Zaproś Maryję!

Bóg przyjął ciało Swojego stworzenia

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o nabożeństwie, jakie św. Franciszek miał do Matki Bożej. Niewiele można znaleźć na ten temat w jego pismach, tekstach, które biografowie podają jako jego własne, natomiast więcej jest w źródłach, które opowiadają o życiu św. Franciszka. Dowiadujemy się z nich, że śpiewał on hymny na cześć Matki Bożej – uwielbienia, pochwały za to, że Pana Majestatu uczyniła naszym Bratem.

W jaki sposób? Poprzez to, że zgodziła się być Matką Syna Bożego, powiedziała „Tak” w Nazarecie. Pan Jezus przyjął w tym momencie ludzkie ciało i stał się Człowiekiem. To jest centralna prawda. Najbardziej czuje się ją w Loreto, gdzie znajduje się domek Matki Bożej. Tam właśnie miało miejsce to wydarzenie – Zwiastowanie. Zresztą, w naszym Credo, które wypowiadamy w każdą niedzielę i uroczystość, mówimy: za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się Człowiekiem. Jest to jedna z największych prawd naszej wiary. W święto Bożego Narodzenia i w Zwiastowanie Pańskie klękamy przy tych słowach, bo Bóg stał się Człowiekiem. Kłaniamy się, żeby przez ten gest oddać Bogu cześć za Jego uniżenie – za to, że Bóg przyjął ciało Swojego stworzenia. Stało się to, kiedy Maryja wyraziła na to zgodę. Dlaczego to jest takie ważne? Bo tu jest opis, w jaki sposób Bóg stał się Człowiekiem, jaką drogą przyszedł i w jaki sposób jest obecny na tej ziemi.

Już w pierwszych wiekach powstawały różne herezje typu gnostyckiego, które negowały to, że Chrystus miał ludzkie ciało: twierdzono, że przyszedł pozornie w ciele i wobec tego na Krzyżu cierpiał pozornie, itp. Dla gnostyków Bóg nie mógł cierpieć, nie mógł przyjąć ludzkiego ciała. Ale my wyznajemy, że Bóg jest Człowiekiem. Z tym, że może się pojawić coś takiego, jak herezja czy gnoza nie faktyczna, nie teoretyczna, ale praktyczna, czyli żyjemy tak, jakby tego faktu nie było. Jest na przykład materializm teoretyczny i praktyczny. Materializm teoretyczny (marksizm, leninizm czy inne prądy ateistyczne) odrzuca istnienie Boga. Natomiast na Zachodzie mówiło się o materializmie praktycznym. Ci ludzie wierzą w Boga, uznają Go, ale żyją tak, jakby Boga nie było.

Dlaczego kult Matki Bożej jest taki ważny?

Dlaczego kult Matki Bożej jest taki ważny? Bo jeżeli nie będziemy mieli prawdziwej pobożności i prawdziwego kultu Jej oddawanego, możemy dojść do herezji albo teoretycznej, albo praktycznej. W teoretycznej będziemy negowali rolę Matki Bożej, jak czynią to wszystkie herezje. Jeśli nie ma tej prawdziwej pobożności, to może się w nas kształtować jakaś inna mentalność. I to nie będzie mentalność, o jakiej mówił św. Franciszek: żebyśmy żyli i myśleli po katolicku.

Św. Franciszek napisał taki wiersz:

Bądź pozdrowiona, Pani, święta Królowo,

święta Boża Rodzicielko, Maryjo,

która jesteś Dziewicą, uczynioną Kościołem

i wybraną przez najświętszego Ojca z nieba.

Ciebie On uświęcił z najświętszym, umiłowanym Synem Swoim

i Duchem Świętym, Pocieszycielem. 

W Tobie była i jest

wszelka pełnia łaski i wszelkie dobro.

Bądź pozdrowiona, Pałacu Jego,

Bądź pozdrowiona, Przybytku Jego,

Bądź pozdrowiona, Domu Jego.

Bądź pozdrowiona, Szato Jego,

Bądź pozdrowiona, Służebnico Jego,

Bądź pozdrowiona, Matko Jego.

I wy, wszystkie święte cnoty,

które Duch Święty Swą łaską i oświeceniem

wlewa w serca wiernych,

abyście z niewiernych uczyniły wiernych Bogu.

