Święty Andrzej Bobola - rycerz Chrystusa i obrońca Polski

Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo (Ga 4,4- 5). Jezus narodził się w konkretnym momencie historii, a Jego rodowód obejmuje szereg ludzkich pokoleń. Wśród nich znajdują się autentyczni bohaterowie wiary, mężowie sprawiedliwi i dzielne niewiasty, ale i grzesznicy: bałwochwalcy, cudzołożnicy, zabójcy. Syn Boży naprawdę stał się człowiekiem i autentycznie wmieszał się w ludzką historię rozdartą przez grzech po to, by ją zbawić i wyprowadzić z niej nową ludzkość.

Gdy Rzeczpospolita w wieku XVII nękana była licznymi konfliktami, m.in. ze Szwecją, Rosją i Tatarami, Bóg wzbudził świętego człowieka – Andrzeja Bobolę, jezuitę, który obecnie jest jednym z patronów Polski. Święty urodził się najprawdopodobniej w 1591 roku w podsanockiej Strachocinie. Historia jego życia w instruktażowy wręcz sposób kreśli drogę chrześcijańskiej doskonałości. Bobola nie był doskonały, ale to nie przeszkodziło mu stać się świętym. Dzięki heroicznej pracy nad sobą zdołał przezwyciężyć wszystkie „obciążenia stanu szlacheckiego”, z którego się wywodził. Jego rodzina znacznie częściej występowała w księgach sądowych z tytułu awanturnictwa aniżeli dobroczynności. Ideał, jaki osiągnął – świętość życia, poświadczona męczeńską śmiercią – pokazuje, że każdy może być świętym. Nie ma takich osobistych czy rodzinnych determinizmów, z których nie można by się wyzwolić, współpracując wytrwale z łaską.

Z porywczego, skłonnego do uporu i wyniosłości szlachcica stał się Andrzej gorliwym apostołem Chrystusa – Jego dzielnym rycerzem. Bóg wykorzystał jego energię i żywy temperament, które po oczyszczeniu przybrały postać niebywałej wprost aktywności duszpasterskiej Małopolanina. Ojciec Bobola pracował m.in. w Płocku, Warszawie, Wilnie, Połocku i Pińsku, dając się poznać jako wytrawny kaznodzieja. Najlepiej czuł się jednak w pracy misyjnej, pośród ubogiej ludności dzisiejszej Litwy, Rosji i Białorusi. Działał na trudnym terenie i w niespokojnych czasach, kiedy konflikty narodowe mieszały się z religijnymi. Dla swojej gorliwości wyznawcy prawosławia nazywali go „duszochwatem”, a katolicy „łowcą dusz”. Ludzie, którym głosił Chrystusa, żyli w wielkim zaniedbaniu. Polesie stanowiło rozległy obszar, gdzie miejscowości poprzecinane były mokradłami i bagnami. Ze względu na małą liczbę dróg tylko z trudnością można było do nich dotrzeć. Mieszkańcy wsi i miasteczek mieli jedynie sporadyczne kontakty z Kościołem, łącząc w praktyce chrześcijaństwo z ludową magią. Miłość Andrzeja ku nim była głównym powodem jego pracy duszpasterskiej. Skrajna bieda, w której żyli, dotyczyła zarówno katolików, jak i prawosławnych, toteż i nauczanie zakonnika obejmowało tak jednych, jak i drugich. W książce Duszochwat ze Strachociny ksiądz Józef Niżnik pisał o Boboli: Wykorzystywał każdą sposobną chwilę do tego, aby zapoznawać ludzi z nauką Chrystusa. On wiedział, że najlepszą okazją do nauczania prawd wiary i zasad moralności jest osobisty kontakt z ludźmi. Dlatego znany był na terenach Pińszczyzny jako wędrowny kaznodzieja (…). Dla niego najważniejsza była ludzka dusza. Dla niej oddałby wszystko. Gdy napotkał zagubioną duszę, tracił poczucie czasu i miarę ofiary. Aby ją uratować, kładł wszystko na jedną szalę. Nie wracał do klasztoru, nie jadł, nie spał.

