Jedyna kotwica

 Ciągle zadaję sobie pytanie: czy będę nadal starał się o to, by kroczyć dobrą drogą? Czy dane mi będzie wytrwać aż do końca? W tym okropnym kłębowisku wątpliwości wiara, jaką na chrzcie otrzymałem, podpowiada mi pewnym głosem: „Własnymi siłami niczego nie dokonasz, ale jeśli Bóg będzie w centrum twojego działania, to wytrwasz i dojdziesz do celu”.

 ***

Pociąg jadący z Turynu do Oulx zatrzymuje się podczas silnej śnieżycy. Kolejarze uwijają się wokół maszyny, aby mogła ruszyć dalej. Wkrótce jeden z podróżnych przyłącza się z pomocą – rosły chłopak, jadący z przyjaciółmi w góry. Tubalnym głosem deklamuje wiersze, czym zapewne wybudza niejednego z podróżnych, ale… łagodzi przy tym zniecierpliwienie innych. Po pewnym czasie, jak gdyby nigdy nic, wraca do przedziału i udaje, że śpi, ale… przyjaciele rozpoznają, że tak naprawdę po cichu mówi różaniec. Nie, nie, już go nie krytykują. Kiedyś przecież za ten różaniec ktoś wyśmiał go i nazwał bigotem – ale on odpowiedział spokojnie: „Jestem chrześcijaninem”. A może jeszcze – co nie daj Boże - zaproponowałby im odmówienie różańca (jak wtedy, kiedy po górskiej wędrówce zapraszał ich do modlitwy tak długo, aż w końcu stwierdził, że jeśli odmówią z nim różaniec, to wyczyści im zabłocone buty… Myśleli wtedy, że się wygłupia, ale naprawdę to zrobił)? Więc może lepiej nie przeszkadzać temu wariatowi, niech się modli… 

Za to trzydzieści lat później, wędrując w kierunku Sauze d’Oulx, to oni właśnie będą mówić różaniec, chociaż Pier Giorgia nie będzie już z nimi. 

Typ spod ciemnej gwiazdy 

Pier Giorgio Frassati jest studentem na wydziale Inżynierii Górnictwa w Turynie. Podobno niezbyt lotnym, ale za to bardzo pracowitym. Czasami znajomi przekręcają jego nazwisko i mówią Fracassati (´fracasso` po włosku oznacza hałas). Bo też wszędzie można usłyszeć jego tubalny głos albo śmiech (albo, co gorsza, śpiew – a fałszuje za czterech). Na uniwersytecie angażuje się w politykę, bierze udział w manifestacjach religijnych (których uczestnicy są szykanowani zarówno przez komunistów, jak i przez faszystów). Przede wszystkim jednak kocha góry i z grupą przyjaciół często wyrusza, by zdobywać alpejskie szczyty – niestraszne im nawet czterotysięczniki. Z tą samą grupą zakłada Towarzystwo Ciemnych Typów. Jego członkowie (niewielu, ale dobrych jak makaron) to draby i… drabinki. Zadaniem tychże osobników spod ciemnej gwiazdy, oprócz organizowania wysokogórskich wypraw, ma być także… wspólne adorowanie Najświętszego Sakramentu oraz działania charytatywne. 