Ten hymn to pozdrowienie Maryi. Starożytni Ojcowie, poeci mówili, że Ona ogarnęła Boga, ogarnęła to, co jest nieogarnione – bo Bóg jest nieogarniony, a jednak stał się taki cud. A więc: Pałacu Jego, Przybytku Jego, Domu Jego – w Maryi mieszka Bóg – Szato Jego, Służebnico Jego, Matko Jego. I wy, wszystkie święte cnoty. Dlaczego występuje tu takie połączenie? Dlatego, że w Maryi rzeczywiście Bóg zamieszkał, natomiast w nas mieszka Duch Święty i działa w nas w ten sposób, który nazywamy cnotami: przez wiarę, nadzieję, miłość i inne cnoty moralne czy dary Ducha Świętego. A więc tak, jak w Maryi z Ducha Świętego Chrystus przyjął ciało, tak i w nas działa – choć trochę inaczej, ale skutek jest ten sam – mamy być od tej pory pałacem, przybytkiem, domem Jego. Jest takie łacińskie powiedzenie: lex orandi, lex credendi – ‘prawo modlitwy równa się prawo wiary’, co oznacza, że jak się modlisz, tak wierzysz. Jeżeli nasza modlitwa będzie modlitwą katolicką, to i nasza wiara będzie katolicka. Jeśli w naszej modlitwie nie będziemy mieli tego faktu Wcielenia, tego, że dzięki Maryi Syn Boży, Pan Majestatu stał się naszym Bratem, jeżeli nie będzie obecności Maryi w naszych modlitwach, to skończy się na tym, że nie będzie obecności Maryi w naszej wierze, a to będzie oznaczało, że możemy się ześlizgnąć w stronę herezji. Na przykład takiej, jak w gnozie: że Pan Jezus to w gruncie rzeczy jakaś pozorna postać, jakiś eon.

Jeśli chcemy być katolikami...

Skąd to całe zamieszanie? Cały czas toczy się walka o to, żeby wbić klina między Maryję i Chrystusa. Niektórzy mówią: „Nie można czcić tak bardzo Matki Bożej, bo Pan Jezus jest ważniejszy”. Czyni się jakieś przeciwstawienie Matki Bożej i Jej Syna, jakby to byli przeciwnicy. Tak jakby oddawanie czci Maryi umniejszało cześć Chrystusa, kult oddawany Bogu. Taka jest ta mentalność. Dlaczego ona się tak kształtuje? Jest w tym rodzaj jakiegoś diabelskiego działania, diabolos – ‘ten, który dzieli’. On Pana Boga nie podzieli, Chrystusa od Maryi nie oddzieli, ale w naszym sercu może zrobić podział między Chrystusem i Maryją.

Jeśli chcemy być katolikami, to jest dla nas konieczne, żeby - jak św. Franciszek - mieć nabożeństwo do Matki Bożej. Może jest ono jeszcze bardziej widoczne w jego synach duchowych, np. w św. Maksymilianie Marii Kolbem, czcicielu Niepokalanego Poczęcia. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu ustala raz na zawsze, kim jest Maryja. W Lourdes powiedziała: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Biblijnie rzecz biorąc - imię określa osobę. Więc tam jakby powiedziała: „To ja jestem tym - jestem Niepokalane Poczęcie”. Ojciec Maksymilian na tym właśnie dogmacie zbudował całe swoje życie i to życie święte, heroiczne. W ten sposób doszedł do heroicznej miłości, największej, bo oddał życie za bliźniego. To jest jakiś dowód na to, że tą drogą się dochodzi właśnie do wielkich rzeczy.

Dwie drabiny

Św. Franciszek miał widzenie dwóch drabin, o czym już na pewno słyszeliście wiele razy. Jedna drabina - czerwona, po której bracia wspinają się do nieba, a na jej szczycie stoi Pan Jezus. Ale bracia są w stanie wejść tylko 2-3 szczeble i spadają z niej pokrwawieni. I zasługują na gniew Boży. Ale jest inna drabina - biała, na której szczycie stoi Matka Boża. I bracia po tej drabinie do nieba wbiegają. Trzeba się zastanowić, jakie jest znaczenie tego widzenia. Oczywiście, drabina to jakaś droga do nieba. Wspinamy się na górę, bo niebo jest w górze, a my tu, na ziemi. Ale jak Pan Jezus przyszedł tutaj, na dół? W jaki sposób? Przez Maryję. Wobec tego św. Ludwik Grignon de Montfort mówi, że skoro Pan Jezus przyszedł przez Maryję, to my do Pana Boga też idziemy przez Maryję. I nie ma innej drogi. Jeżeli ktoś próbuje innej drogi, to mu się to nie uda. Tak jak to było z braćmi św. Franciszka, którzy próbowali się wspinać bez Maryi, inną drabiną i zasługiwali na gniew Boży. Co to może oznaczać? Że podejmują oni jakiś osobisty wysiłek, starają się praktykować życie duchowe, ale nie udaje im się to. Dlaczego? Bo to nie jest ta droga, to jakieś urwisko. Bóg przygotował drogę do nieba, ale tę właściwą - właśnie przez Maryję. I ta droga jest łatwa i słodka – św. Ludwik mówi, że Maryja osładza krzyże, inaczej stają się one nie do zniesienia.

