Rycerz największego z królów

Rok temu podczas Sylwestra organizowanego we wspólnocie poza dobrą zabawą przewidziano jeden niecodzienny, lecz bardzo – jak się okazało – owocny punkt programu. Każdy, jeśli tylko chciał, mógł wylosować któregoś ze świętych Kościoła jako patrona na cały kolejny rok. Tak się złożyło, że mnie przypadł św. Bernard z Clairvaux.

 

Mówiąc szczerze, nie miałem pojęcia, kim on jest, wcześniej o nim nie słyszałem, lecz z drugiej strony ucieszyłem się, że będę mógł poznać nowego świętego. Pierwsze kroki skierowałem do przeglądarki internetowej, w której znalazłem jego krótki życiorys. Kiedy go przeczytałem, wiedziałem już, że mam do czynienia z „twardym zawodnikiem”, a moja motywacja wzrosła. Udało mi się przeczytać najpierw dwa traktaty jego autorstwa: o wierze i o miłości. Czytałem powoli po kilka stron, chłonąc jego naukę w autobusie do pracy, a moje szare komórki miały wspaniałą odskocznię od świata komputerów, w którym przebywam osiem godzin dziennie jako informatyk. To czytanie napełniało mnie takim entuzjazmem, że opowiadałem czasem w pracy, co też dla mnie nowego napisał św. Bernard. Tak nastał kwiecień i wówczas w moje ręce dostała się jego biografia Doścignąć Chrystusa. Z ciekawością sięgnąłem po tę czterystustronicową cegłę napisaną w formie powieści. Moim oczom zaczął się ukazywać obraz człowieka płonącego miłością, lecz i twardego zarazem. Najpierw mogłem poznać jego młodość, rodzinę. Był synem doradcy księcia Burgundii, miał pięciu braci i siostrę. Żył w XII wieku, czasie rycerzy, zamków i wojen. Rycerze walczyli na wojnach toczonych przez swoich królów. Święty Bernard obrał jednak inną drogę, stał się rycerzem największego z królów, Boga samego i stał się… zakonnikiem. To, co mnie uderzyło i zafascynowało w tej postaci, to jego rycerskość, jego wewnętrzny ogień. Był cystersem, najchętniej zostałby w klasztorze, uprawiał ziemię i modlił się, ale jako że był żołnierzem, szedł tam, gdzie go Chrystus posłał. Mówił „sprawy Kościoła są moimi sprawami”, owocem tego było zażegnanie schizmy w Kościele. Wędrował po Europie i przez swe mowy ukazywał współczesnym na nowo sens, cel wiary, ukazywał swym słuchaczom największego Króla, dla którego warto walczyć. Rycerze zdejmowali swoje zbroje, aby wstąpić do zakonu i tam rozpocząć prawdziwą walkę o zbawienie swojej duszy i tych, którzy nie chcą myśleć o wieczności i zadowalają się doczesnością. Moc Ducha Świętego i świadectwo życia wspólnot cysterskich, jakie powstawały, powodowały to, że duzi i mali, szlachetni i chłopi, mieszczanie i inni rozpoczynali rycerską drogę u boku Króla królów. Praca, modlitwa, umartwienia, liche jedzenie, pokonywanie trudności, pokonywanie siebie w codziennej walce, czyniły z nich prawdziwych wojowników.

Obraz, jaki mi się wyłaniał z tej lektury, był o tyle ciekawy, że ukazała ona też źródło jego powołania – rodzinę. Jego matka miała zostać zakonnicą i w tym kierunku była kształcona, jednak w pewnym momencie rodzice zmienili zdanie i wydali ją za mąż. Swoje dzieci uczyła, że nadprzyrodzone jest w zwyczajności, że świętość jest w codzienności, miała wielkie serce i to serce przekazała dzieciom. Ojciec św. Bernarda, człowiek prawy, szczery, konsekwentny w postępowaniu, stanowczy, lecz nie tyran, swoją postawą sprawiał, że dzieci nie bały się przyjść i przyznać, że coś przeskrobały. Był autorytetem, prawdziwym przykładem do naśladowania.

Kiedy ktoś wyda swoje życie Jezusowi, pociąga też swym przykładem innych. Tak było i w tym przypadku: bracia Bernarda jeden po drugim wstępowali do zakonu porzucając zaszczyty w księstwie, zamek, rozległe posiadłości, karierę, turnieje rycerskie i piękne damy, aby wstąpić do armii Pana i walczyć u Jego boku. Także siostra i ojciec (po śmierci żony) również oddali się na służbę Bogu.

Tak Bernard, jak i jego rodzeństwo wystąpili w dobrych zawodach, na koniec odłożono im wieniec sprawiedliwości w postaci tytułów świętych i błogosławionych w Kościele. Owocem ich walki było ponad 200 nowych klasztorów, odnowienie życia religijnego w Europie, zjednoczenie Kościoła, liczne nawrócenia i święte życie wielu ówczesnych. Ogień, jaki dostrzegam w ich życiu, to ogień miłości. „Miłość służy” – pisał Bernard do siostry. „Jedyną miarą miłości jest miłość bez miary” – tak właśnie kochał Bernard i tą miłością się dzielił. Jego świadectwo było prawdziwe i każdy to wiedział, widząc życie cystersów, „jak oni się miłują”. Św. Bernard nie rzucał słów na wiatr, lecz był żywym tej miłości przykładem.

Święty Bernard zapalał do miłości tych, z którymi się zetknął. Ogień ten odnowił XII-wieczną Europę, rozgrzał też i moje, XXI-wieczne serce. Niech więc zstąpi Duch Twój, Panie, i odnowi raz jeszcze oblicze ziemi, tej ziemi.

Krzysztof Ryba

Artykuł z „Posłania” 3/2009