Święty w kapciach 

Bo też oprócz gór Pier Giorgio ma jeszcze jedną pasję – ubogich. Przyjaciele wiedzą, że choć jest synem bogatych ludzi, chronicznie brakuje mu pieniędzy, bo… ciągle się z kimś dzieli. Kiedyś jeden z nich widzi go idącego ulicą w kapciach – własne buty właśnie oddał osobie, która najwidoczniej bardziej ich potrzebowała. Inny z przyjaciół, Gian Cezar, wspomina: Późnym wieczorem spotkałem Piotra Jerzego z ogromną paczką w rękach i na próżno starałem się go zatrzymać, by porozmawiać z nim. Pamiętam, że ograniczył się on tylko do pozdrowienia mnie swoim wielkim, grubym głosem. Zapytałem „Gdzie idziesz z tym pakunkiem?”, a on „Nigdzie, tam tylko” i szybko się oddalił. Zainteresowany i zaciekawiony poszedłem za nim kawałek i zobaczyłem tylko, jak znika w końcu długiego korytarza. Jeszcze bardziej zaciekawiony, aby poznać jak głębokie jest jego miłosierdzie, dowiedziałem się, że poszedł do chorego, dla którego robił wszystko, czego potrzebował, jak najpokorniejszy ze sług. Giovanni mówi: Biedaka, który prosił o jałmużnę, zapytał, dlaczego nie pracuje. Gdy odpowiedział, że nie miał więcej narzędzi, aby ugotować i sprzedać kasztany, Piotr Jerzy kupił wszystko i dał mu, aby miał możliwość pracy. Innemu kupił wszystkie narzędzia, potrzebne do pracy w charakterze blacharza. Franco dodaje: Pamiętam, że Piotr Jerzy dużo razy chodził po schodach Berlina [od redakcji: przez kilka lat rodzina Frassatich mieszkała w Niemczech], aby odwiedzić swoich biednych chorych. Sam wtedy robił zastrzyki zmęczonym protegowanym. Starał się o nich zadbać nie tylko siłą lekarstw, ale przede wszystkim przez swoje miłosierdzie i troskliwość. Czasami w piśmie wydawanym przez pana Frassatiego pojawiają się płatne ogłoszenia osób chętnych do podjęcia różnorakiej pracy – tymczasem to Pier Giorgio w porozumieniu z pracownikami gazety umieszcza je w imieniu swoich ubogich przyjaciół. Ci, którzy go znają, zgodnie stwierdzają, że przekraczał przykazanie miłości – kochał bliźnich bardziej, niż siebie. On jednak nie rozpowiada o tym, co robi (z rodziny tylko siostra wie o jego działalności). Pomoc ubogim i chorym traktuje jako coś naturalnego. Jak sam mówi, jest to sposób na podziękowanie Chrystusowi, który codziennie przychodzi do jego serca. 

Wiara to jedyna kotwica 

Zdolny, wysportowany, bogaty… komuś może wydawać się, że Pier Giorgio jest dzieckiem szczęścia. Tylko rodzona siostra, Luciana, zna rodzinną sytuację i dopiero w długi czas później będzie o niej opowiadać. Przez całe lata rodzeństwo żyje, słysząc nieustanne kłótnie rodziców i groźby rozwodu. Matka po stracie pierwszego dziecka (córki) przez wiele lat traktuje swoje drugie dziecko – właśnie Pier Giorgia – jak… dziewczynkę (z kolei nie jest w stanie zaakceptować trzeciego – dziewczynki z krwi i kości, Luciany). Ojciec tymczasem faworyzuje córkę, a wobec syna często daje wyrazy niezadowolenia. Jako dzieci bogatych rodziców (ojciec jest znanym politykiem i dziennikarzem liberalnego czasopisma, matka zaś malarką, pochodzącą z rodziny o wysokich aspiracjach) mają zakaz bawienia się z dziećmi z sąsiedztwa, ich dzieciństwo jest bardzo samotne. Uczą się, że na całkiem zwyczajne pytania babci o to, co się dzieje w domu, mają nie odpowiadać. Istnieją też inne zakazy, np. podjadania między posiłkami (chociaż owoce leżą na stole) albo – też w tym czasie - dodatkowego picia (w gorącym, włoskim klimacie…), co zresztą powoduje, że dorastające dzieci nieraz chodzą głodne. Ojciec jest obojętny religijnie, wiara apodyktycznej matki jest dość tradycyjna. Kiedy jednak Pier Giorgio oświadcza, że chciałby zostać księdzem, przez dom przetacza się istna nawałnica. Wobec tego rezygnuje z planów kapłańskich i idzie na studia. Po pewnym czasie zakochuje się w jednej z „drabinek”; co prawda, nie zdradza się jeszcze ze swymi uczuciami, ale zaprasza ją z koleżanką na obiad. Matka jednak jest zdegustowana: dziewczyna ma… nieodpowiedni śmiech. Pier Giorgio decyduje się zdusić uczucie w zarodku. Dlatego kiedy Luciana wychodzi za mąż i wyjeżdża z rodzinnego domu, martwi się o brata. Pisząc do niego listy, pyta w jednym z nich o jego samopoczucie. Zdziwiona, czyta odpowiedź: Pytasz, czy jestem wesół? Jakże mogę nie być? Tak długo, jak długo wiara dawać mi będzie siły, będę wesół... Cierpienie nie jest równoznaczne ze smutkiem, który jest chorobą gorszą niż wszystkie inne i jest prawie zawsze owocem braku wiary. Cel, dla którego zostaliśmy stworzeni, wprowadza nas wprawdzie na drogę pełną cierni, ale nie jest to droga smutna. Ona jest samą radością, nawet jeśli sprawia to ból i cierpienia. Podobnie zresztą pisze do innego ze swoich przyjaciół, Izydora: Z pewnością wiara to jedyna kotwica, która może nas ocalić, jej trzeba się uchwycić całą mocą. Bez niej czymże by było całe nasze życie? Niczym, a raczej niepotrzebną udręką, bo w świecie jest tylko cierpienie, a cierpienie bez wiary jest nie do zniesienia. Cierpienie zaś pokrzepione choćby małym płomykiem wiary staje się czymś pięknym, gdyż zaprawia ducha do walki. Dziś w takim zmaganiu mogę tylko dziękować Bogu, że w swoim nieskończonym miłosierdziu raczył udzielić memu sercu tego cierpienia, abym trudną, ciernistą drogą skierował się do życia bardziej wewnętrznego, bardziej duchowego. 

