Biegiem po świętość

- Snadź nie dworuj sobie waść w ten sposób – Jan Kostka upomina niesfornego gościa, usiłującego zabawiać szlachtę zgromadzoną na uczcie niestosownymi dowcipami – jeszcze mój Staś usłyszy i omdleć gotów.

Czy mógł się spodziewać, że ten wrażliwy chłopiec za kilkanaście lat sprzeciwi się nie tylko bratu, kolegom, właścicielowi stancji, na której będzie mieszkał, ale nawet jego ojcowskiej woli – byleby tylko wypełnić swoje powołanie?

 Spod Przasnysza…

Sześć kilometrów od Przasnysza, w małym Rostkowie, stał dwór Jana Kostki, męża Małgorzaty z Kryskich z Drobnina. Były to rody dobrze znane w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pochodzili z nich posłowie królewscy, wojewodowie, biskupi. Sam Jan w 1564 roku został kasztelanem na Zakroczymiu. Nic jednak nie zapowiadało, że któreś z szóstki jego dzieci zostanie świętym, patronem Polski i Litwy, opiekunem wielu miast, a przede wszystkim orędownikiem młodych. Jan i Małgorzata starali się wychować dzieci w szacunku wobec innych. Brat świętego, Paweł, wspominał potem: tak, żeby nikt z otoczenia, również z licznej służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą. Wszystkim tak, jak rodzicom, wolno nas było napominać, wszystkich jak panów czciliśmy. Wobec napierającego protestantyzmu rodzice starali się, jak mogli, przekazać dzieciom dogmaty wiary katolickiej. W końcu doszli do wniosku, że starszych chłopców – właśnie Pawła i Staszka – trzeba wysłać gdzieś dalej do szkół. Wybór padł na Wiedeń. Czemu? Po pierwsze, miasto katolickie, a po drugie: świetna jak na owe czasy szkoła jezuicka. Jan Kostka oczami wyobraźni widział już karierę swoich synów u boku królów, książąt czy magnatów.

… na misje!

Czternastoletni Staszek i o rok starszy Paweł wyjeżdżają z małej wsi mazowieckiej do Wiednia. Obce, wielkie miasto, brak kontroli rodziców – pociągają młodych. Jednak po kilku dniach pobytu w kolegium jezuickim młodego gimnazjalistę zaczyna fascynować coś zupełnie innego. Pełne zachwytu opowieści starszych kapłanów o założycielu zakonu, Ignacym z Loyoli – sławnym rycerzu, który rzucił wszystko, aby walczyć pod sztandarem Chrystusa; niesamowite przygody o. Franciszka Ksawerego w egzotycznych Indiach, na bajecznych Molukach, w dalekiej Japonii -zapierają dech w piersiach. Wielkie miasto, tańce, zabawy? Propozycje kolegów i brata nie robią już na Staszku wrażenia. Misje – to jest to! Najlepiej w Indiach. Skwar, ubóstwo, ekstremalne warunki, a może śmierć męczeńska z Imieniem Jezusa na ustach… Mama i siostry pewnie zapłaczą się na śmierć. Trudno. On już ma plan na życie. Powie potem: Do wyższych rzeczy jestem stworzony!

Agere contra

Początkowo nauka idzie Staszkowi słabo, cóż, podstawy edukacyjne wyniesione z Rostkowa nie są zbyt mocne. Tu właśnie przydaje się ignacjańska zasada agere contra – „działać przeciwnie”. Przykłada się więc tym mocniej do nauki i po trzech latach jest nawet jednym z najlepszych uczniów kolegium. Celuje zwłaszcza w językach – wiadomo, motywują go do nauki wymarzone misje. Ignacjańskie agere contra towarzyszy mu właściwie przez cały czas nauki. Czemu? Otóż wraz z bratem i kolegami wynajmują przez trzy lata stancję u niejakiego Kimberkera. Mieszczanin ów, wojujący luteranin, zgadza się przyjąć pod swój dach chłopców z kolegium jezuickiego, ale pod jednym warunkiem: „Żadnych modlitw, żadnego różańca, żadnych obrazów, żadnego księdza!”. Chłopcom to nie przeszkadza – oczywiście z wyjątkiem Staszka. W nocy potajemnie klęka do modlitwy. Czasem leży krzyżem. Umartwia się. Pociąga go modlitwa kontemplacji. Tymczasem koledzy i brat wyśmiewają go, kopią, kiedy się modli. „Jezuita”, „mnich”, „nienormalny” – takie określenia słyszy na co dzień.

