Ja jestem, nie bójcie się

W jednej z homilii w sanktuarium licheńskim ks. John Bashobora zachęcał wiernych, parafrazując Pozdrowienie Anielskie: „Raduj się, bo Bóg jest z tobą!”. A wiele wieków temu prorok Sofoniasz wołał:Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem! (…) król Izraela, Pan, jest pośród ciebie, nie będziesz już bała się złego (So 3,14-15). Poprzez Słowo Boże możemy poznawać nie tylko naszą kruchą, ludzką kondycję, ale przede wszystkim to, jaki jest Bóg – ile ma cierpliwości, miłosierdzia, troski, jak pochyla się nad człowiekiem, jak bardzo jest mu bliski. Możemy upewnić się, że naprawdę jest z nami. Przyjrzyjmy się kilku scenom z Ewangelii.

Potem Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił na tych, którzy chorowali (J 6,1-2).

Inne Ewangelie mówią o tym, że wieczorem znoszono do Niego wszystkich chorych z okolicznych miasteczek i wsi, a On pochylał się nad nimi, uzdrawiał ich, wypędzał złe duchy. Możemy wyobrazić sobie matki z dziećmi na rękach, ojców rodzin, biegające maluchy, młodych ludzi, ale i starszych, schorowanych, sparaliżowanych, doświadczających jakiegoś braku. Spójrzmy, jak Jezus podchodzi do każdego z osobna, słucha, rozmawia, dodaje nadziei, wreszcie – uzdrawia. Dzięki spotkaniu z Nim twarze ludzkie przemieniają się, oczy nabierają blasku. Ile jest świadectw osób, które po powrocie z rekolekcji ignacjańskich, polegających na kontemplacji Jego Słowa, czują, że wreszcie mogą oddychać pełną piersią. Jak wiele uzdrowień – fizycznych, ale i duchowych – zdarza się na mszach z modlitwą o uzdrowienie czy rekolekcjach charyzmatycznych. Jak bardzo prawdziwe są słowa przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11,28).

Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: „Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?”. A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: „Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać”. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: „Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” (J 6,5-9). 

Jezus dopuszcza na Apostołów moment próby, aby pokazać im, co jest w ich sercach. Filip widział cuda Jezusa, wcześniej wobec Bartłomieja wyznał, że On jest Mesjaszem (por. J 1,45), a teraz mówi, że… to się nie uda, pewne rzeczy po ludzku są po prostu niemożliwe. Pocieszające jest to, że Jezus wiedział, co miał czynić – nie tylko dla pogłębienia wiary tłumów, ale i dla pogłębienia wiary jednego człowieka – Filipa. Spójrzmy także na Andrzeja. To ciekawe, że ten Apostoł zawsze znajduje kogoś, kogo może przyprowadzić do Jezusa – najpierw Piotra, teraz chłopca z chlebami. Andrzej potrafi docenić dar, który jest w drugim człowieku. Przecież mógł wziąć pożywienie od dziecka i sam zanieść je do Pana – ale nie zrobił tego. Wprowadza innych do posługi, uczy, jak służyć we wspólnocie, w jedności.

Jezus zatem rzekł: „Każcie ludziom usiąść!” A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: „Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło”. Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów (J 6,10-13).

Bóg jest hojny w miłości. Jak w nadmiarze rozmnożył wino w Kanie Galilejskiej (niektórzy bibliści twierdzą, że sześć stągwi mogło pomieścić od 400 do 600 litrów wina), tak tutaj nakarmił głodnych ludzi aż do przesytu – Apostołowie zebrali kilkanaście koszy ułomków. Przypatrzmy się naszym pragnieniom – kiedy Bóg je spełnia, nie jest może zawsze dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy… ale w ostateczności jest dużo lepiej. Kiedy rozważaliśmy to Słowo na jednym ze spotkań naszej wspólnoty, ktoś zastanawiał się nad jedną kwestią: tłum się najadł, Apostołowie też (zostało 12 koszy, to jakby po jednym na każdego z nich) – ale co jadł Jezus? Z pewnością uczniowie albo niejedna rodzina podzieliła się z Nim pożywieniem. Pamiętamy jednak Jego rozmowę z Samarytanką. Po jej odejściu w stronę miasta uczniowie, którzy właśnie zakupili coś do jedzenia, zachęcali Jezusa do skosztowania posiłku, a wtedy On powiedział: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie (J 4,32). Jego pokarmem było wypełnienie woli Ojca, radość z nawrócenia tej kobiety. Można powiedzieć, że radujemy Boga, kiedy pozwalamy Mu przemieniać nasze serca. A On ma moc to sprawić, uczynić nasze życie szczęśliwym.