Zastanówmy się, jak my niesiemy te nasze krzyże, nasz krzyż codzienny? Może być jeszcze krzyż dodatkowy, który ktoś nakłada samemu sobie albo Pan Bóg daje z powodów sobie wiadomych. Jeżeli nam jest za trudno, to może nie mamy tego właściwego nabożeństwa do Matki Bożej i w ten sposób zasługujemy na gniew Boży. Dlaczego? Poprzez praktykowanie trzech cnót: wiary, nadziei i miłości wchodzimy do nieba. Jeśli ktoś wspiął się na ileś szczebli i zaraz spadł, to znaczy, że wiara, nadzieja i miłość osłabły. Popełniliśmy jakiś grzech, może to być na przykład grzech zniechęcenia czy braku ufności, czyli grzech pychy (bo jeśli ktoś się wspina sam, myśli sobie: „Ja dam radę”). Bł. Magdalena Martinez mówiła: „Nie można ufać nawet własnym modlitwom, tylko modlitwie i wstawiennictwu świętych”. Jeżeli uznajemy, że nic nie jesteśmy warci, że naszą własnością jest tylko grzech i słabość i korzystamy z pomocy świętych, to jest to akt pokory. Spadanie z drabiny oznacza, że kiedy się samemu wspinamy, jest bardzo trudno te wszystkie rzeczy zachować i praktykować cnoty. Coś tam w końcu zawsze wyjdzie nie tak, bo próbujemy własnymi siłami. A Pan Jezus powiedział: „Beze Mnie nic uczynić nie możecie”.

Trwając z Maryją na modlitwie

Pan Jezus mówi Apostołom: „Módlcie się i czuwajcie, żebyście nie ulegli pokusie”. Co natomiast oni robią? Śpią. Ale może Pan Jezus im to niesłusznie powiedział? Nie trzeba się było modlić w tym momencie? Trzeba było, bo za godzinę będzie aresztowanie i pod wpływem strachu wszyscy Go opuszczą z wyjątkiem św. Jana. To była dla nich pokusa - i jej ulegli. Dlaczego? Bo się nie modlili. Pan Jezus to dopuścił dla naszego pouczenia, tak jak to św. Paweł napisał (myśląc o Starym Testamencie), że to wszystko stało się i zostało spisane dla naszego pouczenia. Zobaczmy, że następna modlitwa, w Wieczerniku, jest już inna: Trwali na modlitwie razem z Maryją, Matką Jezusa. Tym razem trwali, czyli modlili się długo. Jeżeli trwali, to nie znaczy, że zostały im odjęte trudności. Chciało im się spać i dalej mogli mieć rozproszenia, i dalej mogło być zniechęcenie, ale wszystko to pokonali z powodu obecności Maryi. Na Krzyżu Pan Jezus powiedział: „Oto Matka Twoja”. Ponieważ jest Bogiem, to stało się tak, jak w akcie stwórczym. Bóg mówi: „Niech się stanie światło” – i staje się światło. Tak, jak Pan Bóg mówi, tak się staje. „Oto Matka twoja” – i Maryja staje się od tej pory naszą Matką. Od tej pory ma moc pomagania całemu Ciału Mistycznemu, wszystkim chrześcijanom. Ale żeby tak się stało, to muszą być oni w Wieczerniku, muszą być z Maryją. Bo jeżeli sobie powiedzą: „Ja sobie poradzę”, wyjdą z Wieczernika i nie będą z Maryją, to wtedy zacznie się problem. Nie dadzą rady. Będą się wspinali „czerwoną drabiną” i skończy się to źle.  

