Świętość na wyciągnięcie ręki

Znana jest pewna anegdota z życia papieża Leona XIII. Kiedy jeszcze był kardynałem, rozmawiał wraz z jakimś prałatem o ich wspólnym przyjacielu, profesorze na Sorbonie, a jednocześnie bardzo zaangażowanym katoliku – przyszłym błogosławionym, Fryderyku Ozanamie. W pewnym momencie prałat westchnął: „Taki wspaniały człowiek!… Jak szkoda, że się ożenił!…”.

Kardynał natychmiast zripostował: „Niemożliwe… naprawdę myślisz, że Chrystus zostawił nam sześć sakramentów i jedną pomyłkę?”

W sto lat później papież Paweł VI w adhortacji Evangelii nuntiandi pisał tak: w łonie rodziny świadomej tego zadania wszyscy członkowie jej ewangelizują, a także podlegają ewangelizacji. Rodzice nie tylko dzielą się z dziećmi Ewangelią, ale mogą od nich odebrać tę Ewangelię wyrażoną głęboko życiem. Rodzina staje się głosicielką Ewangelii dla wielu rodzin oraz dla otoczenia, w którym żyje. A papież Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio tak mówił o roli rodziny: Uczestnicząc w życiu i posłannictwie Kościoła, który słucha nabożnie Słowa Bożego i głosi je z pełną ufnością, „rodzina chrześcijańska wypełnia swoje zadanie prorockie przyjmując i głosząc Słowo Boże”: w ten sposób staje się z każdym dniem bardziej wspólnotą wierzącą i ewangelizującą.

Przypatrzmy się trzem rodzinom, które swojego powołania do świętości z pewnością nie potraktowały jako pomyłkę.

Z grzechu do wolności

Rwanda, początek lat 90. 

W ogarniętym wojną kraju, w jego stolicy – Kigali – działa Wspólnota „Emmanuel”. Jest znakiem nadziei – prowadzi sierociniec, ewangelizację uliczną, spotkania dla małżonków pod hasłem „Miłość i prawda”, rekolekcje dla grup Odnowy w Duchu Świętym. Jej motorem napędowym – oczywiście oprócz Ducha Świętego – są małżonkowie Cyprian i Dafroza Rugamba, rodzice dziesięciorga dzieci. To była prawdziwie chrześcijańska rodzina – wspomina Jean-Marie Vianney Twambazemungu, obecny przełożony wspólnoty. Ale nie zawsze tak było. Młody, wszechstronnie uzdolniony Cyprian początkowo uczy się w seminarium, ale po dwóch latach odchodzi, wyjeżdża na studia do Europy. Tam, w Belgii, traci wiarę. Po powrocie żeni się z Dafrozą Mukasanga, głęboko wierzącą dziewczyną, ale po kilku nieporozumieniach i narodzinach pierwszego dziecka - zgodnie z prawem zwyczajowym - oddala ją do jej rodziców. Żyją w separacji. Cyprian zdradza ją, ma pozamałżeńskie dziecko. Przełom następuje po 16 latach małżeństwa. Cyprian nawraca się dzięki jej przebaczeniu i wytrwałej miłości, jest poruszony także tym, że Dafroza jego pozamałżeńskie dziecko chce przyjąć jako swoje. Od tego momentu zarówno ich życie rodzinne, jak i życie wiary zaczyna się pogłębiać. Cyprian często powtarza: „Mamy mało czasu”. Codziennie rano i wieczorem modlą się wspólnie całą rodziną. Piątek – to dla nich czas adoracji. Po kilku latach miejscowy biskup wyraża zgodę, aby mogli mieć własną domową kaplicę. W 1990 roku, kilka miesięcy po wizycie Jana Pawła II w Rwandzie, zakładają Wspólnotę „Emmanuel”. Wybucha wojna. Za swoją bezkompromisową postawę chrześcijańską i niechęć do stawania po którejkolwiek ze stron konfliktuCypriantracipracę (był dyrektorem Narodowego Instytutu Badań Naukowych a także założycielem i dyrektorem Narodowego Muzeum Kultury Rwandyjskiej w Butare). Mimo to jego rodzina jest oparciem dla wielu ludzi, którzy przychodzą do nich ze swoimi problemami. Małżonkowie modlą się za swoich gości, rozmawiają, służą radą i pomocą. Każdy wychodził stamtąd odmieniony. Każdy był wzruszony postawą tych dwojga bogatych i wykształconych ludzi, którzy wykazywali niezwykłą pokorę i tym samym dawali świadectwo wiary. KonfliktwRwandziezaostrza się. Przyjaciele Cypriana z Europy dzwonią do niego, prosząc, aby uciekał stamtąd wraz z całą rodziną. Małżonkowie udają się na modlitwę, aby zrozumieć wolę Bożą. Wspólnie decydują się nie wyjeżdżać. 

