Znalazłam moje niebo

„Z Elżbietą zawsze były kłopoty!” – westchnęła kapitanowa Maria Catez, spoglądając w stronę sąsiadującego z ich domem klasztoru karmelitanek – „Może ksiądz ma rację, może rzeczywiście ma powołanie… Ale jak tak można odpowiedzieć hrabinie…”.

A było to tak: podczas wieczorku towarzyskiego, organizowanego przez panią Catez, jedna z zaproszonych, hrabina D’Anthès, zaintrygowana, jak to możliwe, że młoda, piękna, utalentowana dziewczyna spędza tyle czasu na modlitwie, zapytała ją, o czym tak długo rozmawia z dobrym Bogiem. A Elżbieta odpowiedziała z uśmiechem: „Ależ droga pani, my się kochamy!”. W końcu, jak sama mówiła: Nawet wśród świata można słyszeć Boga w ciszy serca, które chce należeć tylko do Niego!

Dom Boży

Elżbieta rodzi się w Dijon, w rodzinie wojskowych. Jest żywiołowym, energicznym i upartym dzieckiem, co na przełomie XIX i XX wieku, kiedy uważano, że „dzieci powinno być widać, a nie słychać”, mogło rzeczywiście budzić niezadowolenie. A że jej młodsza siostra, Małgorzata, spokojna i pogodna, stanowi jej przeciwieństwo, nieraz słyszy epitety, że jest „małym diablątkiem” albo że zostanie posłana do poprawczaka – walizka już przygotowana. W dodatku, kiedy ma zaledwie 7 lat, jej ojciec umiera. Mama, utrzymująca się z renty po mężu oficerze, przeprowadza się z córkami na peryferie miasta, tuż obok klasztoru karmelitanek. Tymczasem nadchodzi przełomowe wydarzenie w życiu Elżbiety: pierwsza spowiedź i komunia święta. Inne dziewczęta zapamiętują jej zapłakaną, choć jednocześnie uśmiechniętą twarzyczkę i słowa: Nie jestem głodna, bo nakarmił mnie Jezus. Po południu mama wraz z dziewczynkami odwiedza karmelitanki. „O, Elżbietko, jakie masz piękne imię! – wołają siostry. – Czy wiesz, co ono oznacza?”. „Nie, a co?”. „Dom Boży!”. „Dom Boży?!” – ta wiadomość zachwyca małą Elżbietę. Przecież wie, co stało się rano… O tym wydarzeniu napisze tak po latach: Nie mówiliśmy do siebie. Miłowaliśmy się. Moja dusza stała się mieszkaniem Boga, Pan posiadł me serce. Posiadł tak dalece, że od tej godziny, od tej tajemnej rozmowy, od chwili tego boskiego, pełnego rozkoszy obcowania nie mam już innych tęsknot, jak oddać Mu życie, odwzajemnić choć trochę Jego wielką miłość w Eucharystii. (...) O, święty, piękny dniu, kiedy Jezus wszedł do mnie i w głębi duszy pozwolił mi usłyszeć swój Głos…

Zapomnieć o sobie – to proste!

Osobiste spotkanie z Chrystusem staje się dla Elżbiety impulsem do pracy nad sobą. Pani Catez zauważa, że córka stara się panować nad wybuchami złości, niecierpliwością, zapomina o sobie – jak po pamiętnym konkursie pianistycznym (Elżbieta przepięknie gra na fortepianie, w wieku 13 lat zdobywa już wysokie miejsca), kiedy pierwszą pozycję zajmuje dziecko grające ewidentnie gorzej… ale pochodzące z lokalnego establishmentu. Jak zareaguje Elżbieta? Jak ją uspokoić, pocieszyć? Tymczasem to ona dodaje otuchy zdenerwowanej rodzicielce: „Mamo, wygrała muzyka!”.

Jak to możliwe? Kilka lat później Elżbieta wyjaśni: Może trudne wydaje ci się zapomnienie o sobie. Gdybyś wiedziała, jakie to proste. Wyjawię ci moją tajemnicę. Myśl o Bogu, który zamieszkał w tobie i którego jesteś świątynią. To są słowa św. Pawła, możemy im dać wiarę. Powoli dusza przywyka do tego słodkiego towarzystwa, pojmując, że nosi w sobie niebo, w którym Bóg miłości obrał sobie mieszkanie. Wówczas oddycha jakby atmosferą nieziemską.

