języka tubylców, aby móc przetłumaczyć Ewangelię. Mimo że chciałby założyć „małe, proste zgromadzenie”, na skutek radykalizmu życia nie znajduje naśladowców. Nie odnosi też żadnych sukcesów w ewangelizacji, przez 12 lat zdoła ochrzcić tylko jedno niemowlę i jedną staruszkę, co do której rzeczywistego nawrócenia sam jednak ma wątpliwości: „Nie wiadomo, co siedzi w tej biednej głowie”. Czasem ma wrażenie, że jest tylko fantastą, który niczego nie osiągnął…

Umrzesz jako męczennik…

W 1916 roku narastają zamieszki wśród plemion zamieszkujących południową Saharę. Karol jest zmuszony do ufortyfikowania swojej pustelni. 1 grudnia tegoż roku pisze do swojej kuzynki: Nasze unicestwienie jest najprzemożniejszym środkiem, jaki mamy, by się zjednoczyć z Jezusem i czynić dobro duszom; słowa te Święty Jan od Krzyża powtarza niemal w każdej linijce. Kiedy można cierpieć i kochać, można wiele, najwięcej z tego, co jest do zrobienia na tym świecie; czujemy, że cierpimy, nie zawsze czujemy, że kochamy, i to jest dodatkowym wielkim cierpieniem! Ale wiemy, że chcielibyśmy kochać, a chcieć kochać, to kochać. Wydaje nam się, że nie dość kochamy i jakże jest to prawdziwe; nigdy nie będziemy dość kochać. Jednak dobry Bóg (…) wie, z jakiej gliny nas ulepił. Tego listu już nie wyśle. Tego samego wieczoru pustelnia zostaje otoczona przez czterdziestu uzbrojonych jeźdźców, którzy najprawdopodobniej zamierzają wziąć brata Karola jako zakładnika. Kiedy do pustelni zbliżają się niczego nieświadomi kurierzy pocztowi, szesnastoletni chłopak, który ma pilnować brata, przerażony strzela do niego. Karol przewiduje swoją śmierć, przebywając jeszcze w kaplicy u klarysek w Nazarecie: Wyobraź sobie, że musisz ponieść śmierć jako męczennik, odarty ze wszystkiego, rozciągnięty na ziemi, nagi, nie do poznania, pokryty krwią i ranami, uśmiercony przemocą i torturami, i że chcesz, by to się stało dziś!. Gdy oficerowie francuscy przybędą do splądrowanej twierdzy, znajdą leżące na piasku ciało zakonnika, a obok rozsypany Najświętszy Sakrament. Czyż to nie znaczące, skoro Karol pisał, że u stóp Chrystusa Eucharystycznego chce się żyć i umierać… Jeden z żołnierzy przyklęka i spożywa Ciało Pańskie.

***

13 listopada 2005 roku papież Benedykt XVI ogłasza brata Karola de Foucauld błogosławionym.

Po śmierci brata jak grzyby po deszczu zaczynają powstawać zgromadzenia (jak Mali Bracia i Małe Siostry Jezusa), wspólnoty i stowarzyszenia, zainspirowane jego życiem i nauką. Obecnie jest ich ponad dwadzieścia. Jak mawiał błogosławiony, przecież życie nazaretańskie można prowadzić wszędzie; prowadź je tam, gdzie będzie ono najbardziej pożyteczne dla bliźniego.

Renata Czerwińska

Na podstawie: strona poświęcona bł. Karolowi de Foucauld: http://foucauld.w.interia.pl; Lilla Danilecka, Brat Karol de Foucauld, „Misyjne drogi” 4/2005; taż, Chrześcijanin wśród muzułmanów, „Misyjne drogi” 1/2006  

Konferencja z "Posłania" 6/2011