Staszek umiera

W grudniu 1565 roku Staszek zapada na zdrowiu tak dalece, że wszyscy obawiają się, iż wkrótce umrze. Nawet brat przestaje go wyśmiewać i chodzi jak struty. Koledzy są gotowi spełnić wszelkie życzenia chorego. Ale on chce tylko jednego: „Księdza… z Panem Jezusem…”. Na próżno tłumaczą mu, że to niemożliwe, że Kimberker nigdy się na to nie zgodzi. „Ja muszę przyjąć komunię…”. W tym domu jednak rzeczywiście jest to niemożliwe, a przenosić łóżko z chorym w zimę do innego domu – zbyt ryzykowne. Staszek z dnia na dzień czuje się coraz gorzej. Jednak pewnego dnia widzi w swoim pokoju św. Barbarę w towarzystwie aniołów. Czyżby śnił? Święta męczennica z IV wieku przynosi mu wiatyk. Przyjmuje go. Wtedy w pokoju pojawia się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus i składa Je w ręce chorego. Staszek z miejsca zdrowieje. To wydarzenie daje mu też pewność, że jego wybór drogi życiowej jest dobry – czuje wewnętrznie, że Maryja sama wzywa go do stanu kapłańskiego.

Szalony plan

Jezuici jednak nie mieli w zwyczaju przyjmować uczniów swoich kolegiów bez zgody rodziców – a Jan Kostka absolutnie się na to nie zgadzał, aby jego syn został księdzem. Ma się piąć po szczeblach kariery, dobrze wyżenić! Misje? W buszu? To nie do pomyślenia! Staszek próbuje kilkakrotnie rozmawiać ze swoimi nauczycielami, ale wciąż nie otrzymuje zgody. Co zrobić z pokusą zniechęcenia? Ignacy z Loyoli radzi, aby w tym przypadku dzielić się nią z osobą doświadczoną duchowo. Chłopak zwierza się więc ze swych wątpliwości spowiednikowi, ojcu Franciszkowi Antoniemu. Po jakimś czasie ustalają szalony plan: „Wstąpisz do jezuitów, Staszku, ale nie w Wiedniu, bo tu mielibyśmy nieprzyjemności. W Augsburgu jest teraz prowincjał, o. Piotr Kanizjusz, zaraz napiszę do niego list polecający. A nasz przełożony napisze do Rzymu, do generała. Oni zrozumieją… Zostaniesz kapłanem!”. 10 sierpnia, we wspomnienie św. Wawrzyńca, Paweł Kostka i koledzy od rana świętują zakończenie nauki w kolegium jezuitów. Staszka nie ma? Nie, on nigdy nie przychodzi na takie spotkania. Nie wiedzą, że w przebraniu żebraka podąża w stronę Augsburga i jest już dzień drogi od Wiednia.

Wszystko na marne

Rozgniewany Jan Kostka nakazuje ścigać nieposłusznego syna. Na pewnym odcinku drogi mijają go nawet dwaj słudzy, ale udaje mu się ukryć. Któregoś dnia jednak niebezpieczeństwo jest naprawdę blisko. Tak pisze później do przyjaciela: …usłyszałem naraz głos kopyt końskich. Podnoszę się i przyglądam jeźdźcowi. To mój brat, Paweł. Popuściwszy cugle podąża do mnie. Koń w pianie, twarz brata rozpalona bardziej niż słońce. Możesz sobie wyobrazić, mój Erneście, w jakim musiałem być wtedy strachu, nie mając możności ucieczki. Stanąłem dla nabrania sił i pierwszy zbliżając się do jeźdźca proszę jako pielgrzym o jałmużnę. Zaczął dopytywać się o swojego brata. Opisał jego ubranie, wzrost i wygląd. Zwrócił uwagę, że był podobny do mnie. Odpowiedziałem, że nad ranem, tędy przechodził. Na to on, nie tracąc chwili, spiął ostrogami konia i rzuciwszy mi pieniądz popędził w dalszą drogę. Podziękowałem Najświętszej Pannie, Matce mej i, by uniknąć następnej pogoni, skryłem się do pobliskiej groty, gdzie przeczekawszy trochę, puściłem się w dalszą podróż. Opatrznościowo Staszek wymienił tego ranka swoje ubranie z jakimś napotkanym żebrakiem. Kiedy dociera wreszcie do Augsburga, okazuje się, że o. Piotr właśnie wyruszył do Dylingi. Stanisław rusza więc za nim. Jego szalona droga przez góry wynosi około 650 kilometrów. Tymczasem prowincjał nie wygląda na zadowolonego. „Polak? Mam dość Polaków! Było ostatnio czterech w nowicjacie! I co? Odeszli! Do luteranów!”. W końcu jednak zakonnik zgadza się, aby chłopak na próbę został w konwikcie. Ma sprzątać pokoje, pomagać w kuchni. Pod Staszkiem uginają się nogi. Miało być zrozumienie… miały być misje… no cóż, znów przydaje się zasada agere contra.

Niech się cieszą!

O. Piotr Kanizjusz (zresztą przyszły święty) przez kilka miesięcy przygląda się jego zachowaniu. Wczytuje się też w list przewodni od o. Franciszka Antoniego. Patrząc na Staszka jest gotów zmienić swoje negatywne zdanie o Polakach. W końcu dochodzi do wniosku, że ze spokojnym sumieniem może go wysłać do nowicjatu w Rzymie. Wraz z nim podąża jeszcze dwóch kandydatów. Mają do przejścia już „tylko” 200 kilometrów.