Zaproś Maryję

Zauważmy, że Maryja jest obecna już w Kanie Galilejskiej. U początków: I taki to początek znaków uczynił Jezus i uwierzyli weń Jego uczniowie. Jest u początku – jest na końcu. Jest też przy Zesłaniu Ducha Świętego – to może prawdziwy początek. We wszystkich ważniejszych momentach jest Ona obecna. Pełni jakąś rolę. Były biskup Loreto, który teraz jest w Watykanie, kiedy opisywał fakt przemiany wody w wino, powiedział: „Maryja nie chciała, żeby ustała radość weselników”. Gdyby wina zabrakło, to co? Wesele miało trwać sześć dni, a już pierwszego dnia zabrakło wina. Ktoś zapomniał, nie dostarczył. Zanim by gdzieś po nie pobiegli, dostarczyli, zrobiłoby się zamieszanie. Parę godzin by tego wina nie było i co zrobiliby weselnicy? Poszliby do domu, obmawiając młodych: „Jacy to oni są, wina nie dostarczyli, zmarnowane wesele”. Jakby się czuli ci młodzi z tego powodu? Bo przecież nie wszyscy przychodzą na wesele pełni cnoty, z miłości. I co by się stało? Więc Maryja i o ten drobny szczegół zadbała. To był drobny szczegół, ale w tym momencie bardzo ważny. Wystarczyło, że była zaproszona – a już sama spostrzegła brak, którego nikt inny nie zauważył. Tak samo działa, jeśli jest zaproszona do naszego życia. Już się zwraca do Pana Jezusa: „Jemu brakuje tego i tamtego”. Tak, jak matka. Nie ogłasza się, nie robi reklamy, tylko robi swoje. To jest takie ciche działanie, ukryte, dla dobra swoich dzieci. I wcale się nie wywyższa, nie chce być wybrana prezydentem, premierem czy ministrem, tylko działa cały czas dla dobra swoich dzieci. W ukryciu. Ale musi być zaproszona do naszego życia.

W jaki sposób zapraszamy Maryję? Na różne sposoby, szczególnie przez modlitwę. W Fatimie powiedziała: „Odmawiajcie razem ze Mną różaniec”. Trzeba Ją zaprosić do tej modlitwy. Możemy, jak św. Ludwik Grignon de Montfort mówił, praktykować to prawdziwe nabożeństwo „z Maryją, przez Maryję, dla Maryi i w Maryi”. Trzeba zastanowić się, co to wszystko znaczy, przeczytać Traktat, a przynajmniej ten fragment, w którym autor to tłumaczy. To jest do praktykowania na co dzień, w każdym momencie naszego życia. Oczywiście do praktykowania i ćwiczenia przede wszystkim, bo nie od razu się osiąga jakiś dobry poziom. Tak jak każde ćwiczenie wymaga czasu, zaangażowania, wytrwałości, nie zniechęcania się. Można to trochę porównać do treningu sportowca – sportowiec trenuje kilka godzin dziennie: podnosi ciężary, biega, poci się, bo to jest wysiłek, odmawia sobie wszystkiego – św. Paweł zresztą mówi, że taki odmawia sobie wszystkiego po to, żeby zdobyć wieniec więdnący, laurowy, a my walczymy o wieniec niewiędnący. Jeśli sportowiec nie będzie sobie odmawiał pewnych rzeczy: papierosów, alkoholu, innych przyjemności, to nie będzie miał wyników albo przynajmniej nie będzie pierwszy – może być na którymś z kolei miejscu. A u nas o co chodzi? O doskonałość. W tym wypadku jednak „pierwszy” nie znaczy, że jeden z nas wygrywa, a reszta odpada. „Pierwszy” znaczy tu „doskonały”. I wygląda na to, że właśnie potrzebna jest do tego obecność Matki Bożej w naszym życiu. Ale ponieważ mamy wolną wolę, to my decydujemy. Ona nie będzie się wpraszała do nas, najwyżej może delikatnie zwrócić uwagę w jakiś sposób, ale będzie to tak delikatne, że możemy tego nie zauważyć. Dlatego to my powinniśmy pamiętać o zaproszeniu, bo jeżeli są dwie osoby wolne, to potrzebne jest zaproszenie wypływające od jednej z nich. 

o. Andrzej Dejer OFMCap

Konferencja wygłoszona 11.11.2008 r. w Ciechocinku podczas rekolekcji o duchowości franciszkańskiej, wydrukowana w "Posłaniu" 6/2008