Pani Catez dba nie tylko o wszechstronne wykształcenie córek. Zabiera je często w podróże, szczególnie po południowej Francji. Dziewczęta kochają morze i góry. Widoki zapierające dech w piersiach mówią Elżbiecie o jej ukochanym Stwórcy, który też coraz bardziej ją pociąga. Dlatego, choć żywiołowa nastolatka potrafi być duszą towarzystwa, jej serce jest gdzie indziej. Jedna z koleżanek opowiada, jak podczas spotkania towarzyskiego Elżbieta wzięła ją na stronę i chyba przez godzinę z entuzjazmem opowiadała jej o Bogu. Widząc coraz bardziej zdziwioną minę przyjaciółki, stwierdziła: Należy żyć w towarzystwie dobrego Boga jak z przyjacielem. Bóg musi stać się twoją pasją!

Wiem, komu zawierzyłam

Z pewnością jest On największą pasją Elżbiety. Marzy coraz bardziej o wstąpieniu do pobliskiego Karmelu, ale kiedy zwierza się z tego matce, ta reaguje gwałtownym sprzeciwem, co więcej, zakazuje czternastolatce kontaktów z siostrami, ogranicza wychodzenie do kościoła i przyjmowanie komunii świętej. Ostatecznie zgodzi się na Karmel, ale dopiero, gdy córka skończy 21 lat. A na razie… organizuje wieczorki i bale, starając się znaleźć idealnego kandydata do ręki córki. Tymczasem niejeden z młodych ludzi czuje, że ona nie jest dla nich. „Elżbieto, ty widzisz Boga” – mówią. Rzeczywiście, żyjąc w świecie, prowadzi głębokie życie modlitwy – Pragnęłabym bardzo, o mój Mistrzu, żyć z Tobą w milczeniu – notuje. – Ale to, co lubię nade wszystko, to pełnić Twoją wolę, a ponieważ Ty chcesz mieć mnie jeszcze w świecie, poddaję się z całego mego serca, z miłości do Ciebie. Ofiaruję Ci celkę mego serca, niech to będzie Twoja mała Betania; przychodź, by tam odpoczywać, ja tak bardzo Cię kocham. Choć czas oczekiwania nie jest łatwy, wyznaje: Jestem spokojna, bo wiem, komu zawierzyłam. On jest wszechmocny. Niech więc kieruje wszystkim, jak Mu się podoba. Ja chcę tylko tego, czego On chce, pragnę tylko tego, czego On pragnie. Proszę Go tylko o jedno: abym miłowała Go z całej duszy, lecz miłością prawdziwą, mocną i wielkoduszną! Ta miłość do Boga przejawia się bardzo konkretnie w trosce o innych – w opiece nad dziećmi robotników z pobliskiej fabryki oraz ich katechizacji, odwiedzaniu chorych, śpiewie w chórze kościelnym.

Znalazłam moje niebo

Wreszcie przychodzi wytęskniony moment wstąpienia do Karmelu. Ze względu na panią Catez Elżbieta pozostanie w placówce sąsiadującej z jej rodzinnym domem. Krótki czas postulatu przynosi poczucie spełnienia, bycia na właściwym miejscu, jednak rozpoczęty cztery miesiące później nowicjat jest już czasem swoistej pustyni, walk wewnętrznych. Elżbieta, która jeszcze w świecie doświadczała łatwości modlitwy i łask mistycznych, odczuwa oschłość, trudność w kontakcie z Bogiem, w godzeniu działania i kontemplacji. Spowiednik nie może jej zrozumieć. I ona sama, i przełożeni zastanawiają się, czy Karmel rzeczywiście jest jej miejscem, postanawiają więc wydłużyć jej czas nowicjatu. Przygotowania do ślubów są drogą przez pustynię, pozostaje jej sama wiara – jak pisze o. Andrzej Ruszała OCD, wiara nie oparta na emocjach, ale na obietnicach Bożych i Bożej miłości, zawartych w Jego Słowie – oddaje się jednak nieustannie w Boże ręce. Wreszcie w przeddzień ślubów On sam ucisza burzę w jej sercu. Elżbieta napisze potem w liście: Zdaje mi się, że znalazłam moje niebo na ziemi, albowiem niebo to Bóg, a Bóg jest w mojej duszy. Tego dnia, gdy to zrozumiałam, zapanowało w mojej duszy światło… i chciałabym tę tajemnicę całkiem cicho wszystkim przekazać, których kocham, aby i oni, przechodząc ciężkie chwile, mocno trzymali się Boga. W innym z listów doda: Zbyt mocno patrzymy na siebie. Chcielibyśmy wszystko sami widzieć i zrozumieć, a nie mamy dosyć zaufania do Tego, który nas otacza swoją miłością. Nie trzeba zatrzymywać się przed Krzyżem i patrzeć na niego samego, lecz, skupiając się na nim w światłach wiary, trzeba się wznosić wyżej i myśleć, że jest on narzędziem, które jest posłuszne Miłości Bożej. Potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.