1 kwietnia 1994 roku oboje małżonkowie mają przeczucie, że szatan chce uderzyć w ich rodzinę. Modlą się goręcej. 6 kwietnia Cyprian organizuje nadzwyczajne spotkanie we wspólnocie. Mówił o problemach, które wcale nie były pilne. Można je było rozwiązać za kilak miesięcy, a nawet lat. (…) Jedna rzecz jednak zwróciła moją uwagę w zachowaniu Cypriana. Zawsze był spokojny i cierpliwie słuchający innych. Tym razem jednak mówił sam i nikomu nie pozwalał na dyskusję. I tak bez przerwy od 10-tej do 16-tej. Zastanawiałem się, co się z nim dzieje. Zrozumiałem to nazajutrz, po jego śmierci. Chciał przekazać nam wszystko, co nosił w sercu. Tuż po tym spotkaniu jedzie do ośrodka dla młodzieży, prowadzonego przez wspólnotę. Ma tam uczyć młodych tańców i śpiewów (jest też choreografem, kompozytorem i poetą). „Nie umiecie śpiewać ani tańczyć? Czy tak macie zamiar wejść do Nowego Jeruzalem? Pokażę wam, jak to trzeba robić!” I zatańczył. To były ostatnie słowa, jakie skierował do naszej wspólnoty. 

Tej samej nocy zostaje zestrzelony samolot z prezydentem Rwandy. W kraju rozpoczyna się straszliwa rzeź. Małżonkowie natychmiast się o tym dowiadują. Dafroza mówi: Przygotujmy się do drogi, która zaprowadzi nas do tego pięknego miejsca, jakim jest Nowe Jeruzalem. Bóg stworzył nas po to, abyśmy żyli dla Niego. Tu, na ziemi, jesteśmy tylko przechodniami. Budzą dzieci i wspólnie, przez całą noc adorują Najświętszy Sakrament w domowej kaplicy. Około 11 do kaplicy wchodzi milicja Hutu i wydaje rozkaz wymarszu. Dafroza odwraca się na chwilę: Pozwólcie nam jeszcze porozmawiać z naszym Panem. Odpowiedzią jest seria z karabinu maszynowego. W Najświętszy Sakrament. W Dafrozę i Cypriana. W sześcioro dzieci. 

Dziś toczy się proces beatyfikacyjny całej rodziny Rugamba. A Wspólnota „Emmanuel” w Kigali tylko w ciągu trzech lat po śmierci założycieli rozrosła się do stu osób. Podobnie rozszerzyła się jej działalność ewangelizacyjna. 

Prawdziwa miłość usuwa lęk 

Polska, Podkarpacie, lata 30. XX wieku. 

Czy było coś, czego Józef Ulma nie potrafił? Należał raczej do tych ludzi, którzy rzeczy niemożliwe wykonują od ręki. Skończył tylko cztery klasy szkoły powszechnej, ale to nie przeszkadzało mu zadziwiać całą Markową koło Łańcuta niezwykłą pomysłowością (potem jednak uzupełnił wykształcenie o szkołę rolniczą, oczywiście – z wynikiem bardzo dobrym). Zakłada szkółki drzew owocowych, uprawia agrest i porzeczki, co wtedy jest nowością. Bardzo chętnie dzieli się też swoim doświadczeniem z innymi. Otrzymuje nagrody w konkursach za samodzielnie wykonane narzędzia pszczelarskie. Hoduje i obserwuje… jedwabniki. Udziela się w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, potem w Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”, jest też bibliotekarzem, zresztą księgozbiór ma potężny, a korzystając z niego, konstruuje… własne radi, oraz małą elektrownię wiatrową, służącą do ładowania baterii radiowych. Ale największą jego radością jest samodzielnie wykonany aparat fotograficzny.Uwiecznianim Markową i okolice, ale przede wszystkim własną, liczną rodzinę. Żeni się, co prawda, późno, ale za to jest zakochany po uszy. Jego wybranką jest młodziutka Wiktoria Niemczak, wtedy już osierocona przez rodziców. Zachowało się mnóstwo pamiątkowych zdjęć rodziny Ulmów: Zakochani małżonkowie. Czwórka dzieci, baraszkujących na kocu. Pyzate, uśmiechnięte dziecko. Ukochana Wiktoria, otoczona piątką dzieci. Żona, rysująca coś dzieciom w zeszycie. Najstarsza Stasia w zimowym płaszczyku. I chyba to najbardziej znane zdjęcie: szóstka dzieci i dumni rodzice – a Wiktoria w stanie błogosławionym. 