Do celu 

To właśnie Bóg jest największą miłością młodego Pier Giorgia, a jego wiara jest radosna i zaraźliwa. Jeden z księży wspomina: Tyle razy w pensjonatach czy schroniskach alpejskich wieczorem, nagle, ponad hałasem, który często sam wywoływał, zaczynał intonować swoim mocnym głosem różaniec, do którego, co było nieuniknione, dołączali się także inni mieszkańcy, którzy nie należeli do jego grupy. Przyjaciele pamiętają jego niezwykłe skupienie w trakcie adoracji – bardzo zresztą lubi adoracje nocne, ponieważ, jak twierdzi, skoro królowie mieli nocne straże, dlaczegóż by nie czuwać przy Chrystusie Królu? Codziennie przystępuje do komunii świętej, a ta mocna więź z Bogiem uzdalnia go do cierpliwego znoszenia nieustannych przytyków rodziców i odpowiadania im na nie miłością. 

Tuż przed swoimi ostatnimi egzaminami na studiach – w czerwcu 1925 roku - zaraża się chorobą Heinego- Medina od jednego ze swych podopiecznych. Nie chcąc martwić rodziny, zajętej umierającą babcią, nie zwierza się z silnych bólów głowy i trudności w poruszaniu się, zostaje więc dodatkowo zrugany za to, że „nigdy go nie ma, kiedy jest potrzebny” (rodzice nie wiedzą, że w nocy ostatkiem sił przyczołgał się do jej pokoju, aby się pożegnać). Kiedy jednak matka, zmęczona przygotowaniami do pogrzebu, zostaje w domu, zaczyna niepokoić się stanem syna. W oczekiwaniu na przyjście lekarza prowadzą niezwykle serdeczną rozmowę. Przybyły doktor jest przerażony stanem chorego: okazuje się, że nastąpił już paraliż narządów wewnętrznych! Zamówiona surowica przychodzi zbyt późno. Jeszcze tylko ostatni ruch głowy w stronę płaszcza. W kieszeni rodzina znajduje kartkę z informacją dla siostry: Zastrzyki są dla Converso; kwit lombardowy jest Sappy. Zapomniałem o nim... odnów go na mój rachunek. 

Na pogrzeb dwudziestoparoletniego chłopaka przychodzi niemal cały Turyn, zwłaszcza zaś ubodzy i chorzy. Widząc to, pan Frassati mówi: „Nie znałem tak naprawdę mojego syna”. A Luciana dodaje: „Mieszkaliśmy ze świętym, a nie wiedzieliśmy o tym”. 

Gdy w 56 lat później na potrzeby procesu beatyfikacyjnego grobowiec rodzinny Frassatich zostaje otwarty, świadkowie – w tym lekarze i rodzina – widzą kosmyk czarnych włosów, lekko pociemniałe czoło, tęczówki oka… okazuje się, że ciało Pier Giorgia jako jedyne w grobowcu nie uległo rozkładowi. 

Renata Czerwińska

Na podstawie: ks. Rafał Sorkowicz TChr, Verso l’alto, czyli zawsze w górę; Luciana Frassati, Pier Giorgio Frassati. Człowiek ośmiu błogosławieństw.

Artykuł z "Posłania" 5/2012