W tym samym czasie do o. Franciszka Borgiasza (też późniejszego świętego), generała zakonu w Rzymie, dociera list od jezuitów z Wiednia. Tak piszą o swoim uczniu: „szlachetny urodzeniem, ale jeszcze bardziej szlachetny cnotą”, „chłopiec wiekiem, ale roztropnością mężczyzna”. W pismach urzędowych raczej nie umieszcza się takich pochwał.

Staszek jest bardzo lubiany i przez kolegów, i przez profesorów. Rozpala go radość z odnalezienia powołania, więc z gorliwością posługuje w szpitalu i w domu zakonnym. Sielanka nie trwa długo. Wkrótce przychodzi list z domu. Oburzony ojciec wzywa syna do opamiętania. Grozi, że i tak wyciągnie go z nowicjatu. Uważa, że zhańbił rodowe nazwisko, włócząc się po całej Europie w byle jakim stroju.

„Zhańbił, zhańbił!” – burczy zdenerwowany o. Franciszek – „Niech się raczej cieszą, że Bóg im syna powołuje do Swojej służby! Wołajcie Staszka, niech zaraz siada i tak im odpisze!”

Umrę w tym miesiącu

W pierwszych dniach sierpnia 1568 roku Stanisław składa wraz z innymi pierwsze śluby zakonne. Z tej okazji przyjeżdża też z Dylingi o. Piotr i wygłasza do młodych nowicjuszy specjalną konferencję. Zachęca w niej, aby żyli tak, jakby każdy miesiąc miał być ostatnim w ich życiu. Podczas konferencji w sercu Stanisława rodzi się przedziwne przekonanie: „umrę jeszcze w tym miesiącu!”. Dzieląc się tym z kolegami, czuje głęboki pokój. Nie boi się śmierci. Pisze list do Matki Bożej, prosząc Ją, aby mógł świętować Jej Wniebowzięcie razem z aniołami i świętymi w niebie. O to samo prosi też św. Wawrzyńca, patrona pamiętnej ucieczki. W jego wspomnienie, 10 sierpnia, czuje się źle, gorączkuje. 13 sierpnia temperatura jest jeszcze wyższa, w dzień później chłopak leży już w łóżku, ma silne dreszcze, zimne poty, mdłości. „Staszku, może czegoś ci brak? Co byś chciał?” – pytają zmartwieni przyjaciele z nowicjatu. „Chciałbym… nie leżeć w tym wygodnym łóżku, tylko na podłodze!”. Zaskoczeni, spełniają jednak jego prośbę. Podają różaniec – wtedy twarz wykrzywiona bólem wypogadza się. Modlą się wspólnie razem z chorym. Krótko po północy, 15 sierpnia, twarz Staszka jaśnieje tajemniczym blaskiem. Uśmiecha się i patrzy jeszcze raz na wszystkich: „Widzę Matkę Bożą, która idzie po mnie…”. Odchodzi niepostrzeżenie, w pokoju.

Biegiem po świętość

Dziwne, ale Paweł Kostka, wysłany w pogoń za bratem, dociera do Rzymu dopiero w miesiąc po jego śmierci. Tu zdumiony słyszy historię jego życia w nowicjacie, śmierci i niezwykłego pogrzebu. Staszka pochowano w sutannie jezuickiej, w drewnianej trumnie, a całe ciało obsypano kwiatami. Wszystko to, oczywiście, było wbrew zwyczajom zakonnym, ale ani o. Franciszek, ani o. Piotr nie bronili tej odrobiny szaleństwa. Oszołomiony Paweł klęka przy grobie brata i długo się modli. Bardzo długo… Gdy wyjeżdża z Rzymu, na jego twarzy błąka się tajemniczy uśmiech.

Dziś po dworze w Rostkowie nie ma śladu. Za to w Przasnyszu jest klasztor i kościół oo. pasjonistów (wcześniej bernardynów), wpisany obecnie do Kanonu Krajoznawczego Polski – ufundował go właśnie chorąży Paweł Kostka, przeznaczając nań całe swoje mienie. Kilka lat wcześniej założył jeszcze w tym samym mieście szpital i przytułek przy parafii św. Michała. Umarł w trakcie procesu, w którym bronił dóbr, należących się słusznie oo. bernardynom.

Bernard Maciejowski, jeden z kolegów Staszka, dokuczający mu przez cały okres nauki w kolegium – został księdzem, biskupem krakowskim, potem kardynałem, wreszcie prymasem Polski.

Walczący z Turkami pod Chocimiem w 1621 roku są przekonani, że spektakularne zwycięstwo wymodlił im nie kto inny, jak Staszek. Jezuita Oborski z Kalisza widział przyszłego świętego na obłokach, jak z różańcem w ręku prosił Maryję o wygraną dla Polski.

W domu Kimberkera można już mówić różaniec. Został przebudowany na kaplicę pod wezwaniem św. Stanisława Kostki.

Jan Paweł II mówił o nim: Jego krótka droga życiowa była jak gdyby wielkim biegiem na przełaj, do tego celu życia chrześcijanina, jakim jest świętość.

 

Renata Czerwińska

 Artykuł z „Posłania” 5/2009