Przedsiębiorczy Józef dochodzi do wniosku, że jego kilkuhektarowe gospodarstwo nie wyżywi powiększającej się rodziny, kupuje więc większe, kilka wsi dalej. Nie zdążą się jednak przeprowadzić. Wybucha wojna. Zaczynają się obowiązkowe kontyngenty ze wsi, pojawia lęk przed wywózką na przymusowe roboty. Rozpoczyna się także polowanie na Żydów, którzy masowo uciekają na wieś, do lasu. Józef osobiście kopie w lesie kryjówkę dla uciekinierów. A kiedy do drzwi jego domu pukają sąsiadki - żydowska rodzina Goldmanów, a potem jeszcze kilka osób z rodziny Szallów – nie ma serca im odmówić. Kryje wszystkich na strychu. Liczy trochę na to, że jego dom stoi z dala od wsi, otoczony drzewami. A trochę też na solidarność sąsiadów. Wie doskonale, czym ryzykuje, ale, jak wspomina bratanek Wiktorii, Stanisław Niemczak: Oni byli katolikami nie tyko z metryki, ale przede wszystkim z uczynków. Całym życiem świadczyli o przynależności do Chrystusa. Jak ciężarna Wiktoria radziła sobie z wyżywieniem 16-osobowej gromady ludzi? Ile ostrożności musiał wykazywać Józef (a o tym, kogo ukrywa, nie wiedziało nawet… rodzeństwo żony)? A dzieci? 

A jednak ktoś doniósł. Rankiem 24 III 1942 roku gospodarstwo Ulmów otoczyli żandarmi. Zamordowali najpierw Szallów i Goldmanów, w chwilę później – Józefa i jego ukochaną Wiktorię. Ja pamiętam tamtą noc – mówi mieszkanka Markowej – Nie widziałam, ale słyszałam. Najbardziej było przerażające to, jak zastrzelili rodziców. Na całą wieś słychać pewnie było to, co ja słyszę do dzisiejszych dni – wołanie i płacz dzieci. Coraz cichsze. Tak, za każdym razem, kiedy rozlegał się strzał, wołania były cichsze, bo już ich ubywało. Aż wreszcie umilkły. Zginęły wszystkie dzieci. Najstarsze miało 8, najmłodsze 1,5 roku. Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia. Kiedy mieszkańcy wsi zakradną się nocą do gospodarstwa, aby zabrać i pochować ciała, z przerażaniem stwierdzą, że było jeszcze jedno – w momencie pacyfikacjiWiktoriawłaśnie rodziła.

Do końca wojny gospodarze z Markowej ukrywali 17 Żydów. Wszyscy przeżyli. Czy to tylko przypadek?

W 2003 roku – pośmiertnie – 3 rodziny z Markowej – Ulmów, Szylarów i Barów – otrzymały medal „Sprawiedliwy wśród narodów świata”.

Obecnie toczy się proces beatyfikacyjnycałej rodziny Ulmów. 

Windą do nieba

Francja, II połowa XIX wieku. 

Ona – 27-letnia właścicielka zakładu koronczarskiego (jej koronki są rozchwytywane przez wszystkie damy od Paryża po Bordeaux). On – 35-letni zegarmistrz-jubiler, bardzo ceniony w okolicy i nigdy (ku zgorszeniu niektórych mieszkańców małego miasteczka) nie otwierający zakładu w niedzielę. Ona – żywiołowa, energiczna, zaradna – ale jednocześnie jak ognia unikająca zebrań i podróży. On z kolei – spokojny, o medytacyjnym usposobieniu i… bardzo lubiący podróże, pielgrzymki i rozmaite spotkania z ludźmi. On uważa, że żona za bardzo stroi córki. Z kolei żona twierdzi, że to właśnie mąż za bardzo je rozpieszcza (tak naprawdę jednak oboje byli w wychowywaniu dzieci dość konsekwentni i oczywiście nie realizowali wszystkich ich zachcianek). Różnice charakterów, ogrom obowiązków w pracy zawodowej (Jestem niewolnicą zamówień! – skarżyła się bratu) - nie przeszkodziły im jednak w stworzeniu ciepłego, harmonijnego domu i prowadzeniu swoich dzieci ku odkryciu i wypełnieniu ich osobistego powołania. Jedno z tych dzieci zostało później kanonizowane i ogłoszone Doktorem Kościoła… Mowa oczywiście o Zelii i Ludwiku Martinach, rodzicach św. Teresy z Lisieux. 