W swoim wychodzeniu na opłotki i społeczne peryferia święty okazał się jednym z prekursorów Nowej Ewangelizacji. Nie wszyscy byli jednak zadowoleni z obecności i pracy polskiego jezuity. Cerkiew prawosławna odnosiła się do niego z wrogością, oskarżając go o prozelityzm. Owocem jego posługi były bowiem nie tylko indywidualne, ale i zbiorowe konwersje. Katolickiego duchowieństwa utożsamianego z Polską nienawidzili wprost Kozacy. Teoretycznie zarządzał nimi Chmielnicki, deklarujący swoją lojalność wobec króla polskiego. W praktyce oddziały kozackie działały samowolnie, poza wojskową dyscypliną. Z ich rąk zginęło wówczas 49 kapłanów, jednym z nich był Andrzej Bobola. W kronice Kolegium Jezuickiego w Pińsku sporządzono krótką notatkę, że 16 maja 1657 roku poniósł śmierć męczeńską. Tylko tyle… A więc żył sobie zakonnik, pracował i umarł jak inni. Na szczęście zachowały się dokumenty świadków, dzięki którym możliwe jest rozwinięcie treści tej notatki. Odtworzenie męczeńskiej drogi misjonarza jest wstrząsające i poruszające zarazem. Jak napisał papież Pius XII w encyklice o nim – Inviciti athletae Christi: Wzdryga się dusza na wspomnienie tych wszystkich mąk, które bohater Chrystusowy z niezłomnym męstwem i nieugiętą wiarą przecierpiał.

Jezuitę schwytali Kozacy nieopodal Janowa Poleskiego. Po tym, jak zamordowali ojca Szymona Maffona, ruszyli w pościg za nim – „wielkim szkodnikiem”. Prawdopodobnie wieści o okrutnej śmierci współbrata dotarły do Andrzeja i ten próbował uciekać w inne miejsce. Faktem jest, że gdy oddział ukraińskich Kozaków dogonił wóz, którym jechał misjonarz, woźnica uciekł do lasu, a Bobola wyszedł im na spotkanie. Ci zdarli z niego ubranie i przywiązanego do pali bili nahajkami, zmuszając przy tym do wyparcia się katolickiej wiary. Gdy to nie poskutkowało, zaczęli uciskać mu głowę dębowymi gałązkami bijąc przy tym po twarzy, w skutek czego stracił kilka zębów. Skatowanego przywiązali do koni i przywlekli do Janowa przed starszyznę kozacką. Wyszydzony kapłan wciąż wyznawał swoją wiarę i wzywał oprawców do nawrócenia. Na to jeden z nich odpowiedział wyłupieniem mu oka. Następnie z otwartego placu zabrano go do miejscowej rzeźni. Tam Kozacy rzucili go na stół i zaczęli opalać obite boki łuczywem. Dla wyszydzenia jego kapłaństwa wbili mu drzazgi pod paznokcie, nożem zdarli skórę z głowy i pleców – odpowiednio na kształt tonsury i ornatu. Grubym szydłem rzeźniczym podziurawili mu lewy bok. Nieustanna modlitwa torturowanego, w której wzywał imion Jezusa i Maryi rozwścieczyła katów. Przez głęboki otwór w karku wyrwali ofierze język u nasady. Ponadto obcięli mu wargi, nos i uszy. Niepodobne do ludzkiego ciało drgało wstrząsane konwulsjami. Kozacy dobrze się przy tym bawili, wołając: Patrzcie, jak Lach tańczy. Znudzeni przedłużającą się agonią, przyspieszyli ją podwójnym cięciem szablą w szyję.

Oczom przybyłych z Pińska jezuitów, zawiadomionych o śmierci Andrzeja, ukazał się widok tak makabryczny, że postanowili nie pokazywać zwłok klerykom z obawy, by ci nie zachwiali się w wierze i nie stracili powołania. Trumnę ze zmasakrowanym ciałem złożono w krypcie kościoła pośród innych i z czasem o Andrzeju zapomniano. W 1702 roku Bobola ukazał się ówczesnemu rektorowi kolegium – ojcu Marcinowi Godebskiemu. Trwała właśnie trzecia wojna północna z protestantami i zatroskany o los swojej wspólnoty przełożony szukał ratunku w modlitwie. We śnie przyszła do niego postać zakonnika – Andrzeja, który obiecał swoją pomoc w zamian za odnalezienie jego trumny. Prośbę udało się spełnić, trumnę odkopano, a kolegium przetrwało. Podjęto wówczas starania o beatyfikację, które na skutek niesprzyjających okoliczności (m. in. ateistycznych prądów epoki Oświecenia i kasaty zakonu jezuitów) zostały wstrzymane. W 1819 roku Andrzej Bobola pokazał się po raz drugi, tym razem dominikaninowi – ojcu Alojzemu Korzeniewskiemu. Ten, modląc się pewnego razu o odzyskanie przez Polskę niepodległości za przyczyną poleskiego męczennika, ujrzał go stojącego koło siebie. Tajemniczy gość pokazał mu w wizji wojnę, po zakończeniu której Polska miała stać się wolną, a on miał być jednym z jej patronów. Proroctwo się spełniło, choć wymagało to blisko stu lat.