A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: „Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat”. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę  (J 6,14-15).

Kiedyś obwołano królem młodego Dawida. Jezus – którego prorocy nazywają Synem Dawida – nie będzie jednak królował, walcząc fizycznie z wrogiem. On prowadzi inną walkę – o nasze dusze. Inni Ewangeliści mówią, że na górze spędził On niemal całą noc, modląc się do Ojca. Za kim się wstawiał? Czy za ludźmi, spotkanymi tego wieczoru? Czy mówił o ich problemach, chorobach, niespełnionych nadziejach? A może wstawiał się za Apostołami, aby umocnić ich wiarę? Toczyli oni bowiem potężną walkę…

O zmierzchu uczniowie Jego zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, przeprawili się przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: „To Ja jestem, nie bójcie się!”. Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali (J 6,16-21).

 …nie tylko z siłami przyrody, ale i z własną wiarą. W obliczu zagrożenia, w przeżywanych ciemnościach Ten, który zawsze był z nimi, wydał im się zjawą. Nieraz wydaje nam się, że trudności nie będą miały końca, że nie ma już ratunku, że Bóg nie może wkroczyć w nasze ciemności. Nie rozpoznajemy Go, Jego działania. Święty Marek pisał, że Jezus sprawiał wrażenie, jakby chciał minąć Apostołów, kiedy jednak ze strachu krzyknęli, nie czekał już na to, aby wołali Go o pomoc, ale zaraz znalazł się przy nich. On wyciąga [rękę] z wysoka i chwyta mnie, wydobywa mnie z toni ogromnej (Ps 18,17). Jego obecność przynosi ukojenie, usuwa lęk i daje pokój. To On przemienia trudną sytuację w taki sposób, którego się nie spodziewamy (uczniowie chcą Go zabrać do łodzi… ale ona już znajduje się przy brzegu). Kontemplujmy obecność Boga w naszym życiu, przypomnijmy sobie te wszystkie momenty, kiedy troszczył się o nas, kiedy wyprowadzał z beznadziejnych sytuacji. Prośmy Go, abyśmy uwierzyli w Jego wierną miłość. Oddajmy Mu to, co jest nierozwiązane, co nas przerasta i prośmy, aby wszedł w tę sytuację, tak jak przyszedł do tych, którzy potrzebowali chleba i których życie było zagrożone.

***

Panie Jezu, uwielbiam Cię w Twojej obecności w moim życiu. Uwielbiam Cię, bo pochylasz się nade mną, chcesz usłyszeć o każdym problemie. Uwielbiam Cię, bo chcesz nasycić mój głód – nie tylko głód fizyczny, ale i głód serca. Dziękuję Ci za Eucharystię i za Twoje Słowo, wspaniały pokarm, który pokrzepia duszę (Ps 19,8). Uwielbiam Cię za to, że wchodzisz w moje ciemności, zmagania i potrafisz uciszyć wszelką burzę. Choć nieraz nie dostrzegam tego, że się zbliżasz, błogosławię Cię już teraz, bo wiem, że przyjdziesz i zatroszczysz się o wszystko, znajdziesz najlepsze rozwiązanie. Tobie ufam: niech nie doznam zawodu! Niech moi wrogowie nie triumfują nade mną! Nikt bowiem, kto Tobie ufa, nie doznaje wstydu (Ps 25,2-3a). 

Renata Czerwińska 

Artykuł z "Posłania" 5/2014