Mimo że początkowo każde z nich chciało prowadzić życie zakonne, doskonale odnaleźli się w małżeństwie. On jest tego przyczyną, że życie moje jest bardzo miłe. Mąż mój – to święty człowiek. Życzyłabym wszystkim kobietom takich mężów – pisze Zelia w liście do brata. W ich życiu nie brakowało cierpienia. Kocham dzieci do szaleństwa! Urodziłam się po to, by je mieć… - a jednak pochowają aż czworo z nich. Kłopoty wychowawcze sprawia średnia Leonia. Na skutek uderzenia jeszcze w młodości Zelia przez 20 lat cierpi na ból w klatce piersiowej, wreszcie okazuje się, że jest to rak złośliwy. Dzielnie znosi cierpienie, umiera, pozostawiając ukochanego męża i pięć córek. Ludwik jest wielką podporą dla dziewcząt, pod koniec życia jednakże poważnie choruje. Być może są to początki nieznanej wówczas choroby Alzheimera, wówczas uważano to raczej za chorobę psychiczną, co nie spotykało się ze zrozumieniem. Dziedzic i Władca Senioratów Cierpienia i Upokorzenia – nazwie go potem jego kanonizowana córka. 

Ich siłą jest postawienie Boga na pierwszym miejscu. Chciałabym być świętą, tylko nie wiem, z którego końca do tego się zabrać. Jest tyle do zrobienia, a ja ograniczam się tylko do pragnień – pisze dowcipnie Zelia w liście do brata. Tak naprawdę jednak wraz z mężem nie ogranicza się tylko do pragnień: wspólne, codzienne uczestnictwo w Eucharystii o 5.30, modlitwa, post, adoracja, regularna spowiedź, lektura duchowa. W głębokie życie duchowe są wprowadzane także dzieci. Rodzice uczą ich małych gestów miłości: to pomoc misjom, ale także ubogim, których spotykają wokół siebie; uczą postrzegać Boga jako kogoś bliskiego, obecnego w najdrobniejszych sprawach codzienności. Zelia mówiła: Dobry Bóg jest Panem: może nam zesłać, dla naszego dobra, mniejsze lub większe cierpienie, ale nigdy nie zabraknie nam Jego pomocy i łaski. Nie wychowują dzieci dla siebie samych: [Marynia] będzie dobrą dziewczyną, ale chciałabym, aby była świętą, tak jak i Ty, moja Paulinko. 

Św. Teresa dobrze scharakteryzuje później swoich rodziców: Dobry Bóg dał mi ojca i matkę bardziej godnych nieba niż ziemi. Od października 2008 roku Kościół czci małżonków Zelię i Ludwika Martinów jako błogosławionych.

Świętość na wyciągnięcie ręki

O. Daniel Ange twierdzi, że w naszym stuleciu będą możliwe kanonizacje całych rodzin: Idą bowiem czasy, które wymagają, by w rodzinie wszyscy byli święci. Żyjemy w czasach destrukcji wiary, a im bardziej działa szatan, tym bardziej Duch Święty rozdaje niezwykłe dary świętości. A w liście Tertio millennio adveniente Jan Paweł II przypomina: Żywiąc przeświadczenie, że w rzeczywistości nie brak owoców świętości również w tym stanie, czujemy potrzebę znalezienia odpowiednich sposobów, ażeby świętość ta była przez Kościół stwierdzana i stawiana za wzór dla innych chrześcijańskich małżonków. A więc… zwyczajna świętość? Świętość na wyciągnięcie ręki? Tak – ponieważ jako chrześcijanie świeccy jesteśmy wezwani do tego, aby być zaczynem, solą tej ziemi, aby rozświetlać sprawy tego świata przez światło Boże (por. KKK 898).

Renata Czerwińska

Na podstawie: Ostatni taniec dla Boga. Rozmowa z Jeanem-Marie Vianneyem Twambazemungu, „Misyjne drogi” 2/1997; Ewa Babuchowska, Sprawiedliwi, „Gość Niedzielny” 37/2005; Teresa Tyszkiewicz, Miłość silniejsza niż strach, „Miłujcie się 1/2008; http://www.karmel.pl/hagiografia/rodzice/index.php

Konferencja z "Posłania" 6/2009