W 1918 roku Polska odzyskała niepodległość, ale nie oznaczało to dla niej końca zmagań. Ze Wschodu nadciągał nowy wróg w postaci ideologii komunistycznej i armii bolszewików. Podczas gdy Polacy dysponowali około milionem zdolnych do walki ludzi (łącznie z harcerzami), Sowieci mieli od pięciu i pół do sześciu milionów żołnierzy. Kardynał warszawski Aleksander Kakowski, rozumiejąc powagę chwili, zarządził, aby we wszystkich kościołach stolicy modlono się nowenną do błogosławionego już wówczas Andrzeja Boboli. Do Warszawy sprowadzono z Krakowa relikwie Andrzeja, które 8 sierpnia 1920 roku wystawiono do publicznego uczczenia na Placu Zamkowym. 15 sierpnia, a więc w dzień po zakończeniu nowenny do błogosławionego Polska odniosła spektakularne zwycięstwo nad bolszewikami. Bitwa warszawska przeszła do historii jako cud nad Wisłą. Marszałek Józef Piłsudski nie miał żadnych wątpliwości odnośnie do faktycznych przyczyn zdarzenia. W swym liście do papieża Benedykta XV pisał: Ojcze Święty! Od początku wojny światowej, która zda się obecnie dobiegać końca, Bóg Wszechmogący widocznie błogosławił naszej bohaterskiej armii. Wbrew zamiarom naszych wrogów, Ojczyzna nasza zmartwychwstała, co według rachub ludzkich, zdawało się prawie niemożliwe. Przypisujemy to dokonanie się aktu sprawiedliwości dziejowej możnemu wstawiennictwu naszych Świętych Patronów, a zwłaszcza błogosławionemu Andrzejowi Boboli.

Niebawem ciało męczennika, które znajdowało się w Połocku, dostało się niestety w ręce komunistów. Bojownicy, zwalczający „religijny zabobon”, wyjęli je z trumny i rzucili na kamienną posadzkę przekonani, że „okaz poleski” zwyczajnie się rozsypie. Zwłoki pozostały jednak całe, co zmusiło ich do sporządzenia notatki o ich niezwykłym stanie. Powzięto wówczas decyzję o ich przeniesieniu do Moskwy i umieszczeniu w gmachu Wystawy Higienicznej Ludowego Komisariatu Zdrowia. Zmiana miejsca miała zakończyć działanie „katolickiej magii”, ale skutek był taki, że coraz więcej ludzi udawało się tam w pielgrzymkach, chcąc obejrzeć cud. Ostatecznie trumnę złożono w magazynie. Starania Stolicy Apostolskiej i amerykańskich jezuitów pracujących w Moskwie doprowadziły do tego, że w 1923 roku ciało męczennika spoczęło w Rzymie. W tym samym roku rozpoczął się proces kanonizacyjny Andrzeja zakończony w 1938 roku. Papież Pius XI jednoznacznie wyraził wolę, aby integralne relikwie świętego złożono w Warszawie, a nie, jak rozważano, w Pińsku czy Wilnie. Jak opatrznościową okazała się ta decyzja, przekonano się już w 1939 roku, kiedy wojska radzieckie zagarnęły tereny wschodniej Polski.

Dziś na warszawskim Mokotowie znajduje się narodowe sanktuarium świętego Andrzeja Boboli, który od 2002 roku został włączony w poczet Patronów Polski. Co ciekawe, na długo przed tym faktem, bo w roku 1936, św. siostra Faustyna Kowalska, modląc się żarliwie w intencji Ojczyzny, zobaczyła Andrzeja w otoczeniu polskich świętych – Stanisława Kostki i Kazimierza Królewicza. Sam Bobola natomiast po raz trzeci przypomniał o sobie w Strachocinie, kiedy w 1987 roku w widzeniu odpowiedział tamtejszemu proboszczowi – księdzu Józefowi Niżnikowi: Jestem święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie. W 2007 roku arcybiskup Józef Michalik ustanowił tamtejszy kościół parafialny sanktuarium świętego. Przywołując słowa Piusa XII z jego encykliki Inviciti athletae Christi, metropolita przemyski we Wstępie do albumu pt.: Niezłomny Patron Polski. Święty Andrzej Bobola, napisał: Dzisiaj również religia katolicka jest w świecie wystawiona na ciężką próbę i ze wszystkich sił trzeba jej strzec, głosić ją i szerzyć (…). Bądźmy jak święty Andrzej ludźmi niezwyciężonej wiary, zachowajmy ją i brońmy z całą mocą.

W osobie poleskiego męczennika zaoferowana została Polsce skuteczna pomoc i opieka, byleby tylko po nią sięgać. Czy zagrożeniem narodów są tylko agresje militarne i zewnętrzne? – pyta arcybiskup Michalik. – Czy nie większym zagrożeniem jest upadek moralny ludzi tworzących naród? W ostatecznym rozrachunku wielkość narodu tworzą jego wielcy synowie i córki. Niewątpliwie święci są luminarzami dziejów. Byli i są pilnie potrzebni także naszym czasom.

Tomasz Kalniuk

Artykuł z "Posłania" 4/2015