Prawdziwy przyjaciel

Jak fascynująca jest wierność Boga! Bóg sam tylko, przekonałam się, jest przyjacielem prawdziwym i na Nim polegając czuję w sobie moc i pewność taką, iż zdołałabym czoła stawić całemu światu – pisała św. Teresa z Avila. Tej przedziwnej przyjaźni doświadczali patriarchowie – Abraham czy Mojżesz, którzy rozmawiali z Bogiem twarzą w twarz. Smak tej wiernej przyjaźni poznali też święci Łukasz i Kleofas, którzy w poranek zmartwychwstania zdążali do Emaus (por. Łk 34,13-35).

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: „Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?” Zatrzymali się smutni.

Jedni mówią, że było to 60 stadiów, inni, że 160. Tak czy inaczej, przejście 11 bądź 29 kilometrów dla dwóch dorosłych mężczyzn nie powinno stanowić problemu. Może w gorącym klimacie pustyni idzie się wolniej, ale chyba nie to sprawiało, że tak wolno szli do celu. Ewangelista wspomina o smutku, który był w ich sercach, wynikającym nie tylko z Męki Chrystusa, ale też z powodu zawiedzionych nadziei, rozczarowania. Uciekają od miejsca, w którym byli długi czas, od wspomnień, od tego, co boli. A jednak… nie mogą uciec, ponieważ we dwójkę wciąż rozmawiają o tym, co się stało. Z jednej strony to dobrze, że nie przeżywają cierpienia samotnie. Lepiej jest dwom niż jednemu, gdyż mają dobry zysk ze swej pracy. Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł (Koh 4,9-10). A jednak tutaj w sytuacji kryzysu jeden pociąga drugiego do ucieczki, do odejścia, można powiedzieć, że w jakiś sposób „nakręca” frustrację… Ale Bóg w Swojej wierności nie pozwala, aby ktokolwiek zginął.

A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”. Zapytał ich: „Cóż takiego?” Odpowiedzieli Mu: „To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”.

Kiedy Jezus mówił do siostry Faustyny, aby zwierzała Mu się ze wszystkiego, święta była zdziwiona: Przecież Ty wiesz o wszystkim, Panie. - I odpowiedział mi Jezus: Tak, Ja wiem, ale ty nie tłumacz się tym, że Ja wiem, ale z prostotą dziecka mów Mi o wszystkim, bo mam skłonione ucho i serce ku tobie, a mowa twoja jest Mi miła. Bóg w Swojej wiernej miłości pozwala, aby uczniowie wypowiedzieli Mu wprost to, co jest w ich sercach - choćby to były słowa pretensji, rozczarowania, lęku - to, że nie pamiętają, co mówił o Swojej Męce i Zmartwychwstaniu, że nie dowierzają świadkom. Nie pozostawia ich jednak w tym stanie.

Na to On rzekł do nich: „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?” I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Mojżesz, dwudziestu proroków, 150 psalmów… Bóg jest cierpliwy i daje człowiekowi czas, aby zrozumiał pewne prawdy, aby do czegoś dojrzał, a przede wszystkim daje czas na uzdrowienie. Jak często w czasie tej drogi musieli przystawać, żeby przyjrzeć się dokładniej jakiejś historii czy postaci, wskazującej na osobę Mesjasza? Ich rozmowa, jak to u ludów semickich, była z pewnością żywa, pełna gestów. Jedno jest właśnie pewne – kiedy rozmyślali o sprawach Bożych, na powrót ożyli. „Serca pałały w nas” – powie później Ewangelista.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi.

Uzdrowienie następuje, a znakiem tego jest troska o drugiego człowieka. Uczniowie nie chcą, żeby ich towarzysz błąkał się w nocy na pustyni: „Zostań z nami”. Jak często słyszy się świadectwa osób, które mówią, że w krytycznej chwili wołały: „Panie, wejdź w moje życie” – a On w Swojej wierności wysłuchiwał tej prośby, przemieniał ludzkie życie, nadawał mu sens. Może czasem trzeba było czekać – ale Bóg w końcu objawiał Swą moc i nigdy nie zawodził.

Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”

Niektórzy mówią, że scena z uczniami zdążającymi do Emaus to opowieść o mszy świętej: Liturgia Słowa, kiedy Jezus przytacza Słowo Boże i objaśnia je oraz Liturgia Eucharystyczna, kiedy łamie chleb i karmi nim uczniów. Jak Go rozpoznali? Może byli przy Nim, kiedy rozmnażał chleb dla tłumów? A może w trakcie zwykłych posiłków widzieli Go, jak się modli, poznali Jego gesty? Jezus chce ich nakarmić. On dobrze wie, że nic nie jest w stanie nasycić ludzkiego serca - żaden człowiek, żadna rzecz. Wiecznie spragnione serca może napełnić tylko Ten, który jest źródłem miłości.

W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”.

Jezus znika im z oczu, pozwalając dokonać wyboru: co zrobią z darem, który otrzymali, z radością, która jest w ich sercach z powodu spotkania Zmartwychwstałego? Czy zatrzymają go dla siebie, pokrzepieni na duchu przenocują w Emaus i pójdą gdzieś dalej? Czy też wrócą do Jerozolimy, do miejsca, które w jakiś sposób ich zraniło (ale w którym oni też byli powodem zranienia, chociażby przez swój brak wiary)? Uczniowie wracają – z pewnością nie idą, ale biegną. Kiedy przybywają do Wieczernika, Apostołowie niczego im nie wyrzucają. Chcąc umocnić ich wiarę, posługują się autorytetem Szymona – skoro nie uwierzyli niewiastom, może zaufają słowom tego, którego Chrystus nazwał Opoką? Jaka radość musiała być na twarzach Łukasza i Kleofasa, gdy opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Renata Czerwińska

Konferencja z „Posłania” 2/2012