Uwielbienie chwały

Elżbieta, przeszedłszy trudy nocy ciemnej, wchodzi coraz głębiej w milczenie wewnętrzne (karmelitańska reguła milczenia zewnętrznego pomaga w otwarciu serca na natchnienia Ducha Bożego), pragnie coraz bardziej kochać, poznawać Boga w Trójcy Świętej, którego w modlitwie zawierzenia będzie nazywać „moi Trzej”, przylgnąć do Niego i zjednoczyć się z Nim. W jej poezji coraz częściej będzie pojawiać się motyw zatopienia się w Świętej Trójcy łono. Czytając listy św. Pawła, a szczególnie fragmenty z Listu do Efezjan o tym, że człowiek został stworzony i powołany odwieczną miłością (por. Ef 1,3-12), aby całym życiem oddać Bogu chwałę, Elżbieta odkrywa swoje nowe imię – Laudem Gloriae – „uwielbienie chwały”, jednocześnie też rozumie na nowo swoje powołanie. Podobnie jak kiedyś została zafascynowana imieniem „dom Boga”, tak teraz te słowa zaczynają ją niezwykle porywać. Rozumie, że jedynym, który doskonale oddał chwałę Bogu, jest sam Jezus, że najlepszym oddaniem Bogu chwały jest bycie jak On – ale też zdaje sobie sprawę z tego, że trudno jest to uczynić własnymi siłami. Pisząc do rodzonej siostry – żony i matki – wyjaśnia jednak, że ważne są małe kroki. To przede wszystkim wdzięczność Bogu: Trzeba dziękować Bogu w każdej chwili za wszystko, co nas spotyka, albowiem Pan Bóg jest Miłością i dlatego może obdarzać nas tylko miłością. To także kierowanie wzroku na Niego, w codzienności: Uwielbiajmy Boga „w duchu”, to znaczy miejmy serca i myśli utkwione w Nim, miejmy ducha pełnego poznania przez światło wiary. Uwielbiajmy Go „w prawdzie”, to znaczy naszymi czynami, albowiem nade wszystko w czynach jesteśmy prawdziwi, a więc mamy zawsze czynić to, co Ojcu się podoba, Ojcu, którego jesteśmy dziećmi. Tę postawę można w sobie wyćwiczyć poprzez wewnętrzne milczenie, zasłuchanie w głos Boga. Uwielbienie Boga wyraża się także poprzez bezinteresowną miłość do Niego, nie szukanie słodyczy, pocieszeń, darów, ale Boga samego. Trzeba być zakorzenionym i ugruntowanym w miłości, aby móc godnie spełniać obowiązek wielbienia Bożego Majestatu.

Co jednak, jeśli widzimy, że nie jesteśmy w stanie tego uczynić? Elżbieta pociesza, pisząc: „Sława Chwały” – to dusza, która wpatruje się w Boga z wiarą i prostotą. (…) „Noc nocy przekazuje wiadomość” (Ps 19,3). O, jak bardzo są pocieszające te słowa! Moja słabość, zniechęcenia, ciemności, a nawet moje upadki głoszą chwałę Odwiecznego Boga!

Spotkanie w cieniu krzyża

Elżbieta wzrasta w miłowaniu i uwielbieniu Boga, jednocześnie jednak coraz bardziej podupada na zdrowiu. W wieku 24 lat zapada na nieuleczalną wówczas chorobę Addisona: jej nerki źle pracują, pojawiają się problemy z przyjmowaniem pokarmów, ogromne bóle, osłabienie. Poważny stan zdrowia przyczynia się jednak do tego, że stara się jak najlepiej wykorzystać dany jej czas. Nie chce przysparzać zmartwień mieszkającej nieopodal rodzinie, zapewnia ją, że opieka lekarska jest profesjonalna i wystarczająca. Tłumaczy im, że nie zostaje w swym cierpieniu osamotniona, wszak oprócz współsióstr jest przy niej jeszcze Ktoś: Istnieje Byt, który jest Miłością i który pragnie, abyśmy trwali w zjednoczeniu z Nim. Mamo, to coś wspaniałego, On tu jest, towarzyszy mi i pomaga w cierpieniu, sprawia, że przechodzę ponad bólem, aby spocząć w Nim. Rób to samo, a zobaczysz, jak wszystko się zmienia. Wierząc, że nic w życiu człowieka nie zdarza się przypadkiem, wskazuje: Po tym poznać możemy, iż Bóg jest w nas i miłość Jego nami owładnęła, jeśli nie tylko z cierpliwością, lecz z wdzięcznością przyjmujemy przeciwności i cierpienia. By do tego dojść, trzeba wpatrywać się w Ukrzyżowanego z miłości. Taka kontemplacja, o ile jest prawdziwa, doprowadza niezawodnie do umiłowania cierpienia. Droga mamo! W świetle tryskającym z krzyża przyjmuj wszelkie doświadczenia, każdą przeciwność, każdą przykrość. W ten sposób podobamy się Bogu i postępujemy na drogach miłości. Podziękuj Mu za mnie, czuję się tak bardzo, bardzo szczęśliwa! Pragnęłabym udzielić nieco z mojego szczęścia tym, których kocham. Wyznaczam ci spotkanie w cieniu krzyża, by tam nauczyć się sztuki cierpienia.

Wierz w Jego miłość!

Osłabiona chorobą, trwającą rok i 8 miesięcy, nie może już jeść i pić, czasem nie ma nawet sił poruszać wargami. Tęskni za spotkaniem z umiłowanym Bogiem. Kiedy siostry pytają ją, czy po śmierci będzie tak jak Mała Tereska schodzić na ziemię, by spuszczać deszcz róż, odpowiada żartem, że raczej zaledwie znajdzie się w niebie, rzuci się niczym mała rakieta na łono mych Trzech, gdyż sława Chwały nie może mieć innego miejsca na wieczność i będę zanurzać się coraz bardziej. Po chwili jednak dodaje już całkiem poważ- nie: Wydaje mi się, że w Niebie moim posłannictwem będzie pociągać dusze, pomagając im wyjść z siebie samych, by przylgnęły do Boga prostym i pełnym miłości ruchem oraz strzec ich w tym wielkim milczeniu wewnętrznym, które pozwoli Bogu w nich działać i przemieniać w siebie.

9 listopada 1906 r. Elżbieta w wieku zaledwie 26 lat umiera, a raczej – odchodzi do „swoich Trzech”. Jej ostatnie słowa brzmią: Idę do Światła, do Miłości, do Życia

***

Elżbieta rzeczywiście pociąga – i to nie tylko dusze, które chcą się skryć w cieniu zakonu karmelitańskiego. Zachowało się wiele jej listów do osób żyjących w świecie – mamy, siostry, kuzynek – w których otwierała przed nimi fascynujące horyzonty wiary. Swoim świadectwem życia mówi do każdego, pokazując piękno jego powołania do świętości i oddania Bogu chwały, zapewniając, że jeśli ktoś wiernie Mu służy, nie zmarnuje ani chwili. Umacniaj się w wierze, to znaczy, działaj pod wielkim światłem Bożym, a nigdy według wrażeń czy wyobraźni. Wierz, że On cię miłuje, że On sam chce ci pomóc w walkach, jakie masz znosić. Wierz w Jego miłość, w Jego zbyt wielką miłość, jak mówi święty Paweł: karm swoją duszę wielkimi myślami wiary, które jej objawiają całe bogactwo oraz cel, dla którego Bóg ją stworzył! (…) Jaką radością jest wierzyć, iż Bóg kocha nas tak bardzo, że w nas zamieszkał, czyniąc się towarzyszem naszego wygnania, zaufanym i przyjacielem w każdej chwili. (…) Pozwól się miłować [Bogu]!

Renata Czerwińska

Na podstawie: Konrad de Meester OCD, Wprowadzenie ogólne do: bł. Elżbieta od Trójcy Świętej, Pisma wszystkie, t.1; podstrona Krakowskiej Prowincji Karmelitów Bosych poświęcona bł. Elżbiecie http://www.karmel.pl/ hagiografia/catez/index.php  

Artykuł z "Posłania" 6/2014